Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Houston Rockets. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Houston Rockets. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 marca 2017

Złote czasy rzutu za trzy

Patrick Beverley odegrał piłkę do Erica Gordona, po czym szybkim ruchem wybiegł do prawego rogu, otrzymał podanie zwrotne i oddał całkowicie niepilnowaną trójkę. Trafił. Na zegarze widniało półtorej minuty do końca trzeciej kwarty, a Houston Rockets prowadzili w Staples Center z Los Angeles Clippers już 28 punktami. Po meczu. Co więcej, trafienie rozgrywającego 3. drużyny zachodu było 20 celną trójką Rakietek w środowym spotkaniu. Występ podopiecznych Mike’a D’Antoniego można uznać za stempel zmian jakie przechodzi liga, nastawienia na jak największą liczbę rzutów za 3, pod przywództwem jej największych rewolucjonistów.
W historii NBA było do tej pory 39 spotkań, w których jedna z drużyn trafiła co najmniej 20 trójek. 9 z nich należy do Rockets w tym sezonie, czyli dokładnie tyle samo ile w zeszłych rozgrywkach uzbierały wszystkie zespoły. By w LA dobrnąć do okrągłej dwudziestki, Houston potrzebowało zaledwie 37 rzutów w niecałe 35 minut gry. To oznacza, że każda trójka – nieważne czy celna – złożyła się średnio na 1,62 punktu na rzut. Czysta ekonomia, mając na uwadze – upraszczając – że na 60 punktów, przy podobnej skuteczności (54%), musiałoby złożyć się około 55 dwójek. Natomiast zachowując proporcję – punkt/ rzut – należałoby przyjąć, że aby odnaleźć podobną efektywność, trzeba by było po prostu trafić 80% oddawanych rzutów za dwa.
Nawet jeżeli najpewniejszy sposób zdobywania punktów pochodzi tuż spod kosza – lay-upy/ wsady – to wciąż niemal niemożliwym jest odpowiedzieć na klinikę jaką przeprowadzili Rockets na Clippers. Średnia zdobywanych punktów na rzut z Restricted Area w tym sezonie wynosi 1,22, dla najlepszej drużyny w tym aspekcie – Golden State Warriors – to nadal „tylko” 1,36 – wciąż mniej niż 1,62 za 3 Rakietek przez trzy kwarty w Staples Center. Coraz większa liczba trójek w meczach to pewne ryzyko dla ligi, że każdy będzie chciał grać w ten sam sposób. Czysta matematyka, z którą trudno będzie wygrać, szczególnie, że z każdym rokiem do NBA – przez wymagania i standardy – będą przychodzić jeszcze lepsi strzelcy z dystansu.
Coraz częściej możemy spotkać się z sytuacją, w której zawodnik decyduje się na zrezygnowanie z niemal pewnego lay-upu na rzecz 3 z rogu i choć na twarzach części z nas pojawia się grymas, to z analitycznego punktu widzenia zdarza się, że nie zawsze jest to złe rozwiązanie. Spójrz na poniższy, nie aż tak ekstremalny przykład, gdzie Kyrie Irving ma bardzo dobrą okazję do zdobycia łatwych punktów spod obręczy, lecz wybiera rozrzucenie piłki do niepilnowanego Kyle’a Korvera w rogu.
Korver w tym sezonie z lewego rogu trafił 23 z 38 rzutów, co w przełożeniu daje absurdalne 1,82 punktu na rzut. Irving z Restricted Area zdobywa średnio 1,09 punktu i choć było ogromne prawdopodobieństwo, że rozgrywający Cavs trafi ze swojej pozycji, to jego decyzję można usprawiedliwić. Warto również zaznaczyć, że mistrz NBA jest jedną z kilku drużyn, która z jednego z rogów – w tym wypadku lewego – jest efektywniejsza niż tuż spod kosza. Każdy rzut za 3 z lewej strony przekłada się na najlepsze w lidze 1,38 punktu – z RA jest to 1,27.
Właściwy wybór związany jest z niebywałą koszykarską inteligencją, szybkim przełożeniem konkretnej sytuacji boiskowej na rzecz korzystniejszego rozwiązania dla zespołu. W tym szaleństwie należy zachować umiar – wiedzieć, kto czeka z boku, żeby oddanie pewnych punktów nie prowadziło do niezrozumiałego ryzyka, jak choćby na poniższym przykładzie, gdzie niepilnowany pod koszem Nene, pozbywa się piłki na rzecz Coreya Brewera (33% za 3, 31% z prawego rogu), który popisuje się airballem.
Od kilku lat zmienia się pojęcie dobrego rzutu. Łatwo dojść do wniosku, że trójki – szczególnie te z rogów – to znakomite pozycje, a rzuty z półdystansu, czy nawet paint (bez RA) już niekoniecznie. W NBA jest tylko jedna drużyna – Dallas Mavericks – która z pomalowanego/ mid-range zdobywałaby więcej punktów na rzut niż jakikolwiek klub z dowolnego miejsca za 3. Średnio jeden rzut Mavs z pomalowanego to 0,95 punktu (2. wynik wynosi 0,9) i gorszy rezultat za 3 osiągają tylko Orlando Magic (0,91 z prawego rogu), Chicago Bulls (0,9 ze szczytu) i Brooklyn Nets (0,95 z lewego rogu). W tych obliczeniach jest pewna luka – nie są uwzględnione rzuty wolne po akcjach „and-one”, lecz nawet po ich zsumowaniu trudno oczekiwać znaczącego wzrostu w efektywności zwyczajnie nieefektywnych rzutów.
Pojawia się korelacja między liczbą oddawanych przez zespół trójek, a jego wynikami – 4 z 5 najlepszych pod tym względem drużyn należy do top5 NBA. Wyjątkiem są San Antonio Spurs, którzy plasują się na 3. miejscu wśród prób z półdystansu i 27. w rzutach za 3, lecz Ostrogi są wyjątkowo skuteczne na dystansie: najlepsza efektywność w trójkach ze szczytu (1,18 punktu na rzut – średnia 1,06) i 6. pozycja z poszczególnych rogów (1,31 z lewego, 1,18 z prawego). Podopieczni Gregga Popovicha należą obok Golden State Warriors do zespołu, który w każdym z sześciu elementów – RA, paint, mid-range, 2x corner 3 i trójki ze szczytu – osiąga wynik powyżej średniej.
Jeszcze większą korelację widać przy bezpośredniej efektywności poszczególnych klubów za 3 – z 12 najskuteczniejszych z dystansu zespołów tylko Milwaukee Bucks znajduje się obecnie poza play-offami. Tutaj dochodzi wspomniana wcześniej standaryzacja. Po pierwsze: istnieje duże ryzyko, że każdy będzie chciał grać w ten sam sposób; po drugie: pewni zawodnicy (nawet pewien styl gry drużyn) mogą zostać wypchnięci spoza ligi. Trudno walczyć z trendem, który działa i w większości przypadków przekłada się bezpośrednio na wyniki: inaczej, przy wyrównanych umiejętnościach, trudno postawić się matematyce – będą zdarzać się wyjątki, gdy w zetknięciu stylów gry wygra old-schoolowy, lecz na 100 takich przypadków zwycięży analityka.
Jednak sam zamysł nowoczesnej gry nie wystarczy, potrzebni są także odpowiedni wykonawcy, czego dowodem mogą być Brooklyn Nets. Kenny Atkinson wraz z GM-em Seanem Marksem starają się wprowadzić moreyballowy system z naciskiem na 3 (4. miejsce) i ograniczeniem prób z półdystansu (29.). Posiadania Nets zdarzają się kończyć w ten sposób, gdy żaden z zawodników nie przekracza nawet linii za 3:
Problem polega na tym, że ograniczeń w umiejętnościach poszczególnych koszykarzy nie da się oszukać – najgorsza drużyna w NBA jest nieefektywna w teoretycznie najlepszych rzutach: ostatnie miejsce w punktach na rzut z lewego rogu, 20. pozycja z prawego, 23. ze szczytu i 26. tuż pod koszem. Przy nastawieniu na półdystans, Nets mogliby przy takim składzie nie mieć nawet tych 9 zwycięstw: nikt nie zdobywa mniej punktów na rzut z mid-range niż Brooklyn. Jedyny jasny punkt to punkty z paint: 11. efektywność przy 12. miejscu pod względem oddawanych rzutów z tej strefy. Więc nawet, gdy znajdzie się słuszny schemat, potrzebny jest odpowiedni personel, a przy możliwościach Nets: czas.
Swoją drogą, Billy King, główny winowajca obecnej sytuacji na Brooklynie, cztery lata temu z jednej strony przewidział, że Brook Lopez w końcu zacznie regularnie oddawać trójki, z drugiej: był na tyle przeciwny trójkowej rewolucji, że optował za całkowitym zakazem oddawania rzutów z dystansu przez drużyny licealne, tak by młodzi zawodnicy skupili się na rozwoju gry z mid-range.
Czas jest także potrzebny, by zespoły mogły w pełni przenieść się na moreyball: w lidze nie ma wystarczającej liczby strzelców dla wszystkich, czołówka jest zmonopolizowana przez najlepszych. Jednak każdy kolejny sezon pokazuje, że NBA zmierza w kierunku życia na dystansie. Phoenix Suns Mike’a D’Antoniego i Steve’a Nasha oddawali 25,6 trójki na mecz w sezonie 05/06 i to było jak na tamte czasy dużo. Z takim wynikiem zespół z Arizony plasowałby się w trwających rozgrywkach na 19. miejscu ex aequo z Magic i Knicks.
Panuje boom, który zatrzymać mogłaby np. niemal nierealna zmiana przepisów, by rzut z rogu był liczony za 2 (ewentualnie choćby 2,5 punktu) lub równie trudna do znalezienia przeciwwaga dla trójek. Pytanie, czy w widocznej transformacji istnieje granica. Każdy mecz Rockets, ich nastawienie mówiące „z naszym stylem gry możemy rzucić więcej punktów od dowolnego przeciwnika”, wskazuje, że nie. Bo mogą mieć rację.

