Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brooklyn Nets. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brooklyn Nets. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 marca 2017

Złote czasy rzutu za trzy

Patrick Beverley odegrał piłkę do Erica Gordona, po czym szybkim ruchem wybiegł do prawego rogu, otrzymał podanie zwrotne i oddał całkowicie niepilnowaną trójkę. Trafił. Na zegarze widniało półtorej minuty do końca trzeciej kwarty, a Houston Rockets prowadzili w Staples Center z Los Angeles Clippers już 28 punktami. Po meczu. Co więcej, trafienie rozgrywającego 3. drużyny zachodu było 20 celną trójką Rakietek w środowym spotkaniu. Występ podopiecznych Mike’a D’Antoniego można uznać za stempel zmian jakie przechodzi liga, nastawienia na jak największą liczbę rzutów za 3, pod przywództwem jej największych rewolucjonistów.
W historii NBA było do tej pory 39 spotkań, w których jedna z drużyn trafiła co najmniej 20 trójek. 9 z nich należy do Rockets w tym sezonie, czyli dokładnie tyle samo ile w zeszłych rozgrywkach uzbierały wszystkie zespoły. By w LA dobrnąć do okrągłej dwudziestki, Houston potrzebowało zaledwie 37 rzutów w niecałe 35 minut gry. To oznacza, że każda trójka – nieważne czy celna – złożyła się średnio na 1,62 punktu na rzut. Czysta ekonomia, mając na uwadze – upraszczając – że na 60 punktów, przy podobnej skuteczności (54%), musiałoby złożyć się około 55 dwójek. Natomiast zachowując proporcję – punkt/ rzut – należałoby przyjąć, że aby odnaleźć podobną efektywność, trzeba by było po prostu trafić 80% oddawanych rzutów za dwa.
Nawet jeżeli najpewniejszy sposób zdobywania punktów pochodzi tuż spod kosza – lay-upy/ wsady – to wciąż niemal niemożliwym jest odpowiedzieć na klinikę jaką przeprowadzili Rockets na Clippers. Średnia zdobywanych punktów na rzut z Restricted Area w tym sezonie wynosi 1,22, dla najlepszej drużyny w tym aspekcie – Golden State Warriors – to nadal „tylko” 1,36 – wciąż mniej niż 1,62 za 3 Rakietek przez trzy kwarty w Staples Center. Coraz większa liczba trójek w meczach to pewne ryzyko dla ligi, że każdy będzie chciał grać w ten sam sposób. Czysta matematyka, z którą trudno będzie wygrać, szczególnie, że z każdym rokiem do NBA – przez wymagania i standardy – będą przychodzić jeszcze lepsi strzelcy z dystansu.
Coraz częściej możemy spotkać się z sytuacją, w której zawodnik decyduje się na zrezygnowanie z niemal pewnego lay-upu na rzecz 3 z rogu i choć na twarzach części z nas pojawia się grymas, to z analitycznego punktu widzenia zdarza się, że nie zawsze jest to złe rozwiązanie. Spójrz na poniższy, nie aż tak ekstremalny przykład, gdzie Kyrie Irving ma bardzo dobrą okazję do zdobycia łatwych punktów spod obręczy, lecz wybiera rozrzucenie piłki do niepilnowanego Kyle’a Korvera w rogu.
Korver w tym sezonie z lewego rogu trafił 23 z 38 rzutów, co w przełożeniu daje absurdalne 1,82 punktu na rzut. Irving z Restricted Area zdobywa średnio 1,09 punktu i choć było ogromne prawdopodobieństwo, że rozgrywający Cavs trafi ze swojej pozycji, to jego decyzję można usprawiedliwić. Warto również zaznaczyć, że mistrz NBA jest jedną z kilku drużyn, która z jednego z rogów – w tym wypadku lewego – jest efektywniejsza niż tuż spod kosza. Każdy rzut za 3 z lewej strony przekłada się na najlepsze w lidze 1,38 punktu – z RA jest to 1,27.
Właściwy wybór związany jest z niebywałą koszykarską inteligencją, szybkim przełożeniem konkretnej sytuacji boiskowej na rzecz korzystniejszego rozwiązania dla zespołu. W tym szaleństwie należy zachować umiar – wiedzieć, kto czeka z boku, żeby oddanie pewnych punktów nie prowadziło do niezrozumiałego ryzyka, jak choćby na poniższym przykładzie, gdzie niepilnowany pod koszem Nene, pozbywa się piłki na rzecz Coreya Brewera (33% za 3, 31% z prawego rogu), który popisuje się airballem.
Od kilku lat zmienia się pojęcie dobrego rzutu. Łatwo dojść do wniosku, że trójki – szczególnie te z rogów – to znakomite pozycje, a rzuty z półdystansu, czy nawet paint (bez RA) już niekoniecznie. W NBA jest tylko jedna drużyna – Dallas Mavericks – która z pomalowanego/ mid-range zdobywałaby więcej punktów na rzut niż jakikolwiek klub z dowolnego miejsca za 3. Średnio jeden rzut Mavs z pomalowanego to 0,95 punktu (2. wynik wynosi 0,9) i gorszy rezultat za 3 osiągają tylko Orlando Magic (0,91 z prawego rogu), Chicago Bulls (0,9 ze szczytu) i Brooklyn Nets (0,95 z lewego rogu). W tych obliczeniach jest pewna luka – nie są uwzględnione rzuty wolne po akcjach „and-one”, lecz nawet po ich zsumowaniu trudno oczekiwać znaczącego wzrostu w efektywności zwyczajnie nieefektywnych rzutów.
