Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Minnesota Timberwolves. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Minnesota Timberwolves. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 grudnia 2016

Plusy i Minusy (4) - Łabędzi śpiew Ricky'ego Rubio?

Główna część jest o przyszłości Ricky’ego Rubio. Podzieliłem tekst na dwie formy – ogólną i analityczną. Dalej standardowe plusy i w zasadzie plusy, w których pojawiają się Eric Gordon jako najlepszy rezerwowy tego sezonu, spodenki Jaylena Browna, które są RZECZĄ i cameo Justina Andersona. Miłego czytania.
Po meczu, w którym Wolves oberwali 27-punktowym blow-outem od Pistons, Ricky Rubio nie krył swojej frustracji: - Możemy akceptować pojedyncze błędy, czy nietrafione rzuty, ale gra bez serca i chęci jest niedopuszczalna. Nasza sytuacja jest okropna.
To nie był pierwszy raz w tym sezonie, gdy hiszpański rozgrywający otwarcie skrytykował kolegów z zespołu: – To najlepsza drużyna, w której występowałem, dlatego jestem wściekły na myśl, że marnujemy czas. Nie wyciągamy wniosków. Pora na zmiany – mówił Rubio po kolejnym wypuszczonym przez Wolves wysokim prowadzeniu, pokazując swoje zniecierpliwienie. Po porażce z Szerszeniami Wilczki miały bilans 3-7 i początek rozgrywek jasno dał sygnał, że wygórowane przedsezonowe oczekiwania, zapowiedź walki o play-offy, raczej należy szybko przełożyć na kolejny rok. Woody Allen powiedział kiedyś, że „jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach na przyszłość” i ponownie okazuje się, że 12-letnia banicja od play-offów dla Minnesoty przedłuży się o co najmniej jeszcze jeden sezon.
Trudno być w zespole, który nieustannie przegrywa, a swój sezon kończy zanim tak naprawdę na dobre się nie zacznie. – Wciąż mam nadzieję, że w końcu uda się nam awansować do play-offów, ale z każdym rokiem jest coraz ciężej pozbierać się psychicznie po kolejnych niepowodzeniach – wspominał latem dla hiszpańskich mediów Rubio. 26-letni rozgrywający wierzył, że nadchodzące rozgrywki będą przełomowe. Miał jednak przygotowany scenariusz na wypadek, gdyby Minnesota skończyła jak zwykle: - Następny sezon będzie dla mnie kluczowy. Jestem w NBA od 2011 roku, a sześć lat bez play-offów to byłby stanowczo za długi czas. Będę musiał zacząć myśleć o drużynach, które kwalifikują się dalej, czy nawet wygrywają Finały – zakończył zawodnik Wolves. Z tych słów mogłoby wynikać, że Rubio gra swój ostatni sezon w Minnesocie, ale czy rozwód Hiszpana z zespołem prowadzonym przez Toma Thibodeau nie wyszedłby z korzyścią dla obu stron?
Nie chodzi tylko o samo zmęczenie mentalne Rubio, ale przesiąknięcie złym, wiecznie o rok od bycia za rok obliczem Minnesoty. Istotna jest kultura organizacji. 26-latek jako najdłuższy stażem w klubie z północy USA (minus Nikola Peković...), mógł negatywne cechy danego środowiska zaabsorbować i do pewnego stopnia tak częste przegrywanie mogłoby zakorzenić się w samym Hiszpanie. Jako kontrprzykład można podać Memphis Grizzlies. Lata bojów w meczach na styku sprawiły, że Miśki niezależnie jak bardzo nie byłyby poobijane, zawsze znajdą drogę do zwycięstwa.
Z czasem trudno negatywne nawyki z siebie wyplenić, a zmiana klubu mogłaby pomóc w złapaniu świeżości, czy poszukaniu innego spojrzenia. Nie łatwo przecież uczyć się na nowo, popełniając wciąż te same błędy. Można by się byłoby nawet zastanowić, czy lek w pewnym momencie nie zaczął wywoływać choroby i nie mam na myśli w tym wypadku gry, a know-how w zamykaniu bliskich spotkań.