piątek, 16 grudnia 2016

Plusy i Minusy (4) - Łabędzi śpiew Ricky'ego Rubio?

Główna część jest o przyszłości Ricky’ego Rubio. Podzieliłem tekst na dwie formy – ogólną i analityczną. Dalej standardowe plusy i w zasadzie plusy, w których pojawiają się Eric Gordon jako najlepszy rezerwowy tego sezonu, spodenki Jaylena Browna, które są RZECZĄ i cameo Justina Andersona. Miłego czytania.
Po meczu, w którym Wolves oberwali 27-punktowym blow-outem od Pistons, Ricky Rubio nie krył swojej frustracji: - Możemy akceptować pojedyncze błędy, czy nietrafione rzuty, ale gra bez serca i chęci jest niedopuszczalna. Nasza sytuacja jest okropna.
To nie był pierwszy raz w tym sezonie, gdy hiszpański rozgrywający otwarcie skrytykował kolegów z zespołu: – To najlepsza drużyna, w której występowałem, dlatego jestem wściekły na myśl, że marnujemy czas. Nie wyciągamy wniosków. Pora na zmiany – mówił Rubio po kolejnym wypuszczonym przez Wolves wysokim prowadzeniu, pokazując swoje zniecierpliwienie. Po porażce z Szerszeniami Wilczki miały bilans 3-7 i początek rozgrywek jasno dał sygnał, że wygórowane przedsezonowe oczekiwania, zapowiedź walki o play-offy, raczej należy szybko przełożyć na kolejny rok. Woody Allen powiedział kiedyś, że „jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach na przyszłość” i ponownie okazuje się, że 12-letnia banicja od play-offów dla Minnesoty przedłuży się o co najmniej jeszcze jeden sezon.
Trudno być w zespole, który nieustannie przegrywa, a swój sezon kończy zanim tak naprawdę na dobre się nie zacznie. – Wciąż mam nadzieję, że w końcu uda się nam awansować do play-offów, ale z każdym rokiem jest coraz ciężej pozbierać się psychicznie po kolejnych niepowodzeniach – wspominał latem dla hiszpańskich mediów Rubio. 26-letni rozgrywający wierzył, że nadchodzące rozgrywki będą przełomowe. Miał jednak przygotowany scenariusz na wypadek, gdyby Minnesota skończyła jak zwykle: - Następny sezon będzie dla mnie kluczowy. Jestem w NBA od 2011 roku, a sześć lat bez play-offów to byłby stanowczo za długi czas. Będę musiał zacząć myśleć o drużynach, które kwalifikują się dalej, czy nawet wygrywają Finały – zakończył zawodnik Wolves. Z tych słów mogłoby wynikać, że Rubio gra swój ostatni sezon w Minnesocie, ale czy rozwód Hiszpana z zespołem prowadzonym przez Toma Thibodeau nie wyszedłby z korzyścią dla obu stron?
Nie chodzi tylko o samo zmęczenie mentalne Rubio, ale przesiąknięcie złym, wiecznie o rok od bycia za rok obliczem Minnesoty. Istotna jest kultura organizacji. 26-latek jako najdłuższy stażem w klubie z północy USA (minus Nikola Peković...), mógł negatywne cechy danego środowiska zaabsorbować i do pewnego stopnia tak częste przegrywanie mogłoby zakorzenić się w samym Hiszpanie. Jako kontrprzykład można podać Memphis Grizzlies. Lata bojów w meczach na styku sprawiły, że Miśki niezależnie jak bardzo nie byłyby poobijane, zawsze znajdą drogę do zwycięstwa.
Z czasem trudno negatywne nawyki z siebie wyplenić, a zmiana klubu mogłaby pomóc w złapaniu świeżości, czy poszukaniu innego spojrzenia. Nie łatwo przecież uczyć się na nowo, popełniając wciąż te same błędy. Można by się byłoby nawet zastanowić, czy lek w pewnym momencie nie zaczął wywoływać choroby i nie mam na myśli w tym wypadku gry, a know-how w zamykaniu bliskich spotkań.
Pamiętam jak dwa sezony temu, w jednym z początkowych zwycięstw Wolves przeciwko Nets, Nikola Peković udzielał wywiadu i powiedział „musimy zapomnieć o zwycięstwie i skupić się na następnym meczu”. Siedzący obok niego Rubio, na słowa Serba odwrócił się do kamery ze zdziwioną miną. Błahostka, ale wtedy wydała mi się podejrzana. W NBA ciężko o inne nastawienie niż „day-to-day” – najbliższy mecz jest najważniejszy, szczególnie dla młodej drużyny próbującej wygrywać na błędach.
***
W obecnych rozgrywkach Rubio zaliczył regres – najmniej punktów, asyst, zbiórek, przechwytów w całej karierze i najniższy % trafianych rzutów za 3, co akurat w przypadku rozgrywającego Wilczków nie jest jakimś specjalnym wyznacznikiem. Jego rzut był i będzie problemem, co jest wpisanym utrudnieniem dla całej drużyny. Gdy Hiszpan nie operuje na piłce często ustawia się w rogach parkietu, funkcjonując jako teoretyczny spot-up shooter. Przez to, że trafia 23,9% za 3, przeciwnik może spokojnie zostawić 26-latka na dystansie i podwoić większe ofensywne zagrożenie jak LaVine, Wiggins, czy Towns. Rubio z rogów trafia lepsze 33,3% rzutów, co może być właśnie efektem odpuszczania w tych miejscach Hiszpana.
Gdy na bokach parkietu rozgrywający dostanie piłkę, można poniekąd dojść do wniosku, że Rubio pokazuje w pigułce to co w nim dobre i jednocześnie złe. Wciąż zdarza mu się ogromne zawahanie, gdy tylko ma rzucić – to niekoniecznie musi wynikać nawet z tego, że Hiszpan boi się oddać rzut, tylko wie, że są ku temu lepsze opcje w drużynie. Dlatego też piłka często wpada w ruch i przechodzi dalej, co prowadzi do, albo over-passingu i budowania akcji od nowa (o jedno podanie za dużo):
Albo do łatwych punktów z dobrej pozycji:
Rubio zawsze był trudnym do wkomponowania elementem w drużynie. Wprawdzie robi dużo dobrego, ale pewne umiejętności, przy większej liczbie zawodników także potrzebujących piłki, schodzą nieco na dalszy plan. Hiszpan jest świetnym podającym, potrafi dostarczyć piłkę dokładnie tam gdzie tego oczekujesz, ale bez niej w rękach, w ataku pozycyjnym będzie tylko jak wspomniałem spot-up shooterem bez rzutu i z za wolnym pierwszym krokiem, by funkcjonować jako ścinający.
Brnąc dalej, w pick and rollu na papierze potrafi zrobić fajne rzeczy – szczególnie, gdy broniący przejdzie mu pod zasłoną – ale inni wykonają je po prostu lepiej. Na piłce Rubio zdobywa 0.69 punktu na posiadanie, gdzie LaVine 0.95, Wiggins 0.81, a Kris Dunn 0.77 ppp.