Pojawia się korelacja między liczbą oddawanych przez zespół trójek, a jego wynikami – 4 z 5 najlepszych pod tym względem drużyn należy do top5 NBA. Wyjątkiem są San Antonio Spurs, którzy plasują się na 3. miejscu wśród prób z półdystansu i 27. w rzutach za 3, lecz Ostrogi są wyjątkowo skuteczne na dystansie: najlepsza efektywność w trójkach ze szczytu (1,18 punktu na rzut – średnia 1,06) i 6. pozycja z poszczególnych rogów (1,31 z lewego, 1,18 z prawego). Podopieczni Gregga Popovicha należą obok Golden State Warriors do zespołu, który w każdym z sześciu elementów – RA, paint, mid-range, 2x corner 3 i trójki ze szczytu – osiąga wynik powyżej średniej.
Jeszcze większą korelację widać przy bezpośredniej efektywności poszczególnych klubów za 3 – z 12 najskuteczniejszych z dystansu zespołów tylko Milwaukee Bucks znajduje się obecnie poza play-offami. Tutaj dochodzi wspomniana wcześniej standaryzacja. Po pierwsze: istnieje duże ryzyko, że każdy będzie chciał grać w ten sam sposób; po drugie: pewni zawodnicy (nawet pewien styl gry drużyn) mogą zostać wypchnięci spoza ligi. Trudno walczyć z trendem, który działa i w większości przypadków przekłada się bezpośrednio na wyniki: inaczej, przy wyrównanych umiejętnościach, trudno postawić się matematyce – będą zdarzać się wyjątki, gdy w zetknięciu stylów gry wygra old-schoolowy, lecz na 100 takich przypadków zwycięży analityka.
Jednak sam zamysł nowoczesnej gry nie wystarczy, potrzebni są także odpowiedni wykonawcy, czego dowodem mogą być Brooklyn Nets. Kenny Atkinson wraz z GM-em Seanem Marksem starają się wprowadzić moreyballowy system z naciskiem na 3 (4. miejsce) i ograniczeniem prób z półdystansu (29.). Posiadania Nets zdarzają się kończyć w ten sposób, gdy żaden z zawodników nie przekracza nawet linii za 3:
Problem polega na tym, że ograniczeń w umiejętnościach poszczególnych koszykarzy nie da się oszukać – najgorsza drużyna w NBA jest nieefektywna w teoretycznie najlepszych rzutach: ostatnie miejsce w punktach na rzut z lewego rogu, 20. pozycja z prawego, 23. ze szczytu i 26. tuż pod koszem. Przy nastawieniu na półdystans, Nets mogliby przy takim składzie nie mieć nawet tych 9 zwycięstw: nikt nie zdobywa mniej punktów na rzut z mid-range niż Brooklyn. Jedyny jasny punkt to punkty z paint: 11. efektywność przy 12. miejscu pod względem oddawanych rzutów z tej strefy. Więc nawet, gdy znajdzie się słuszny schemat, potrzebny jest odpowiedni personel, a przy możliwościach Nets: czas.
Swoją drogą, Billy King, główny winowajca obecnej sytuacji na Brooklynie, cztery lata temu z jednej strony przewidział, że Brook Lopez w końcu zacznie regularnie oddawać trójki, z drugiej: był na tyle przeciwny trójkowej rewolucji, że optował za całkowitym zakazem oddawania rzutów z dystansu przez drużyny licealne, tak by młodzi zawodnicy skupili się na rozwoju gry z mid-range.
Czas jest także potrzebny, by zespoły mogły w pełni przenieść się na moreyball: w lidze nie ma wystarczającej liczby strzelców dla wszystkich, czołówka jest zmonopolizowana przez najlepszych. Jednak każdy kolejny sezon pokazuje, że NBA zmierza w kierunku życia na dystansie. Phoenix Suns Mike’a D’Antoniego i Steve’a Nasha oddawali 25,6 trójki na mecz w sezonie 05/06 i to było jak na tamte czasy dużo. Z takim wynikiem zespół z Arizony plasowałby się w trwających rozgrywkach na 19. miejscu ex aequo z Magic i Knicks.
Panuje boom, który zatrzymać mogłaby np. niemal nierealna zmiana przepisów, by rzut z rogu był liczony za 2 (ewentualnie choćby 2,5 punktu) lub równie trudna do znalezienia przeciwwaga dla trójek. Pytanie, czy w widocznej transformacji istnieje granica. Każdy mecz Rockets, ich nastawienie mówiące „z naszym stylem gry możemy rzucić więcej punktów od dowolnego przeciwnika”, wskazuje, że nie. Bo mogą mieć rację.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Przewodnik po konferencji wschodniej NBA