Pamiętam jak dwa sezony temu, w jednym z początkowych zwycięstw Wolves przeciwko Nets, Nikola Peković udzielał wywiadu i powiedział „musimy zapomnieć o zwycięstwie i skupić się na następnym meczu”. Siedzący obok niego Rubio, na słowa Serba odwrócił się do kamery ze zdziwioną miną. Błahostka, ale wtedy wydała mi się podejrzana. W NBA ciężko o inne nastawienie niż „day-to-day” – najbliższy mecz jest najważniejszy, szczególnie dla młodej drużyny próbującej wygrywać na błędach.
***
W obecnych rozgrywkach Rubio zaliczył regres – najmniej punktów, asyst, zbiórek, przechwytów w całej karierze i najniższy % trafianych rzutów za 3, co akurat w przypadku rozgrywającego Wilczków nie jest jakimś specjalnym wyznacznikiem. Jego rzut był i będzie problemem, co jest wpisanym utrudnieniem dla całej drużyny. Gdy Hiszpan nie operuje na piłce często ustawia się w rogach parkietu, funkcjonując jako teoretyczny spot-up shooter. Przez to, że trafia 23,9% za 3, przeciwnik może spokojnie zostawić 26-latka na dystansie i podwoić większe ofensywne zagrożenie jak LaVine, Wiggins, czy Towns. Rubio z rogów trafia lepsze 33,3% rzutów, co może być właśnie efektem odpuszczania w tych miejscach Hiszpana.
Gdy na bokach parkietu rozgrywający dostanie piłkę, można poniekąd dojść do wniosku, że Rubio pokazuje w pigułce to co w nim dobre i jednocześnie złe. Wciąż zdarza mu się ogromne zawahanie, gdy tylko ma rzucić – to niekoniecznie musi wynikać nawet z tego, że Hiszpan boi się oddać rzut, tylko wie, że są ku temu lepsze opcje w drużynie. Dlatego też piłka często wpada w ruch i przechodzi dalej, co prowadzi do, albo over-passingu i budowania akcji od nowa (o jedno podanie za dużo):
Albo do łatwych punktów z dobrej pozycji:
Rubio zawsze był trudnym do wkomponowania elementem w drużynie. Wprawdzie robi dużo dobrego, ale pewne umiejętności, przy większej liczbie zawodników także potrzebujących piłki, schodzą nieco na dalszy plan. Hiszpan jest świetnym podającym, potrafi dostarczyć piłkę dokładnie tam gdzie tego oczekujesz, ale bez niej w rękach, w ataku pozycyjnym będzie tylko jak wspomniałem spot-up shooterem bez rzutu i z za wolnym pierwszym krokiem, by funkcjonować jako ścinający.
Brnąc dalej, w pick and rollu na papierze potrafi zrobić fajne rzeczy – szczególnie, gdy broniący przejdzie mu pod zasłoną – ale inni wykonają je po prostu lepiej. Na piłce Rubio zdobywa 0.69 punktu na posiadanie, gdzie LaVine 0.95, Wiggins 0.81, a Kris Dunn 0.77 ppp.

Obronę 26-latka wskazywano jako jego atut – przechwyty – do tego stopnia, że miałem wrażenie, że zaczęła być przeceniana. Wydaje mi się, że akurat przy skali talentu rozgrywających, defensywa (nie elitarna) na tej pozycji rzadko robi aż taką różnicę. Głębia i umiejętności poszczególnych point-guardów w NBA sprawia, że powiedzenie „świetny atak bije dobrą obronę” ma większe sprawdzenie niż w innych miejscach parkietu. Rubio w tym sezonie oddaje 1.05 punktu na posiadanie w pick and rollu, co jest wynikiem słabym. Ale do pewnego stopnia może potwierdzać postawioną przeze mnie tezę – w lidze, która żyje z pick and rolli, a skala talentu rozgrywających tylko rośnie, przyzwoita obrona zostanie wypchnięta na rzecz ofensywnej magii.
Inna sprawa, do której nie przywiązywałbym aż tak dużej wagi (a może jednak?), to suche liczby, po których widać, że Minnesota lepiej się spisuje, gdy każdy ze starterów gra bez Rubio. Z czasem powinno być lepiej, szczególnie gdy Wilczki zaczną zaliczać progres w defensywie pod Thibsem. Bo choć pierwsza piątka Wolves na papierze wygląda co najmniej solidnie, to nadal ma ogrom problemów właśnie po bronionej stronie parkietu. Do tego dochodzą duże minuty starterów w ustawieniach przeciwko rezerwowym, skąd także może wynikać różnica w efektywności.