Obronę 26-latka wskazywano jako jego atut – przechwyty – do tego stopnia, że miałem wrażenie, że zaczęła być przeceniana. Wydaje mi się, że akurat przy skali talentu rozgrywających, defensywa (nie elitarna) na tej pozycji rzadko robi aż taką różnicę. Głębia i umiejętności poszczególnych point-guardów w NBA sprawia, że powiedzenie „świetny atak bije dobrą obronę” ma większe sprawdzenie niż w innych miejscach parkietu. Rubio w tym sezonie oddaje 1.05 punktu na posiadanie w pick and rollu, co jest wynikiem słabym. Ale do pewnego stopnia może potwierdzać postawioną przeze mnie tezę – w lidze, która żyje z pick and rolli, a skala talentu rozgrywających tylko rośnie, przyzwoita obrona zostanie wypchnięta na rzecz ofensywnej magii.
Inna sprawa, do której nie przywiązywałbym aż tak dużej wagi (a może jednak?), to suche liczby, po których widać, że Minnesota lepiej się spisuje, gdy każdy ze starterów gra bez Rubio. Z czasem powinno być lepiej, szczególnie gdy Wilczki zaczną zaliczać progres w defensywie pod Thibsem. Bo choć pierwsza piątka Wolves na papierze wygląda co najmniej solidnie, to nadal ma ogrom problemów właśnie po bronionej stronie parkietu. Do tego dochodzą duże minuty starterów w ustawieniach przeciwko rezerwowym, skąd także może wynikać różnica w efektywności.
Ryzykownym rozwiązaniem, mogłoby być przesunięcie Rubio na ławkę i inne rozdzielenie minut wśród najważniejszych zawodników – tak, by jak najefektywniej wykorzystać umiejętności na piłce pozostałych graczy. Np. wprowadzić do pierwszej piątki chimerycznego Dunna (nie wiem, czemu Thibodeau przestał grać Tyusem Jonesem – był solidny, wbrew swoim wadom), by z ławki wpuszczać pewniejszego kreatora dla i tak przeciętnych rezerwowych. Celem byłby większy balans między siłą pierwszej, a drugiej piątki.
Kusi, by dać jeszcze chwilę na rozwój Rubio z trzonem Towns-LaVine-Wiggins, ale z biegiem sezonu któraś ze stron może stracić cierpliwość. Dla jednych może być za wcześnie, dla drugich za późno. W końcu, nikt nie chce wiecznie przegrywać.
Vintage Eric Gordon
Po prawie 1/3 sezonu regularnego Eric Gordon wygląda jak główny kandydat do nagrody dla najlepszego rezerwowego. 27-latek w dużej mierze odpowiada za świetny start Houston Rockets, którzy zaliczyli już ósme zwycięstwo z rzędu.
Drużyna z Teksasu niemal przez pełne 48 minut może trzymać na parkiecie dwóch ball-handlerów i to jest jedna z największych zmian w porównaniu do zeszłych rozgrywek. W poprzednim sezonie gra Rockets w dużej mierze siadała, gdy tylko na ławkę zmierzał James Harden, bo brakowało kogoś kto mógłby wykreować coś w ataku. Teraz jest inaczej, bo obowiązki Brody na czas jego odpoczynku przejmuje Gordon. I dzięki temu, Houston przez praktycznie cały mecz dysponuje co najmniej solidną piątką. Z Gordonem, a bez Hardena, Rockets zdobywają dobre 107.8 punktu na sto posiadań i tracą do przeżycia 104.4pkt/100pos. Jednak, gdy któregoś z guardów nie ma na parkiecie, jest klops.
27-latek może swobodnie przejmować grę, bo po części stał się takim zawodnikiem jakiego pamiętamy – wydaje się bardzo dawno – z Clippers. Gordon jest kimś więcej niż tylko strzelcem za 3 w układance Daryla Moreya. Przede wszystkim nie boi się agresywnie ścinać do kosza:
Czy kreować pod obręczą pozycji dla pozostałych zawodników:
W Houston, gdzie niemal wszyscy prócz centrów mają zielone światło by rzucać za 3 takie podania to złoto. Gdy tylko kozłujący (Harden/ Gordon) uwolni się po zasłonie na dobrą pozycję ma do wyboru strzelców na dystansie, którzy trafiają 40.4 (Anderson), 39.7 (Beverley), 38.5% (Ariza) za trzy. Do tego dochodzi ewentualne podanie do rolującego w stronę kosza Clinta Capeli, który tuż pod obręczą wykańcza 64.3% akcji. Harden i Gordon są w zasadzie definicją triple-threat (rzut-ścięcie-podanie), a pozostali zawodnicy sprawiają, że definicja wybierz swoją truciznę nabiera jeszcze bardziej na znaczeniu.
W tym wszystkim jest jeszcze przecież największy atut Gordona, czyli jego trójka. W obecnym sezonie, 27-latek trafia 43.5% rzutów za trzy, przy 8.2 oddawanych trójkach na mecz. To póki co, niemal elitarny poziom, bo dla porównania w sezonie 14/15, Stephen Curry, gdy wygrywał swoje pierwsze trofeum MVP, rzucał 8.1 trójki na spotkanie, trafiając 44.3% z nich. W przypadku Gordona, często to są trudne, dalekie rzuty, które wpadają. Po prostu. A gdy tylko przeciwnik postanowi zmienić krycie, no cóż, jest ugotowany. Jak w poniższej sytuacji, gdzie Rockets zagrali podobny double-screen jak dla Hardena – wysoki ścina do kosza, a strzelec wybiega na dystans.
Posiadanie w składzie takiego zawodnika jak Gordon to ogromny luksus, chociaż trudno się przed sezonem było spodziewać, że ten będzie aż tak dobry. Przy wspominaniu co dla Hardena zrobił Mike D’Antoni, warto mieć jeszcze na uwadze byłego gracza Pelicans. Parzy.
Spodenki Jaylena Browna
Debiutant Boston Celtics ma zaskakująco udane wejście do NBA – w ograniczonych minutach nieźle broni, potrafi trafić za 3, ściąć do kosza, czy oddać floatera przypominającego Statuę Wolności. Jednak największym hitem w przypadku Jaylena Browna są jego spodenki, nie wystające za kolana, w stylu lat 80.
Po cichu liczyłem, że skrzydłowy Celtów chce może przywrócić modę na tak krótkie spodenki, lecz jedynie twierdzi, że wybiera je ze względu na wygodę: - Dobrze na mnie pasują. Wydaje mi się, że wielu osobom się one podobają, lecz nie robię tego by się przypodobać. Nie staram się przywrócić krótkich spodenek do NBA, po prostu dobrze mi się w nich gra. Robię wszystko by czuć się jak najbardziej komfortowo na parkiecie, a to mi pomaga – jestem sobą – powiedział Brown.
Wspomniał jeszcze, że luźniejsze spodenki, ze względu na spływający pot przybierają na wadze – „mniejsze portki, mniejszy ciężar” – mówi pierwszoroczniak. Czysty pragmatyzm, bo jak dodał „przy dryblingu między nogami, piłka na dłuższych spodenkach czasem gdzieś się zawieruszała. Or whatever”.
Brown w dopasowanych porteczkach grał wszędzie z wyjątkiem jednego roku na uniwersytecie: - Prosiłem o nie, ale twierdzili, że nie mogą takich zamówić. Nie rozumiałem tego, więc byłem zły. Wcześniej wszędzie grałem w takich spodniach, dlatego, gdy pojawiła się ku temu okazja także w Bostonie musiałem z niej skorzystać.
Wyścig o nagrodę dla najlepszego debiutanta przez Joela Embiida jest może rozstrzygnięty, ale spodenki Jaylena Browna wciąż mogą ubiegać się o podium.
Ścinający Justin Anderson
Ława przysięgłych wciąż nie wydała werdyktu na temat Justina Andersona, który trafia 27.5% za trzy i w niecałe 20 minut zdobywa 8.1 punktu. Drugoroczniak Dallas Mavericks ma fragmenty, w których pokazuje, że ma potencjał na niezłego obrońcę, a jego brak rzutu może zostać zakryty wszelkimi ścięciami do kosza i dobrym prowadzeniem drużyny. Nie ukrywam, że żadnego klubu nie widziałem mniej w tym sezonie niż Mavs, Wizards i Pistons (po 2), ale podobało mi się jak wypracowana została pozycja dla Andersona, a później jak ją wykończył.