Znaleźliśmy się w takim momencie sezonu, w którym możemy przestać używać już argumentu ale jest jeszcze wcześnie. Konferencja wschodnia wygląda najlepiej od lat i po części wynika to z faktu, że drużyny faktycznie są silniejsze, ale też ze spłaszczenia stawki – większość zespołów prezentuje wyrównany poziom, przez co każdy może wygrać z niemal każdym.

Postanowiłem niejako uporządkować ten bałagan i w tym celu przygotowałem ranking, w którym punktuje wszystkie zespoły wschodu, w oparciu o to co do tej pory widzieliśmy. Sprawdzam kto z tej szamotaniny jest najlepszy, z cichym założeniem jest kwiecień, wszyscy są zdrowi, rozpoczynają się playoffy i trzeba wybrać kto ze wschodu ma największe szanse na finały NBA. W odwróconej kolejności: 

15. Philadelphia 76ers
  • Bill Simmons powiedział bardzo fajną rzecz na temat procesu Sixers. Cytuję z pamięci: Co by było, gdyby Netflix postanowił wypuścić serial, powiedzmy „Narcos” i na wejście powiedział swoim widzom: „Słuchajcie, serial będzie dobry dopiero od szóstego sezonu, bo w pierwszych pięciu chcemy rozwinąć naszych młodych aktorów. Ale nie przejmujcie się tym, płaćcie, oglądajcie i nie rezygnujcie z nas. Musicie nam zaufać, że to co robimy jest słuszne”.
  • Być może koniec tankowania jest bliżej niż nam się wydaje. Przyjmując scenariusz idealny, za rok w Filadelfii będzie ciekawa grupka zawodników: Jahlil Okafor, Nerlens Noel, Ben Simmons, zdrowy Joel Embiid i Dario Saric. Od tego momentu wciąż będzie daleka droga do sukcesu, w końcu Sixers będą posiadać tylko nieoszlifowany talent, ale… jest szansa, że w Philly zdecydują się już na wygrywanie meczów. Pozostaną wprawdzie z problemem bogactwa z przodu – wszystko wskazuje, że Okafor i Noel nie mogą grać ze sobą – stąd w tym celu powinni szukać wymian, prawdopodobnie rezygnując z Noela.