Ryzykownym rozwiązaniem, mogłoby być przesunięcie Rubio na ławkę i inne rozdzielenie minut wśród najważniejszych zawodników – tak, by jak najefektywniej wykorzystać umiejętności na piłce pozostałych graczy. Np. wprowadzić do pierwszej piątki chimerycznego Dunna (nie wiem, czemu Thibodeau przestał grać Tyusem Jonesem – był solidny, wbrew swoim wadom), by z ławki wpuszczać pewniejszego kreatora dla i tak przeciętnych rezerwowych. Celem byłby większy balans między siłą pierwszej, a drugiej piątki.
Kusi, by dać jeszcze chwilę na rozwój Rubio z trzonem Towns-LaVine-Wiggins, ale z biegiem sezonu któraś ze stron może stracić cierpliwość. Dla jednych może być za wcześnie, dla drugich za późno. W końcu, nikt nie chce wiecznie przegrywać.
Vintage Eric Gordon
Po prawie 1/3 sezonu regularnego Eric Gordon wygląda jak główny kandydat do nagrody dla najlepszego rezerwowego. 27-latek w dużej mierze odpowiada za świetny start Houston Rockets, którzy zaliczyli już ósme zwycięstwo z rzędu.
Drużyna z Teksasu niemal przez pełne 48 minut może trzymać na parkiecie dwóch ball-handlerów i to jest jedna z największych zmian w porównaniu do zeszłych rozgrywek. W poprzednim sezonie gra Rockets w dużej mierze siadała, gdy tylko na ławkę zmierzał James Harden, bo brakowało kogoś kto mógłby wykreować coś w ataku. Teraz jest inaczej, bo obowiązki Brody na czas jego odpoczynku przejmuje Gordon. I dzięki temu, Houston przez praktycznie cały mecz dysponuje co najmniej solidną piątką. Z Gordonem, a bez Hardena, Rockets zdobywają dobre 107.8 punktu na sto posiadań i tracą do przeżycia 104.4pkt/100pos. Jednak, gdy któregoś z guardów nie ma na parkiecie, jest klops.
27-latek może swobodnie przejmować grę, bo po części stał się takim zawodnikiem jakiego pamiętamy – wydaje się bardzo dawno – z Clippers. Gordon jest kimś więcej niż tylko strzelcem za 3 w układance Daryla Moreya. Przede wszystkim nie boi się agresywnie ścinać do kosza:
Czy kreować pod obręczą pozycji dla pozostałych zawodników:
W Houston, gdzie niemal wszyscy prócz centrów mają zielone światło by rzucać za 3 takie podania to złoto. Gdy tylko kozłujący (Harden/ Gordon) uwolni się po zasłonie na dobrą pozycję ma do wyboru strzelców na dystansie, którzy trafiają 40.4 (Anderson), 39.7 (Beverley), 38.5% (Ariza) za trzy. Do tego dochodzi ewentualne podanie do rolującego w stronę kosza Clinta Capeli, który tuż pod obręczą wykańcza 64.3% akcji. Harden i Gordon są w zasadzie definicją triple-threat (rzut-ścięcie-podanie), a pozostali zawodnicy sprawiają, że definicja wybierz swoją truciznę nabiera jeszcze bardziej na znaczeniu.
W tym wszystkim jest jeszcze przecież największy atut Gordona, czyli jego trójka. W obecnym sezonie, 27-latek trafia 43.5% rzutów za trzy, przy 8.2 oddawanych trójkach na mecz. To póki co, niemal elitarny poziom, bo dla porównania w sezonie 14/15, Stephen Curry, gdy wygrywał swoje pierwsze trofeum MVP, rzucał 8.1 trójki na spotkanie, trafiając 44.3% z nich. W przypadku Gordona, często to są trudne, dalekie rzuty, które wpadają. Po prostu. A gdy tylko przeciwnik postanowi zmienić krycie, no cóż, jest ugotowany. Jak w poniższej sytuacji, gdzie Rockets zagrali podobny double-screen jak dla Hardena – wysoki ścina do kosza, a strzelec wybiega na dystans.