Gra inside-outside ze strony skrzydłowego Mavericks – zaczyna pod koszem, zbiega po piłkę na dystans i potem ścina. To jeden ze sposobów jak zaangażować w ofensywie zawodnika, który jest niewielkim zagrożeniem rzutowym. Dać mu piłkę przy ataku na kosz. Swoją drogą, Dallas może momentami grać losowymi ludźmi, ale to mądra drużyna, głównie ze względu na osobę trenera. Mavs wprawdzie mają drugą najgorszą efektywność w ataku, ale to nie jest tak, że jako zespół nie generują dobrych pozycji. Po prostu w Dallas panuje ogromny deficyt talentu.

piątek, 2 grudnia 2016

Najlepszy mecz sezonu. Sam Dekker!

Warriors - Rockets było najlepszym starciem tego sezonu do tej pory, więc jeżeli nie widziałeś meczu przerwij czytanie i włącz w wolnej chwili to widowisko, nie zawiedziesz się.
Sam Dekker zagrał tak dobrze przeciwko Warriors, że postanowiłem o tym napisać. Drugoroczniak miał kilka kluczowych akcji, które pozwoliły Rockets odnieść najbardziej spektakularne zwycięstwo w sezonie regularnym od… chyba bożonarodzeniowego meczu z San Antonio Spurs.
Choć tempo meczu było szalone, to Rockets na 100 posiadań generowali tylko 103,8 punktu. Ważną rolę w wygranej odegrała obrona, bo z drugiej strony Houston tracili 102,2 punktu na 100 posiadań – lepiej niż ich średnia (107.2/100). Rakietki mają w składzie kilku dobrych indywidualnie obrońców, nawet James Harden jak na siebie wygląda nie najgorzej – z pojedynczego vine’a można udowodnić każdą tezę. Defensywny Real Plus Minus (wpływ na defensywę danego zawodnika liczony na 100 posiadań) Brody wynosi -0.72. Dla porównania: DRPM Curry’ego -0.93, Westbrooka -1.11, Kyriego -2.02, a Lillarda -2,60. Ale do rzeczy.
Rockets wykorzystywali przez nieco ponad 8 minut ustawienie Harden-Gordon-Ariza-Dekker-Anderson, które było +8. Zdarzało się, że piłka – po zużyciu prawie całego czasu na akcję – nawet nie opuszczała dystansu. Wszystko odbywało się wzdłuż linii za 3 i to mogło Houston zgubić, szczególnie gdy w kluczowych momentach rzuty przestały wpadać. Rockets byli jak mem z Kermitem, gdzie rozsądek podpowiada „możemy rzucać także za 2, otworzyły się driving-lanes”, a podświadomość sugeruje „ciii, dalej bombardujemy rywala trójkami”.
Wspomniane ustawienie było o tyle zaskakujące, że Dekker funkcjonował jako swego rodzaju wolny strzelec i wcielił się w rolę Motrezla Harrella (także świetnego w tym meczu), zastawiając deskę, czy ścinając do kosza. Dekker miał absolutnie kluczową ofensywną zbiórkę na 1:30 do końca dogrywki, gdy zebrał piłkę i chwilę później odegrał na trójkę dla Erica Gordona.
Drugoroczniak miał łącznie 8 zbiórek, w tym 4 na deskach rywala (co jest trochę przekłamaniem, bo dwie były po pudłach z bliska w jednej akcji). Houston było blisko, by niebezpieczeństwo, które generuje swoim spacingiem wprowadziło ich w kłopoty. Czy Anderson wcześniej oddał dobry rzut? Dekker umiejętnie urwał się do obręczy, przez co był niepilnowany, ale tak grają Rockets – szczególnie w końcówkach, za wszelką cenę szukając trójek, co często odbija się czkawką na Rakietkach (22. miejsce w fg% w clutch). Obrona Warriors właśnie te rzuty chciała odcinać, podwajając strzelców, przez co drugoroczniak stał się wolny w tej akcji, a w dalszej perspektywie nie miał kto zastawić deski. Draymond Greena krył Andersona na dystansie i w rezultacie Klay Thompson musiał zostawić Gordona na linii za 3, by przepychać się o zbiórkę z Dekkerem. Na doskok do zawodnika Rockets było już za późno.
Reggie Miller krzyczał, by Houston szukało gry bliżej kosza i w tej kanonadzie trójek, Rockets kilka razy zaskoczyli w ten sposób Warriors. Bo jak wspominałem, driving-lanes często były wolne, wystarczyło – jak to prosto brzmi – w nie zagrać, poszukać ścinającego do kosza zawodnika. Tak jak tutaj, gdy Dekker wykorzystuje, że desygnowany mu Durant skupia swoją uwagę na Hardenie. Zobacz kto broni kosza w Warriors (rywal trafia 41,7%, gdy KD broni obręczy).