14. Brooklyn Nets
  • Staram się w tym sezonie omijać mecze Nets, ale zdarzyło się tak że obejrzałem ich dwa spotkania w przeciągu trzech dni. Największym plusem tych doświadczeń jest to, że wciąż żyję.  
  • Jako że Nets nie mają specjalnie przyszłości, GM Billy King za wszelką cenę powinien poszukać wymian, tak by pozyskać jakiekolwiek picki w drafcie. Brook Lopez nadal potrafi ugotować coś tyłem do kosza i w kilku dobrych drużynach byłby pożyteczną opcją. Pytanie czy Nets chcą handlować swoim najlepszym zawodnikiem. Inne pytanie to czy Brooklyn może otrzymać cokolwiek, w zamian za zawodzącego Joe Johnsona?
  • To jest line-up z 2 kwarty meczu przeciwko Pacers: Donald Sloan - Markel Brown - Wayne Ellington - Andrea Bargniani - Willie Reed. Naprawdę nie ma się co dziwić, że Nets zawodzą w tym sezonie.

13. Milwaukee Bucks
  • To nie jest dobra drużyna, przynajmniej jeszcze nie teraz. Jason Kidd robi co może, by znaleźć odpowiednie line-upy, ale wszystko w Milwaukee jest skomplikowane. Z Gregiem Monroe na parkiecie jest źle, bez niego też. Wydaje mi się, że głównym problemem jest to, że tutaj nie ma specjalnie kto rzucać. Każdy jakby bał się wziąć na siebie odpowiedzialność za zwykłe jump-shoty, co wynika też z tego że poszczególni zawodnicy Kozłów nie umieją przyzwoicie rzucać.
  • Bucks niemal na pewno będą lepsi, gdy Giannis doda do swojego arsenału stałą trójkę. W tej chwili trafia 29% rzutów z dystansu, ale w tym samym meczu potrafi zdobyć czystą trójkę, by chwilę później rzut nie doleciał do kosza. Umie już zdobywać punkty na szereg sposób, przede wszystkim dostając się pod kosz, ale to jest męczące przy słabym spacingu drużyny. Mam też wrażenie, że Giannis nie jest do końca w pełni wykorzystywany w Milwaukee – będąc najlepszym zawodnikiem musi mieć więcej posiadań rozpisywanych na siebie.
  • Dużo także zależy od tego na ile i czy Jabari Parker poprawi – także – swój zasięg rzutowy oraz defensywę. Popełnia, co naturalne, mnóstwo błędów typowych dla młodych zawodników. Wciąż brakuje mu nieco masy i bardzo łatwo gubi się w obronie pick and rolli, co prowadzi do łatwych punktów. Ale podobnie jak Giannis, Jabari musi dostawać więcej akcji na siebie. Na pewno cieszy, że po kontuzji nie ma śladu, co widać w eksplozywności z jaką atakuje kosz.
  • Warto też wspomnieć, że nie możesz być dobrą drużyną we współczesnej NBA, gdy na parkiecie masz tylko jednego zawodnika z pewnym rzutem. To złożyło się na to, że Kidd wystawiał na pozycji rozgrywającego nawet OJ’a Mayo. Wpłynęły na to kontuzje m.in. Vasqueza i Baylessa, ale też frustracja wynikająca z gry Michaela Cartera-Williamsa. Ten póki nie dołoży – znowu – rzutu dalej będzie traktowany jak Tony Allen rozgrywających. Spójrzcie tylko na ten obrazek, kryjący go Steph Curry nawet nie jest zainteresowany poczynaniami rozgrywającego Bucks.
  • Ta drużyna ma w sobie spory talent, tylko raz – jest po części źle skonstruowana, dwa – pewnych rzeczy, jak czas, nie przeskoczysz. Trzeba poczekać na rozwój poszczególnych zawodników i prawdopodobnie pozbyć się hamulcowych tego rozwoju. Tyle.