Posiadanie w składzie takiego zawodnika jak Gordon to ogromny luksus, chociaż trudno się przed sezonem było spodziewać, że ten będzie aż tak dobry. Przy wspominaniu co dla Hardena zrobił Mike D’Antoni, warto mieć jeszcze na uwadze byłego gracza Pelicans. Parzy.
Spodenki Jaylena Browna
Debiutant Boston Celtics ma zaskakująco udane wejście do NBA – w ograniczonych minutach nieźle broni, potrafi trafić za 3, ściąć do kosza, czy oddać floatera przypominającego Statuę Wolności. Jednak największym hitem w przypadku Jaylena Browna są jego spodenki, nie wystające za kolana, w stylu lat 80.
Po cichu liczyłem, że skrzydłowy Celtów chce może przywrócić modę na tak krótkie spodenki, lecz jedynie twierdzi, że wybiera je ze względu na wygodę: - Dobrze na mnie pasują. Wydaje mi się, że wielu osobom się one podobają, lecz nie robię tego by się przypodobać. Nie staram się przywrócić krótkich spodenek do NBA, po prostu dobrze mi się w nich gra. Robię wszystko by czuć się jak najbardziej komfortowo na parkiecie, a to mi pomaga – jestem sobą – powiedział Brown.
Wspomniał jeszcze, że luźniejsze spodenki, ze względu na spływający pot przybierają na wadze – „mniejsze portki, mniejszy ciężar” – mówi pierwszoroczniak. Czysty pragmatyzm, bo jak dodał „przy dryblingu między nogami, piłka na dłuższych spodenkach czasem gdzieś się zawieruszała. Or whatever”.
Brown w dopasowanych porteczkach grał wszędzie z wyjątkiem jednego roku na uniwersytecie: - Prosiłem o nie, ale twierdzili, że nie mogą takich zamówić. Nie rozumiałem tego, więc byłem zły. Wcześniej wszędzie grałem w takich spodniach, dlatego, gdy pojawiła się ku temu okazja także w Bostonie musiałem z niej skorzystać.
Wyścig o nagrodę dla najlepszego debiutanta przez Joela Embiida jest może rozstrzygnięty, ale spodenki Jaylena Browna wciąż mogą ubiegać się o podium.
Ścinający Justin Anderson
Ława przysięgłych wciąż nie wydała werdyktu na temat Justina Andersona, który trafia 27.5% za trzy i w niecałe 20 minut zdobywa 8.1 punktu. Drugoroczniak Dallas Mavericks ma fragmenty, w których pokazuje, że ma potencjał na niezłego obrońcę, a jego brak rzutu może zostać zakryty wszelkimi ścięciami do kosza i dobrym prowadzeniem drużyny. Nie ukrywam, że żadnego klubu nie widziałem mniej w tym sezonie niż Mavs, Wizards i Pistons (po 2), ale podobało mi się jak wypracowana została pozycja dla Andersona, a później jak ją wykończył.

Gra inside-outside ze strony skrzydłowego Mavericks – zaczyna pod koszem, zbiega po piłkę na dystans i potem ścina. To jeden ze sposobów jak zaangażować w ofensywie zawodnika, który jest niewielkim zagrożeniem rzutowym. Dać mu piłkę przy ataku na kosz. Swoją drogą, Dallas może momentami grać losowymi ludźmi, ale to mądra drużyna, głównie ze względu na osobę trenera. Mavs wprawdzie mają drugą najgorszą efektywność w ataku, ale to nie jest tak, że jako zespół nie generują dobrych pozycji. Po prostu w Dallas panuje ogromny deficyt talentu.

wtorek, 22 listopada 2016

Plusy i Minusy (3) - Łapanie lobów z Clintem Capelą

Prawdopodobnie największym wygranym przesunięcia Jamesa Hardena na pozycję pełnoprawnego rozgrywającego jest Clint Capela. 22-letni center wytworzył sobie znakomitą chemię z liderem Rockets. W końcu, każdy Chewbacca potrzebuje swojego Hana Solo. Harden rzuca loby, a Capela pakuje je z góry. Nic prostszego.
Houston Rockets grają zasadniczo nieskomplikowaną koszykówkę. Znajdź gwiazdę, otocz ją trzema strzelcami za 3 i wysokim, biegającym od kosza do kosza, kończącym podania z góry i broniącym obręczy. Wyłączasz w ten sposób nieefektywne w kanciapach ludzi z kartką i ołówkiem rzuty z półdystansu, a skupiasz się wyłącznie na więcej wartych trójkach i mało ryzykownych punktach tuż spod kosza. Może wydawać się, że ten mocno analityczny styl gry wyłącza wszelką zabawę z piękna sportu, ale Capela i przede wszystkim Harden sprawili, że oglądanie koszykówki Rockets przynosi dużo przyjemności.