To jeszcze jedna sytuacja, gdzie przytomne ścięcie Dekkera pozwoliło Rockets na zdobycie punktów. Widać jak agresywnie Warriors doskakują do strzelców na dystansie, starają się ich natychmiastowo podwajać, ale ruchem piłki gości udało się znaleźć dobrą pozycję do rzutu. Warto zwrócić uwagę, że drugoroczniak był wolny już wcześniej, a nieustannie switchująca defensywa GSW doprowadziła do sytuacji, gdzie Curry kończy na Dekkerze.
Sam Dekker w systemie Mike’a D’Antoniego wygląda zaskakująco dobrze. W zeszłym sezonie zaliczył przecież łącznie 6 minut w NBA, w których miał zbiórkę i przechwyt. Teraz gra prawie po 18 minut – w ostatnich 2 meczach dostał 27 i 26 minut – i notuje średnio 6 punktów, 3.7 zbiórki, 1.1 asysty, trafiając 49,5% swoich rzutów i 42,5% za 3. Robi małe rzeczy, które podnoszą wartość zespołu, tak jak z Warriors, gdzie jego walka zaprocentowała w decydujących posiadaniach meczu. Będzie dobrym zadaniowcem, takim co trafi trójkę, zetnie do kosza, powalczy na tablicach, czy zapracuje w obronie. W Houston więcej nie potrzeba.