12. Washington Wizards
  • Są w moim top 5 drużyn, które najmniej lubię oglądać w tym sezonie – pozostałe to Nuggets, Sixers, Nets i Bulls.
  • Transformacja Wizards przechodzi zaskakująco źle, pewnie są lepszą drużyną niż ich pozycja w tabeli, ale póki nie poprawią swojej defensywy to nie zaczną seryjnie wygrywać meczów. Są szóstą najgorzej broniącą drużyną w lidze i rywale przeciwko Czarodziejom trafiają aż 61% swoich rzutów, co jest czwartym najgorszym wynikiem w lidze. Brakuje też regularności od najlepszych zawodników, Bealowi zdrowia i ludzi pod koszem. Gdy na parkiecie nie ma Marcina Gortata szwankuje defensywa obręczy. Stąd wynikają sytuacje, w których podkoszowi rywali zdobywają zatrważająco łatwe punkty.
  • Zaskakujący w tym wszystkim jest też fakt, że mimo top5 tempa w NBA, Wizards są w ostatniej dziesiątce ofensyw ligi. Być może w tym wszystkim Wizards chcieli zrobić za dużo naraz, stąd cały ten bałagan. Do poprawy jest naprawdę mnóstwo i nie wiem czy są w stanie zrobić to na bieżąco. Bez tego o playoffach nie mają co myśleć.

11. New York Knicks
  • Ze wszystkich dużych marketów w NBA najbliżej mi do Nowego Jorku, więc cieszy mnie dobra postawa tego zespołu. Gdyby ta drużyna posiadała przyszłoroczny pick w drafcie, przyszłość wyglądałaby jeszcze lepiej. Ale i tak jest nieźle, zważywszy na to co mogli zrobić - bo co by było gdyby, Greg Monroe, którego tak bardzo chciał Phil Jackson, wybrał Knicks zamiast Bucks?
  • W przypadku NYK ciekawi mnie jeszcze czy Jackson zdecyduje się na wymianę Carmelo. Niewiele jest drużyn, którym ten deal się opłaca i mogą zaoferować coś absorbującego. Np. gdyby Heat zdecydowali się na sprowadzenie Carmelo, deal opierałby się na Justisie Winslowie i zastanawiam się kto wtedy pierwszy powiedziałby nie. Chociaż pewnie i tak zabrakłoby picków od Heat, by ten pakiet przepchnąć. Rozsądnie wygląda także potencjalna opcja od Rockets i Bulls, tylko czy któraś ze stron poszłaby all-in po Melo?

10. Detroit Pistons
  • Tłoki byłyby kilka pozycji wyżej, gdyby nie ich marna ławka rezerwowych. Być może tutaj jakimś rozwiązaniem byłoby przesunięcie do podstawowego składu Stanleya Johnsona a na rezerwę Marcusa Morrisa, tak by z ławki wchodziła osoba, która potrafi zdobywać punkty.
  • Ich podstawowy line-up jest więcej niż solidny: Andre Drummond to all-star w tym sezonie, Reggie Jackson to prawie all-star, KCP miewa mocne momenty przeplatane słabszymi, ale rozwija się w niezłego 3&D gracza, a Marcus Morris dość łatwo potrafi wykorzystywać przewagę wzrostu nad niższymi zawodnikami.
  • Andre Drummond w niektórych meczach sprawia wrażenie jakby potrafił grać w post. W sytuacjach tyłem do kosza zdobywa kiepskie 0,69 punktu na posiadanie i nie wiem z czego wynika jego nieregularność. Mam wrażenie, że za mało wykorzystuje swoją przewagę atletyczną tak jak np. na poniższym obrazku.
  • Chciałbym oglądać Drummonda nie tylko rzucającego miliony kotwic w meczu, ale przede wszystkim atakującego kosz. Na pewno wie, że w NBA po prostu nie ma wielu ludzi, którzy fizycznie mogą się z centrem Pistons match-upować. Wciąż ma jeszcze w sobie nieodkryte możliwości, przede wszystkim w ataku, i tutaj progres Drummonda będzie szedł w parze z wynikami Pistons. W tym aspekcie wciąż jest jeszcze rezerwa.