Duet Harden&Capela na 100 posiadań zdobywa dobre 114,4 punktu, a traci można z tym żyć 102,6. Na 58 asystowanych trafień szwajcarskiego centra, aż 41 kończących podań pochodziło od Brody. Jednym z najbardziej imponujących zagrań tej dwójki są podania Jamesa Hardena niemal z połowy parkietu do latającego nad obręczą Capeli. Naprawdę niewielu zawodników w lidze byłoby w stanie dograć piłkę z równie ogromną precyzją, z tak dużej odległości. Szalenie efektywne, a przy tym niesamowicie efektowne.
Przy uwalnianiu się Capeli widoczny jest schemat. Jeden ze strzelców Rockets stoi w rogu, Harden kozłuje przy linii środkowej, a trójka pozostałych zawodników wykonuje małą zagrywkę bez piłki. W sytuacji 3vs3 ważne jest to jak uwalnia się Szwajcar. Ryan Anderson rozbiega się na dystans, tym samym wyciągając swojego obrońcę, a pozostały strzelec – w tym wypadku Eric Gordon – biegnie w stronę przeciwnika kryjącego w danym przypadku centra Rockets. W ten sposób, Capela obiega gracza swojej drużyny, który właśnie postawił mu zasłonę bez piłki, na której zostaje przeciwnik. Dzięki temu, 22-latek może bez przeszkód skończyć fantastyczne podanie Hardena. Jeszcze raz, droga do uwolnienia Capeli pozostaje ta sama.
Jest fun. Wysoki Rockets sprawia wrażenie inteligentnego koszykarsko gościa, co widać po sposobie w jaki urywa się obronie rywala, czy jak ku temu wykorzystuje ustawienie przeciwnika. To jest w dużej mierze możliwe także ze względu na zagrożenie jakie stwarza Anderson swoją trójką i tym, że w zasadzie nie można byłego zawodnika Pelicans zostawić wolnego na dystansie. Szczegóły, o których piszę, można dostrzec na poniższym obrazku. Capela wskazuje Andersonowi, gdzie ma się ustawić. Pokazuje, by rozciągnął na linię za 3, co silny skrzydłowy robi. Kryjący Andersona obrońca wychodzi za nim, a Capela wykorzystuje zawodnika Spurs jako swego rodzaju zasłonę i go obiega na łatwe punkty.
Dużą rolę w tej sytuacji odegrał fakt, że Kyle Anderson, który w tej konkretnej sytuacji pilnował Capelę, postanowił pomóc Aldridge’owi, który odpowiadał za Hardena. Przez to dwóch graczy miał na sobie brodaty lider Rockets, a Capela pozostał sam, co sprytnie wykorzystał, kończąc lob od gwiazdy Rockets.
Jeszcze jedną ciekawą rzeczą, którą często wykorzystują Rockets są posiadania, gdy Anderson&Capela stawiają równocześnie zasłony dla Hardena i się rozbiegają – pierwszy na dystans, drugi do kosza.
Jest to o tyle trudna sytuacja do obrony, że w razie podwojenia ball-handlera ktoś pozostanie wolny. Więc defensywa wybiera w zasadzie mniejsze zło: zostawić bez krycia gracza trafiającego 40% swoich trójek, czy pozwolić na łatwe punkty tuż spod kosza. Pick your, prawda, poison.
DeMar DeRozan, król półdystansu
Rzucający obrońca Toronto Raptors to całkowite przeciwieństwo tego na czym swoją koszykówkę opierają Houston Rockets. DeMar DeRozan żyje tam, gdzie Rockets mają swoją strefę 51, czyli na półdystansie. Wystarczy powiedzieć, że 27-latek oddał więcej rzutów z mid-range w tym sezonie, niż dwie drużyny w NBA. Pierwszą jest właśnie drużyna z Teksasu, a drugą Brooklyn Nets, którzy pod Kennym Atkinsonem starają się grać nowoczesną koszykówkę.