wtorek, 22 listopada 2016

Plusy i Minusy (3) - Łapanie lobów z Clintem Capelą

Prawdopodobnie największym wygranym przesunięcia Jamesa Hardena na pozycję pełnoprawnego rozgrywającego jest Clint Capela. 22-letni center wytworzył sobie znakomitą chemię z liderem Rockets. W końcu, każdy Chewbacca potrzebuje swojego Hana Solo. Harden rzuca loby, a Capela pakuje je z góry. Nic prostszego.
Houston Rockets grają zasadniczo nieskomplikowaną koszykówkę. Znajdź gwiazdę, otocz ją trzema strzelcami za 3 i wysokim, biegającym od kosza do kosza, kończącym podania z góry i broniącym obręczy. Wyłączasz w ten sposób nieefektywne w kanciapach ludzi z kartką i ołówkiem rzuty z półdystansu, a skupiasz się wyłącznie na więcej wartych trójkach i mało ryzykownych punktach tuż spod kosza. Może wydawać się, że ten mocno analityczny styl gry wyłącza wszelką zabawę z piękna sportu, ale Capela i przede wszystkim Harden sprawili, że oglądanie koszykówki Rockets przynosi dużo przyjemności.
Duet Harden&Capela na 100 posiadań zdobywa dobre 114,4 punktu, a traci można z tym żyć 102,6. Na 58 asystowanych trafień szwajcarskiego centra, aż 41 kończących podań pochodziło od Brody. Jednym z najbardziej imponujących zagrań tej dwójki są podania Jamesa Hardena niemal z połowy parkietu do latającego nad obręczą Capeli. Naprawdę niewielu zawodników w lidze byłoby w stanie dograć piłkę z równie ogromną precyzją, z tak dużej odległości. Szalenie efektywne, a przy tym niesamowicie efektowne.
Przy uwalnianiu się Capeli widoczny jest schemat. Jeden ze strzelców Rockets stoi w rogu, Harden kozłuje przy linii środkowej, a trójka pozostałych zawodników wykonuje małą zagrywkę bez piłki. W sytuacji 3vs3 ważne jest to jak uwalnia się Szwajcar. Ryan Anderson rozbiega się na dystans, tym samym wyciągając swojego obrońcę, a pozostały strzelec – w tym wypadku Eric Gordon – biegnie w stronę przeciwnika kryjącego w danym przypadku centra Rockets. W ten sposób, Capela obiega gracza swojej drużyny, który właśnie postawił mu zasłonę bez piłki, na której zostaje przeciwnik. Dzięki temu, 22-latek może bez przeszkód skończyć fantastyczne podanie Hardena. Jeszcze raz, droga do uwolnienia Capeli pozostaje ta sama.
Jest fun. Wysoki Rockets sprawia wrażenie inteligentnego koszykarsko gościa, co widać po sposobie w jaki urywa się obronie rywala, czy jak ku temu wykorzystuje ustawienie przeciwnika. To jest w dużej mierze możliwe także ze względu na zagrożenie jakie stwarza Anderson swoją trójką i tym, że w zasadzie nie można byłego zawodnika Pelicans zostawić wolnego na dystansie. Szczegóły, o których piszę, można dostrzec na poniższym obrazku. Capela wskazuje Andersonowi, gdzie ma się ustawić. Pokazuje, by rozciągnął na linię za 3, co silny skrzydłowy robi. Kryjący Andersona obrońca wychodzi za nim, a Capela wykorzystuje zawodnika Spurs jako swego rodzaju zasłonę i go obiega na łatwe punkty.
Dużą rolę w tej sytuacji odegrał fakt, że Kyle Anderson, który w tej konkretnej sytuacji pilnował Capelę, postanowił pomóc Aldridge’owi, który odpowiadał za Hardena. Przez to dwóch graczy miał na sobie brodaty lider Rockets, a Capela pozostał sam, co sprytnie wykorzystał, kończąc lob od gwiazdy Rockets.
Jeszcze jedną ciekawą rzeczą, którą często wykorzystują Rockets są posiadania, gdy Anderson&Capela stawiają równocześnie zasłony dla Hardena i się rozbiegają – pierwszy na dystans, drugi do kosza.
Jest to o tyle trudna sytuacja do obrony, że w razie podwojenia ball-handlera ktoś pozostanie wolny. Więc defensywa wybiera w zasadzie mniejsze zło: zostawić bez krycia gracza trafiającego 40% swoich trójek, czy pozwolić na łatwe punkty tuż spod kosza. Pick your, prawda, poison.
DeMar DeRozan, król półdystansu
Rzucający obrońca Toronto Raptors to całkowite przeciwieństwo tego na czym swoją koszykówkę opierają Houston Rockets. DeMar DeRozan żyje tam, gdzie Rockets mają swoją strefę 51, czyli na półdystansie. Wystarczy powiedzieć, że 27-latek oddał więcej rzutów z mid-range w tym sezonie, niż dwie drużyny w NBA. Pierwszą jest właśnie drużyna z Teksasu, a drugą Brooklyn Nets, którzy pod Kennym Atkinsonem starają się grać nowoczesną koszykówkę.
Jednak to co robi DeRozan jest o tyle niesamowite, że w czasach analityki, dopracował do perfekcji wydawałoby się tak nieanalityczny rzut jakim jest jump-shot z półdystansu. Gdyby zawodnik Raptors miał przydomek z „Gry o Tron” to byłoby to coś w stylu: „DeMar DeRozan – King of the North, Midrange of the Truth”.
Rzucający obrońca Toronto trafia 47,4% z półdystansu i balansuje na cienkiej granicy, gdzie 2>3 (w uproszczeniu: 50% za 2 = 33% za 3, tylko takie podejście wyklucza np. rzuty wolne). Do tego znajduje się w gronie czterech zawodników, którzy wywalczają więcej niż 10 rzutów osobistych na mecz. Już w poprzednim sezonie DeRozan rozwinął ogrom cyrkowych ruchów, które w obecnym jeszcze bardziej dopracował do perfekcji. Spin-move’y, herky-jerky rzuty, kołowrotki – to wszystko ułatwia w tak wysokim % z gry i nieustannym przedostawaniu się na linię wolnych.
Ale to także prowadzi do tego, że DeRozan częściej musi walczyć z większą liczbą kryjących go zawodników. W sytuacjach 1vs1 defensor, szczególnie w sezonie regularnym, zazwyczaj jest ugotowany. Dlatego gracz jedynaka z Kanady musiał nauczyć się wychodzenia z podwojeń. Nie zawsze się udaje, ale gdy DeRozan wydostanie się z pułapki Raptors mogą skarcić przeciwnika, za to, że któregoś ich koszykarza zostawili wolnego. Jak tutaj, gdy DDR podaje do Bebe Nougeiry, który uwalnia na czystą trójkę Terrence’a Rossa.
Raptors wykorzystali za późny powrót do obrony Warriors.
Cavaliers traktowali momentami DeRozana jeszcze agresywniej, nawet potrajając 27-latka. Mistrzowie NBA starali się uniemożliwiać skuteczną możliwość rzutu dla zawodnika Raptors i zamykali praktycznie wszystkie rozwiązania do rozegrania. To przykład świetnej defensywy Cavs w pick and rollu, gdzie nastąpiła zmiana krycia. Droga do kosza jest niemal zamknięta, a gracze Cavs sprytnie ustawili się, by wyłączyć DeRozanowi wszystkie „passing lanes”.
Cała sytuacja kończy się przechwytem podania LeBrona Jamesa i dunkiem w kontrze.
To jednak kolejny sezon, gdy Raptors opierają swój atak na grze 1vs1 i to wychodzi (kopiuj, wklej). W dużej mierze dlatego, że DeRozan jest znowu odrobinę lepszy.
Kolejna „jak ją zatrzymać?!” akcja Warriors – Zaza jako Bogut
Steve Kerr wymyślił dosyć prosty, i przy dostępnym personelu bardzo skuteczny, sposób na wykorzystanie w ataku Zazy Pachulii. W akcji bierze udział 3 zawodników. Center Warriors dostaje piłkę w okolicy post, a dwójka graczy – nazwijmy ich Steph Curry i Draymond Green – robiega się w przeciwległe strony: jeden na dystans, drugi do kosza. Początek wygląda tak:
I tutaj są dwie wersje. W pierwszej zawodnik, który ma potencjalnie zaatakować obręcz, stawia zasłonę dla bombardiera z dystansu. Automatycznie obrońca, który kryje Curry’ego powinien zgubić się na zasłonie, przez co nastąpi switch/ podwojenie i Green będzie przez chwilę wolny. Boom:
Drugi wariant jest bardzo podobny, tyle tylko, że strzelec za 3 stawia zasłonę dla ścinającego. W tym wypadku Curry postawił pick dla Duranta – jeszcze gorzej dla rywala – i choć Giannis nie dał się nabrać na zagrywkę, to i tak skrzydłowy Warriors był za szybki, a Grek miał za daleką drogę do kosza. Boom x2:

Być może lepsza defensywa będzie w stanie przynajmniej spowolnić tę zagrywkę, szczególnie przy wariancie z Greenem. Najlepiej tak, by Zaza musiał oddać rzut. Problem polega przede wszystkim na tym, że bierze udział w niej Splasz Brat (Durant, czy Klay mogą występować w roli Curry’ego z tych akcji) i kolejne defensywy skupiają się na odcięciu mu trójki. Dzięki temu otwiera się droga dla innych zawodników, a Gruzin, trochę z podobną funkcją jak Bogut, ma na tyle dobre podanie, by odpowiednio zagrać piłkę do wybiegającego kolegi.
Giannis znajdujący igłę w stogu siana
Jakiś czas temu wspominałem o sytuacjach, gdy Giannis Antentokounmpo jest podwojony, czy potrojony przez obrony rywala i jak próbował pokonywać takie przeszkody rozrzutami do wolnych kolegów. Skrzydłowy Bucks, im bliżej obręczy się znajduje, tym większą uwagę obrońców skupia na sobie, bo tam stanowi największe zagrożenie. Prócz przeglądu pola, który stopniowo się poprawia, point-Giannis ma od czasu do czasu podania w tłoku, które przechodzić nie powinny – a przechodzą – na łatwe punkty dla innych graczy Milwaukee. Przy koordynacji Greek Freaka, jego zasięgu i wielkich susach, te zagrania są warte tego, by Grecja nadal pozostała państwem.
Drugie połowy Timberwolves
Nie mam wytłumaczenia na to co wyprawiają szczeniaczki w drugich połowach (głównie w trzecich kwartach, choć z Celtics wypuścili zwycięstwo w 4. kwarcie, gdy przez jedenaście i pół minuty trafili dwa rzuty na sześć punktów). Aż tak wychodzi brak doświadczenia, by po przerwie zapomnieć jak się gra w koszykówkę? A może to nieobecność w szatni Kevina Garnetta? Spójrzcie na te liczby:
To wygląda jak statystyki dwóch zupełnie innych zespołów. Nie chcę na ten temat więcej pisać, bo jest to dosyć przygnębiające, że taka fajna drużyna – która pokazuje jak dobrze potrafi grać – przegrywa kolejne mecze w niewytłumaczalny sposób.
Dziękuję za przeczytanie.