9. Orlando Magic
  • Magic są tym zespołem, który wskoczył na miejsce Milwaukee z zeszłego sezonu. Młoda drużyna robiąca pierwszy szum w NBA, trener grający najlepszymi dostępnymi zawodnikami i nastawienie na defensywę. Nie są może tak fun-to-watch jak wskazywałby na to ich skład, ale nadrabiają wynikami. Mają obronę w top 10 NBA, co jest o tyle niesamowite, że od dłuższego czasu startują przeciętnym w defensywie duetem Frye-Vucevic. Ta para zdecydowanie pracuje na plusowe statystyki uzupełnianiem się w ataku, aniżeli defensywą.
    Przykład złej defensywy duetu Vucevic - Frye (czerwone strzałki) - łatwo dali się wyciągnąć spod obręczy, zabrakło też kogoś do asekuracji. Dzięki temu wytworzyła się wolna przestrzeń pod koszem, w którą wbiegł ścinający Damian Lillard i zdobył łatwe punkty.
  • W Orlando talent z pewnością jest i jeżeli utrzymają to co wypracowali, grając Oladipo z ławki plus poprawią jakość w ataku, mogą zaskoczyć i już teraz trochę niespodziewanie wywalczyć playoffy. Scott Skiles jest na tyle dobrym trenerem.

8. Atlanta Hawks
  • Idziesz do baru, rozglądasz się i wokoło nie ma wielu ładnych dziewczyn, jest tylko jedna powiedzmy siódemka. To najładniejsza dziewczyna w lokalu. Idziesz następnego dnia do tego samego baru, znowu przesiaduje ta sama osoba, z tym że tego dnia jest więcej ładnych dziewczyn, co nagle sprawia że siódemka na tle reszty wygląda przeciętnie. Hawks są tą siódemką. W zeszłym sezonie po prostu nie było wielu dobrych drużyn na wschodzie, a teraz gdy nagle jest ich więcej nikt sobie Jastrzębiami nie zawraca głowy. Czy Hawks są jakoś diametralnie inną drużyną? Nie. Po prostu okoliczności sprawiły, że postrzegaliśmy ich jako jedną z najlepszych drużyn w lidze, którą byli tylko dlatego bo ktoś nią być musiał. Reszta się wtedy nie pojawiła.

7. Boston Celtics 
W bostońskim Nad Niemnem Brada Stevensa:
  • Gdyby ta drużyna miała jakiegokolwiek zawodnika z top 15 czy chociaż 25 NBA to byłaby faworytem do przegrania z LeBronem w finałach konferencji. Prezydent Brad Stevens jest świetny, bo podobnie jak Rick Carlise wyciska wszystko co dobre z przeciętnych zawodników. Rękę trenera obrazuje też ofensywa zespołu. Celtics ruchem piłki łatwo potrafią wypracować sobie czyste pozycje, tylko talentu nie oszukasz, przez co często ich nie wykorzystują. Ale ważne, że stwarzają sobie sytuacje.
  • W tym kształcie Boston będzie miał problem z obroną. Są zawodnicy – jak Bradley, Smart czy Crawder – bardzo dobrzy w swoim fachu, ale przy match-upowaniu z poszczególnymi drużynami nie wiem jak schowają np. Isaiaha Thomasa. Niski rozgrywający w ataku robi kapitalne rzeczy, ale w obronie to kłopot. Nie jest w stanie kryć czołowych rozgrywających konferencji, a przy schowaniu na rzucających obrońców - którzy coś tam jednak robią w ataku - brakuje mu wzrostu. W meczu z Detroit to było poniekąd widoczne, gdy często gubił się w kryciu Reggiego Jacksona, a przy przejściu na wyższego KCP mógł liczyć tylko na to, że Pistons nie będą podawać rzucającemu obrońcy piłki. 
  • Problem jest też pod koszem, gdzie trochę brakuje siły i obrony obręczy. Jared Sullinger grający jako niski center będzie miał kłopot zarówno z defensywą obręczy, jak i z kryciem strech-4 (Amir Johnson, który gra bardzo dobry sezon, ma podobne problemy).
  • Gruby potrafi jednak rozciągnąć grę, trafiając 29% swoich trójek i o ile dociągnie do 33% to będzie realnym zagrożeniem dla przeciwnika. Rywale wciąż nie zawsze muszą go kryć od mid-range i tutaj wszystko zależy od Sullingera czy to się zmieni. To może być jednak skuteczna broń przeciwko wolniejszym wysokim broniącym dalej od kosza.  