Jednak to co robi DeRozan jest o tyle niesamowite, że w czasach analityki, dopracował do perfekcji wydawałoby się tak nieanalityczny rzut jakim jest jump-shot z półdystansu. Gdyby zawodnik Raptors miał przydomek z „Gry o Tron” to byłoby to coś w stylu: „DeMar DeRozan – King of the North, Midrange of the Truth”.
Rzucający obrońca Toronto trafia 47,4% z półdystansu i balansuje na cienkiej granicy, gdzie 2>3 (w uproszczeniu: 50% za 2 = 33% za 3, tylko takie podejście wyklucza np. rzuty wolne). Do tego znajduje się w gronie czterech zawodników, którzy wywalczają więcej niż 10 rzutów osobistych na mecz. Już w poprzednim sezonie DeRozan rozwinął ogrom cyrkowych ruchów, które w obecnym jeszcze bardziej dopracował do perfekcji. Spin-move’y, herky-jerky rzuty, kołowrotki – to wszystko ułatwia w tak wysokim % z gry i nieustannym przedostawaniu się na linię wolnych.
Ale to także prowadzi do tego, że DeRozan częściej musi walczyć z większą liczbą kryjących go zawodników. W sytuacjach 1vs1 defensor, szczególnie w sezonie regularnym, zazwyczaj jest ugotowany. Dlatego gracz jedynaka z Kanady musiał nauczyć się wychodzenia z podwojeń. Nie zawsze się udaje, ale gdy DeRozan wydostanie się z pułapki Raptors mogą skarcić przeciwnika, za to, że któregoś ich koszykarza zostawili wolnego. Jak tutaj, gdy DDR podaje do Bebe Nougeiry, który uwalnia na czystą trójkę Terrence’a Rossa.
Raptors wykorzystali za późny powrót do obrony Warriors.
Cavaliers traktowali momentami DeRozana jeszcze agresywniej, nawet potrajając 27-latka. Mistrzowie NBA starali się uniemożliwiać skuteczną możliwość rzutu dla zawodnika Raptors i zamykali praktycznie wszystkie rozwiązania do rozegrania. To przykład świetnej defensywy Cavs w pick and rollu, gdzie nastąpiła zmiana krycia. Droga do kosza jest niemal zamknięta, a gracze Cavs sprytnie ustawili się, by wyłączyć DeRozanowi wszystkie „passing lanes”.
Cała sytuacja kończy się przechwytem podania LeBrona Jamesa i dunkiem w kontrze.
To jednak kolejny sezon, gdy Raptors opierają swój atak na grze 1vs1 i to wychodzi (kopiuj, wklej). W dużej mierze dlatego, że DeRozan jest znowu odrobinę lepszy.
Kolejna „jak ją zatrzymać?!” akcja Warriors – Zaza jako Bogut
Steve Kerr wymyślił dosyć prosty, i przy dostępnym personelu bardzo skuteczny, sposób na wykorzystanie w ataku Zazy Pachulii. W akcji bierze udział 3 zawodników. Center Warriors dostaje piłkę w okolicy post, a dwójka graczy – nazwijmy ich Steph Curry i Draymond Green – robiega się w przeciwległe strony: jeden na dystans, drugi do kosza. Początek wygląda tak:
I tutaj są dwie wersje. W pierwszej zawodnik, który ma potencjalnie zaatakować obręcz, stawia zasłonę dla bombardiera z dystansu. Automatycznie obrońca, który kryje Curry’ego powinien zgubić się na zasłonie, przez co nastąpi switch/ podwojenie i Green będzie przez chwilę wolny. Boom:
Drugi wariant jest bardzo podobny, tyle tylko, że strzelec za 3 stawia zasłonę dla ścinającego. W tym wypadku Curry postawił pick dla Duranta – jeszcze gorzej dla rywala – i choć Giannis nie dał się nabrać na zagrywkę, to i tak skrzydłowy Warriors był za szybki, a Grek miał za daleką drogę do kosza. Boom x2:

Być może lepsza defensywa będzie w stanie przynajmniej spowolnić tę zagrywkę, szczególnie przy wariancie z Greenem. Najlepiej tak, by Zaza musiał oddać rzut. Problem polega przede wszystkim na tym, że bierze udział w niej Splasz Brat (Durant, czy Klay mogą występować w roli Curry’ego z tych akcji) i kolejne defensywy skupiają się na odcięciu mu trójki. Dzięki temu otwiera się droga dla innych zawodników, a Gruzin, trochę z podobną funkcją jak Bogut, ma na tyle dobre podanie, by odpowiednio zagrać piłkę do wybiegającego kolegi.