niedziela, 25 września 2016

Buty, o które nikt się nie zabijał

Jak Hakeem Olajuwon próbował zdobyć rynek obuwniczy i poległ.
15-letni Michael Eugene Thomas był wielkim fanem Michaela Jordana. Równie mocno jak swojego idola, uwielbiał buty, które zawodnik Chicago Bulls reklamował. Po każdej zakupionej parze tenisówek zostawiał na pamiątkę karton i paragon, na którym widniała kwota: 115.50$. Swoje buty czyścił codziennie i trzymał je w honorowym miejscu pokoju.
- Mówiliśmy mu, żeby nie chodził w tych butach do szkoły. Mógł niepotrzebnie ściągnąć na siebie kłopoty. - wspomina babcia Thomasa. - Na co ten odpowiadał: Babciu, żeby ktoś mi te buty zabrał, pierw będzie musiał mnie zabić.
2 maja 1989 roku był dla Thomasa zwykłym dniem szkolnym. 15-latek rano spakował się, wyszedł do liceum i jak zwykle założył swoje Jordany. Kilka godzin później jego ciało znaleziono w pobliskim lesie. Thomas został uduszony przez o dwa lata starszego chłopaka, Jamesa Martina, z którym czasem zdarzało mu się wspólnie grać w koszykówkę. Jedynym ubytkiem na miejscu zbrodni były buty.
***
W maju 1990 roku czołowe sportowe czasopismo “Sports Illustrated” wypuściło artykuł „Twoje buty albo twoje życie”. Głównym tematem tekstu była wzrastają fala rabunków, czasem nawet morderstw, gdzie motywem przestępstw były kurtki, czy inne ubrania z emblematami czołowych klubów lub buty reklamowane przez znanych atletów. Dlaczego tak się działo? Skąd u nastolatków brała się tak duża żądza posiadania głupiej kurtki, czy zwykłego buta. Dla niektórych dzieci, z biedniejszych rodzin i często bez perspektyw, wymienione dobra dawały poczucie, chociaż na moment, lepszego świata, na który nie mogły sobie pozwolić. Wiedziały tylko, że jest nieosiągalny. To były drogie rzeczy, na które naprawdę wiele uboższych rodzin nie mogło sobie pozwolić. Dlatego odłamek postanowił walczyć o nie dosłownie za wszelką cenę. We wspomnianym artykule pojawia się znamienne zdanie:
- Napastnicy nie zabierają po prostu ciuchów. Oni kradną od swoich ofiar status.
Szukano winnych. Wskazywano palcem na gwiazdy kojarzące się z konsumpcjonizmem Spike’a Lee, czy Michaela Jordana. Przez moment padli ofiarą systemu, w którym sami uczestniczyli jako pośrednicy. Musieli tłumaczyć się za coś na co nie mieli w końcu bezpośredniego wpływu. Tak naprawdę sprzedawali przecież produkt. Nic nadzwyczajnego. Gdyby nie oni, duże korporacje znalazłyby na ich miejsce kogoś innego. Wojna największych marek odzieżowych stworzyła ekskluzywny rynek napędzany przez pożądanie, wykreowane przez świetny marketing. Tylko poniekąd został wytworzony obraz rzeczywistości, do którego chciało dążyć wielu nastolatków, gdzie kawałek plastiku i gumy daje im lepsze perspektywy. Liczyło się to co but sobą reprezentował. Ten stał się swego rodzaju symbolem: luksusu, do którego wielu miało zamknięte drzwi.
***
Hakeem Olajuwon chciał wyjść odzieżowej wojnie gigantów naprzeciw. W 1995 roku center Houston Rockets podpisał kontrakt z niszową firmą Spalding i wypuścił na rynek nową serię butów „The Dream”. Od konkurencji różniły się przede wszystkim ceną. Jedna para kosztowała 34,99$, co było znaczną różnicą w porównaniu do 120, czy 150$ za parę Jordanów.
- Patrzę na przeciętną rodzinę: dla przykładu, samotną matkę wychowującą dziecko, która chce swojemu synowi kupić tenisówki… Nie stać jej. Albo jak matka wychowująca trójkę dzieci może sobie pozwolić na buty za 120$? Nie może. - tłumaczy Hakeem. - Dzieci zaczynają kraść lub między sobą walczyć. Myślą, że musisz mieć najdroższe rzeczy, by być najlepszym. Ludzie zatracają poczucie wartości. Należy wpajać dzieciom, że najlepsze nie jest równoznaczne z najdroższym.
Podstawową różnicą, prócz ceny, były miejsca gdzie sprzedawano obuwie. Nie były to ekskluzywne sklepy, a sieciówki jak np. Wall-Mart, Payless, czy K-Mart. Dzieci z reguły nie chodziły tam po buty. Hakeem nie zdawał sobie na początku sprawy jak dużym to będzie problemem. Foot Locker, największy sprzedawca butów w tamtym okresie, nie chciał mieć nic wspólnego z linią „The Dream”. Pojawiał się argument, że próżno było szukać Nike’ów, czy Reeboków w masowych sklepach na stoiskach za 15$. Liczył się luksus. Szef salonów „Just For Feet” Harold Ruttenberg mówił w wywiadach, że „klienci jego sklepów, wiedząc że coś jest sprzedawane w K-Marcie, nie wezmą tego produktu nawet za darmo”. Sugerował, że inne dzieci najzwyczajniej świecie, by się z niego śmiały. Zapewne, gdyby wstawić ten sam produkt w drogim salonie, ten schodziłby jak każdy inny. Otoczka towarzysząca zakupowi buta, okazywała się równie ważna jak sam produkt. Tenisówki czasami były tylko tłem.
Brakowało też środków na kampanię reklamową. Spalding nie miał szans konkurować z gigantami jak Nike, czy coraz mocniejszy Reebok. Często zdarzało się, że klienci w salonach prosili o te modele butów, które na bieżąco ukazywały się w reklamach. A by sprzedać buty potrzebna była skuteczna promocja. Gro pieniędzy ze sprzedaży obuwia w największych firmach idzie na marketing. Gdyby Spalding chciał zrobić to samo, to buty nie mogłyby kosztować niecałe 35$.
***
- Moi koledzy z drużyny noszą Nike’i, czy Reeboki i spoglądają na moje buty i wiedzą, że są inne, ale to tak samo stylowe i dobre materiałowo obuwie jak pozostałe, więc ostatecznie nie dostrzegają różnicy. To chcę, by zrozumiało młode pokolenie: nie oceniaj butów przez sam marketing. Należy cenić wartość pieniądza.
Buty Hakeema postrzegano jako tanie i nie w dobrym tego słowa znaczeniu sensie. Design był mocno standardowy: biały krój, czarna podeszwa z czerwono-żółtymi elementami. Brakowało błysku tym butom i czegoś bardziej nonszalanckiego, wyobraźni z jaką często tworzony były najnowsze modele Jordanów.