6. Chicago Bulls
  • Całkowicie przestałem ufać tej drużynie. To w tym momencie liga runów i nie wiem jak Byki będą zdobywać seryjnie punkty. Mają z tym kłopot. Brakuje eksplozywności. Nie potrafią też sobie wypracowywać czystych pozycji rzutowych, ten atak jest ciężki, nic tutaj nie przychodzi łatwo. Świadczy o tym podobna statystyka jak w przypadku Wizards – wysokie tempo (top7), nie przekładające się na liczbę punktów (low 5 ofensywa).
  • Nie podoba mi się skład podkoszowych – duży tłok i być może jakiś trade Noaha byłby wskazany. Nie jestem też przekonany do Derricka Rose’a i ciekaw jestem czy znalazłaby się jeszcze drużyna, która postawiłaby na usługi rozgrywającego Bulls. Nie jestem pewien czy można usprawiedliwić to, że Rose’a oddaje prawie tyle samo rzutów co lider Bulls – Jimmy Butler – trafiając tylko 38% z nich (plus ohydne 22% za trzy). To się nie kalkuluje.
  • Ich największy plus to defensywa, ale tutaj też nie jestem pewien czy to fluke czy faktyczny stan rzeczy. Z zawodnikami takimi jak Gasol, McDermott czy Mirotic ta drużyna powinna być gorsza w obronie.

5. Charlotte Hornets
  • Nie mogę się przestawić, że Bobacts to już nie Bobacts i w Charlotte mamy do czynienia z respektowaną drużyną koszykówki. A taką bez wątpienia Hornets są w tym sezonie. W Charlotte dzieje się dużo dobrych rzeczy - mogą grać z powodzeniem stylem 4-out, jak i kombinować w wyższych ustawieniach z Big Alem. Frank Kamiński zapewnia uniwersalność frontcourtowi Szerszeni, dzięki swojemu spacingowi i niezłemu rzutowi za 3 (36%). Choć pewnie byliby jeszcze lepsi, gdyby w drafcie wzięli Justise'a Winslowa. Trochę brakuje tutaj zawodników z topu, choć Kemba Walker i Nic Batum zahaczą o mecz gwiazd.
  • Coś co przemawia za tak wysoką pozycją Charlotte to fakt, że są w top 10 ataku i obrony w NBA. Dodatkowo, ich netrating od początku sezonu balansuje między 1 a 2 pozycją na wschodzie, w tym momencie są tylko za Cleveland. Proces zmiany tożsamości drużyny przechodzi póki co nad wyraz łatwo, pewnie pojawią się jakieś zgrzyty, ale w końcu to co się dzieje w Charlotte ma sens. Oby jak najdłużej.

4. Miami Heat
  • Ich pierwsza piątka, analizując zawodników pozycja po pozycji, jest na papierze jedną z najlepszych w lidze. Ale Heat mają problem ze spacingiem i pewnych rzeczy przez to mogą nie przeskoczyć. Dragic męczy się grając z zawodnikami, którzy nie rozciągają gry - nie ma często miejsca by atakować kosz, przez co nie jest tak efektywny. Stąd wynika też problem bogactwa, bo być może chciałbyś grać więcej Boshem na niskim centrze, ale masz w składzie Whiteside’a i szkoda marnować jego potencjał na ławce. Szkopuł w tym wszystkim jest taki, że bez Whiteside’a, jak i Wade’a na parkiecie, Miami statystycznie spisuje się po prostu lepiej. Najwięcej drużyna traci na braku Chrisa Bosha i Justise’a Winslowa. Ten drugi zapewnia świetną obronę i pozwala przechodzić Miami w niskie ustawienia, w których Dragic czuje się lepiej. Bo gdy Żary grają koszykówkę 4-out, rzeczy na parkiecie się dzieją – po prostu tworzy się wolna przestrzeń, nawet z nierzucającym centrem na parkiecie.
  • W dużej mierze wydaje mi się, że Miami są poniekąd minimalnie lepszą wersją Bulls. Heat nadal będą wygrywać mecze, bo mają talent poparty doświadczeniem + jedną z najlepszych defensyw w lidze, ale chyba potrzebne będą zmiany w pierwszej piątce lub inne dzielenie minut podstawowych zawodników. Rozwiązanie być może jest na wyciągnięcie ręki, tylko trzeba po nie sięgnąć. 