Giannis znajdujący igłę w stogu siana
Jakiś czas temu wspominałem o sytuacjach, gdy Giannis Antentokounmpo jest podwojony, czy potrojony przez obrony rywala i jak próbował pokonywać takie przeszkody rozrzutami do wolnych kolegów. Skrzydłowy Bucks, im bliżej obręczy się znajduje, tym większą uwagę obrońców skupia na sobie, bo tam stanowi największe zagrożenie. Prócz przeglądu pola, który stopniowo się poprawia, point-Giannis ma od czasu do czasu podania w tłoku, które przechodzić nie powinny – a przechodzą – na łatwe punkty dla innych graczy Milwaukee. Przy koordynacji Greek Freaka, jego zasięgu i wielkich susach, te zagrania są warte tego, by Grecja nadal pozostała państwem.
Drugie połowy Timberwolves
Nie mam wytłumaczenia na to co wyprawiają szczeniaczki w drugich połowach (głównie w trzecich kwartach, choć z Celtics wypuścili zwycięstwo w 4. kwarcie, gdy przez jedenaście i pół minuty trafili dwa rzuty na sześć punktów). Aż tak wychodzi brak doświadczenia, by po przerwie zapomnieć jak się gra w koszykówkę? A może to nieobecność w szatni Kevina Garnetta? Spójrzcie na te liczby:
To wygląda jak statystyki dwóch zupełnie innych zespołów. Nie chcę na ten temat więcej pisać, bo jest to dosyć przygnębiające, że taka fajna drużyna – która pokazuje jak dobrze potrafi grać – przegrywa kolejne mecze w niewytłumaczalny sposób.
Dziękuję za przeczytanie.

wtorek, 18 października 2016

Przewodnik Kibica 16/17: Minnesota Timberwolves

Dwanaście lat spędził Syriusz Black w Azkabanie. Dokładnie tyle czasu minęło odkąd ostatni raz do Minnesoty zawitały play-offy. Ale na północy NBA przyszłość dawno nie rysowała się w tak jasnych barwach. Najbardziej wyróżniający się talent w koszykówce, młody trzon, do tego respektowany i sprawdzony trener. Wydaje się, że Wolves to projekt, który musi wypalić. Może jeszcze nie w tym sezonie, ale liga powinna zacząć się bać. Szczeniaczki nadchodzą.
Trener: TomThibodeau (bilans: 255-139)
Wow. W to lato udało się sprowadzić do Minnesoty Toma Thibodeau i po rozgrywkach spędzonych z Samem Mitchellem trudno nie być tym faktem podekscytowanym. Archaiczny trener z zamiłowaniem do długich dwójek został zastąpiony defensywnym guru. Nie jestem w stanie stwierdzić ile zwycięstw jest w stanie zapewnić dobry trener, ale tutaj nadwyżka przypomina krater. Nie chodzi też tylko o same wygrane, a sposób, podejście, mentalność, play-book: to wszystko da o sobie znać i ta różnica będzie widoczna już w pierwszym sezonie Thibsa.
Wilki w zeszłym sezonie były czwartą najgorszą obroną, a jak dobrze wiemy były coach Bulls przyzwoitą defensywę ustawia we śnie. Aczkolwiek trudno wierzyć, że Wolves staną się nagle dobrym zespołem w obronie. Liczy się jednak, że zostaną wprowadzone zmiany, które mogą doprowadzić do sytuacji, w której Minnesota będzie znakomitym zespołem w defensywie. Nie teraz, nie już, ale za rok czy dwa, kiedy drużyna zacznie walczyć o najwyższe cele.