Buty innymi słowy wyglądały na przestarzałe. Nikt nie chciał celebrować takiego obuwia. Nudne? Brzydkie? Skóra, z której tworzone były „The Dream-y”, choć była równie dobra jakościowo jak ta z Nike’a, to też nie sprawiała wrażenia pierwszej klasy. Co zrozumiałe, podyktowane było to ceną, ale sam but nie powalał. Nie przyciągał uwagi wśród młodych. Sugerując się wynikami sprzedaży, dzieciaki wolały dłużej zaoszczędzić i wydać uzbierane pieniądze na droższe, ale bardziej szanowane wśród rówieśników buty. Obuwie zostało podyktowane w głównej mierze przez marketing. Albo jego brak. Larry Green, dyrektor marketingowy firmy, z którą współpracował Spalding, opowiadał:
- Wśród nastolatków, zakup sportowego buta jest kierowany w dużej mierze jego wizerunkiem i stosunkiem do niego. To geniusz Nike’a. To świetna marka, ze wspaniałymi produktami. Ale to co kupują dzieciaki to ich wizerunek i cechy, które sobą reprezentują.
Co więcej, żadna z gwiazd koszykarskich parkietów nie grała w tych butach. Nikt. Zero. Żaden gracz NBA, czy NCAA, prócz Hakeema, nie występował w „The Dreamach”. Nawet pozostali zawodnicy Rockets wybierali Nike’i, Adidasy, Reeboki, czy Filę. Penny Hardaway w kampanii promocyjnej dla Nike’a powiedział, że nikt nie chce chodzić w butach Spaldinga i nigdy nie widział, by ktokolwiek je nosił. Coś mogło być na rzeczy.
***
Kwestią w tym wypadku mógł być też wizerunek Hakeema. Powszechną opinią w ówczesnym czasie było to, że center Rockets niespecjalnie trafia do młodzieży. Nie miał tatuaży, kolczyków, kolorowych fryzur. Nie uprawiał trash-talku, bo jak twierdził, koszykówka to czysta gra umiejętności, a nie zbędne konwersacje. Obraz Nigeryjczyka, osoby zaufanej, lojalnej, cenionej i powszechnie lubianej, lepiej przemawiał do dorosłych. Jako pośrednik w sprzedaży zupełnie nie pasował do swojej grupy docelowej. Był dobrym gościem, ale przez to brakowało blichtru, elementu, który mógł przemówić do dzieciaków i jakoś przykuć ich uwagę. A to było tak potrzebne, aby przebić się w czasach Jordana, Charlesa Barkleya, Shaqa czy Dennisa Rodmana. Hakeem nie był cool.
- Jak zdefiniować bycie cool? - tłumaczy Nigeryjczyk. - Bycie cool to robienie właściwych rzeczy we właściwym czasie, odpowiednie zachowanie, reprezentowanie swoich bliskich z godnością. Nie ubieraj określonych rzeczy, tylko po to, by być cool.
I nawet jeżeli legenda Rockets ma rację, to takimi rzeczami nie trafia się masowo do młodych ludzi. Ralph Green, agent Olajuwona, dodaje:
- Startowaliśmy w castingu do kampanii reklamowej Sprite’a, którą ostatecznie wygrał Grant Hill. Przegraliśmy, bo uznano, że Hakeem nie przemawia do młodzieży.
Ponadto, Ameryce trudniej było sprzedać nie-Amerykanina, mówiącego z obcym akcentem i trudnym nazwiskiem. I choć Hakeem w 1995 zaliczył progres jeżeli chodzi o kontrakty reklamowe i bezpośrednie dochody z tym związane, to wciąż pozostawał daleko w tyle za nie tylko Jordanem, ale też Shaqiem. Dla przykładu, w 1994 roku z samej działalności poza-koszykarskiej gracz Rockets zarobił 2 mln $. Shaq w tym samym czasie zarobił 13.5 mln $, nie wspominając o Jordanie, który otrzymał 31 mln $. A to przecież Hakeem był mistrzem NBA, MVP ligi, a MJ na bejsbolowym urlopie. Ameryka wolała Amerykanina. Nie było w tym wielkiej filozofii. Może gdyby też Hakeem grał dla większego rynku niż Houston, byłoby inaczej.
Podczas jednego wywiadu dla ABC Michael Jordan został oskarżony przez gospodarza programu, że burzy młodzieży w głowach tak wysokimi cenami za swoje buty. Linia Hakeema była podana jako wzór: w końcu przeciętna osoba mogła sobie na takie buty pozwolić. Gracz Bulls na zarzuty odpowiedział wzruszeniem ramion i stwierdził, że jego buty kosztują 150$, bo są przeznaczone dla poważnych koszykarzy. Chociaż pod koniec dodał, że ma w planach wypuszczenie tańszych produktów. Mimo zapewnień, to nie nastąpiło. Powiedział tak, bo była to właściwa rzecz do powiedzenia.
Ostatecznie kontakt Olajuwona ze Spaldingiem wygasł w 2000 roku i obie strony się rozeszły. Według danych podanych przez firmę, sprzedane zostały 4 miliony pary butów z serii „The Dream”. I choć nie można było tego uznać za porażkę, to w żadnym momencie Spalding nie był konkurentem dla potentatów biznesu odzieżowego. Phil Knight, prezes Nike’a, nie budził się w nocy oblany potem, myśląc o „The Dreamach”. Mając przede wszystkim na uwadze cenę, należało spodziewać się dużo większego sukcesu. I choć idea była zacna, to niemal wszystko pozostałe okazało się klapą. Sam but w obuwniczej wojnie to w tym wypadku za mało.
Mimo wszystko, Hakeem przetarł drogę dla np. Stephana Marbury’ego, który przebił się ze swoją linią „Starbury” i zaczął sprzedawać parę tenisówek już od niecałych 15$. Marka cieszy się dużym zainteresowaniem, szczególnie w Chinach, gdzie Marbury ma ukształtowany status gwiazdy.
Tylko, czy Hakeem na pewno wierzył w swoją ideę? Czy nie był to tylko chwyt marketingowy, który ostatecznie nie wypalił przez masę szeregowych błędów i nieosiągalną konkurencję? W 2014 roku Hakeem podpisał kontrakt z mało znaną firmą Etonic. Razem wypuścili nową serię butów “1984 Akeem The Dream”. Kosztowały już 120$.
***
Michael Jordan siedział w szatni Chicago Bulls. Potrzebował skupienia. Czytał oświadczenie o śmierci młodego Thomasa, które wręczył mu dziennikarz.
Nie mogę uwierzyć… - wydusił z siebie Jordan, przez chwilę wyglądając jakby miał zacząć płakać. - Uduszony… Przez swojego kolegę...
Zapytał się, czy wcześniej były już takie przypadki. Tak, mnóstwo - pada odpowiedź z tłumu reporterów. Nie chodziło tylko o buty, ale też o kurtki, czapki, cokolwiek co zawierało na sobie loga klubów sportowych – ktoś dopowiada. Jordan słysząc to, wziął głęboki oddech i kręcąc głową powiedział:
- Myślałem, że ludzie będą chcieli naśladować tylko te dobre rzeczy, które robię, będą próbowali być lepsi i sami starali się je osiągnąć. Nic złego. Nigdy nie przeszło mi przez głowę, że ze względu na reklamę moich butów, czy czegokolwiek innego, ludzie będą się nawzajem krzywdzić.