3. Indiana Pacers
  • Są w top 10 najlepszych defensyw i ofensyw w NBA. W każdej serii w playoffach, z wyjątkiem potencjalnie tej z Cleveland Cavaliers będą mieć na parkiecie najlepszego zawodnika po swojej stronie. Brakuje im trochę lepszego składu podkoszowych, by zagrozić Cavaliers, chociaż wbrew pozorom nie jest aż tak źle - Ian Mahinmi nie jest już tylko klocem od obrony, zrobił postępy w grze w ataku. Wciąż nie ma odpowiedniego zasięgu, ale przynajmniej może atakować kosz. 
    Jordan Hill to zawodnik, dla którego go-to-move to nieefektywna długa dwójka, ale ma drugi najlepszy net rating w drużynie (!). Dodatkowo, niedługo wróci rookie Myles Turner, który może stać się fajnym strech centerem, potrafiącym na dobrym poziomie blokować rzuty. Jest jeszcze Lavoy Allen, po cichu robiący dużo pozytywnych małych rzeczy dla drużyny.
  • Backcourt wygląda nieźle, zakładając że George Hill i Monta Ellis poprawią efektywność gry. CJ Miles gra jak na siebie świetnie. Paul George to top 5 w wyścigu po nagrodę MVP. Indiana jest w lepsza niż przypuszczalnie powinna w tym momencie być, ale to jest naprawdę dobra drużyna, mogąca zdobywać punkty na szereg sposobów. Są o 1/2 ruchy transferowe by powalczyć o finały konferencji.

2. Toronto Raptors
  • To już nie jest ta sama drużyna co w zeszłym sezonie. Przede wszystkim Raptors to zespół nastawiony na obronę, co jeszcze rok temu było nie do pomyślenia. W ataku nie są też tak przewidywalni - w poprzednich rozgrywkach mimo jednej z lepszych ofensyw, była ona prosta do odszyfrowania, co potwierdzała gra z lepszymi klubami i same playoffy. Teraz jest więcej możliwości zaskoczenia rywala - mogą grać 4-out z Carrollem na 4, Scola i Jonas mogą karcić przeciwników w post, a Patterson na dystansie. Dodatkowo dodali potrzebną głębię - Cory Joseph jest jednym z najlepszych two-way rezerwowych, a Biyombo to potrzebna kłoda pod kosz, mogącą blokować rzuty.
  • Kyle Lowry wygląda jak - póki co - najlepszy rozgrywający na wschodzie, bo okazało się, że odpowiednie prowadzenie się i gra bez nadwagi wpływa na formę sportowca. Jeżeli jeszcze Terrence Ross będzie robił cokolwiek pożytecznego na parkiecie, DeMar DeRozan - to mało prawdopodobne - dorzuciłby trójkę (23%) i udało się dodać jakiegoś silnego skrzydłowego z obroną (może ktoś się nabierze na Rossa) to są szanse, że Toronto rzuciłoby chociaż wyzwanie Cleveland.

1. Cleveland Cavaliers
  • Nie widzę jak ktokolwiek na wschodzie może pokonać Cavs, jeżeli ci zdziesiątkowani, bez swojego drugiego najlepszego zawodnika wciąż liderują - najlepszej od dawna - konferencji. Jak pisałem o Cleveland już wcześniej - sezon regularny dla tej drużyny to poligon do czegoś większego. Wschód to wciąż konferencja LeBrona Jamesa.
Dziękuje za przeczytanie i życzę wam wesołych świąt!