Rotacja:
PG: Ricky Rubio, Kris Dunn, Tyus Jones, John Lucas
SG: Zach LaVine, Shabazz Muhammad, Kris Dunn
SF: Andrew Wiggins, Shabazz Muhammad, Brandon Rush, Rasual Butler
PF: Gorgui Dieng, Nemanja Bjelica, Brandon Rush, Adreian Payne
C: Karl-Anthony Towns, Cole Aldrich, Jordan Hill
Pierwsza Piątka:
Podstawowy line-up Wolves spędził w poprzednim sezonie na parkiecie średnio 14,1 minuty w 49 meczach. Był w tym czasie w plus/minus tylko +0,6. Na 100 posiadań ta piątka zdobywała niezłe 113,5 punktu, tracąc już bardzo złe 109,6. Takie są realia grania w tym samym czasie trzema dwudziestolatkami. Bazując na progresie młodych zawodników i nowym trenerze, w nadchodzących rozgrywkach powinno być znacznie lepiej. Nie jest to może perfekcyjnie uzupełniająca się piątka, ale tak czy siak ma szansę stania się jedną z najlepszych w NBA, głównie ze względu na talent poszczególnych graczy.
Wszystko obraca się wokół Townsa.
W swoim debiutanckim sezonie młody center zaskoczył wszystkich tym, że w zasadzie na parkiecie potrafi zrobić dosłownie wszystko. Notował nieco ponad 18 punktu, 10.5 zbiórki, 2 asysty i 1.7 bloku na mecz, trafiając 54.2% z gry i 34.1% za 3. Jeżeli będzie w stanie powtórzyć te cyferki lub nawet je nieco podrasować to naprawdę nie ma przeciwwskazań, by Towns w swoim drugim sezonie znalazł się w meczu gwiazd. W defensywie jest w stanie bronić kilku pozycji i choć w tym aspekcie mogło być nieco lepiej, tak pod Tomem Thibodeau można się spodziewać, że KAT zrobi skok. Wolves mając w składzie Townsa, Dienga i Garnetta, pozwalali rywalom na trafianie aż 63.6% rzutów tuż pod koszem i tylko 3 drużyny były pod tym względem gorsze. Gdy przeciwnicy byli pilnowali przez Townsa pod obręczą trafiali 49.6% swoich rzutów, natomiast gdy przez Dienga 52.3%. Żaden z tych wyników nie powala i jeżeli ten duet ma poprawnie funkcjonować to należy oczekiwać poprawy. Tutaj też pojawia się pytanie, czy Dieng to na pewno idealny partner na przyszłość dla Townsa. Senegalczyk specjalizuje się w elbow-jumperach z półdystansu. Czasem pojawia się wrażenie, że aż za bardzo forsuje te rzuty na siebie. Odzwyczaił się od rozciągania gry do linii za 3 i nie jest jakimś specjalnym defensorem. Miał jednak na tyle dobry sezon, że warto wierzyć w powodzenie tego duetu. Ponadto Zach Lowe napisał, że Thibs lubi Dienga. Chociaż wydaje mi się, że KAT lepiej funkcjonowałby w parze z typowym rim-runnerem (stawianie zasłon i rim-protection) lub z 3&D skrzydłowym grającym na 4.
O ile Karl A. Towns to pewniak i talent zmieniający oblicze organizacji, tak nie do końca wiadomo jakie perspektywy czekają Andrew Wigginsa. Czy jego przyszłość to all-star, czy bardziej druga/ trzecia opcja w dobrym zespole? Czy może zawodnik od nabijania pustych statystyk bez większego wpływu na mecz? Wiggins na pewno potrafi zdobywać punkty – był liderem Wolves z 20.7 na mecz – i dostawać się na linię, ale w jego grze czegoś brakuje. Notował średnio tylko 3.6 zbiórki i 2 asysty. Ma być obrońcą, tylko jak na razie zawodzi w defensywie. Nie jest respektowanym strzelcem za 3 (30%) i za bardzo opiera się na grze z półdystansu – aż 5.5 próby na mecz, trafiając meh/wtf 34.1%. I dużo zależy tak naprawdę od tego, czy – standardowo – poprawi obronę (Thibs) i czy naprawi swój szwankujący rzut. U byłego trenera Bulls powinien stać się kimś w rodzaju „łącznika” minut między podstawowymi, a rezerwowymi ustawieniami. Podobną funkcję pełnił Jimmy Butler w Chicago i dla Wolves świetnie by było, gdyby Maple Jordan odnalazł się w podobnej roli.
Warto jeszcze wspomnieć o back-courcie:
Zach LaVine to najpewniejsza opcja rzutowa za 3 (39%). Przede wszystkim potrafi błyskawicznie zgubić obrońcę i trafić rzut praktycznie z niczego. Jeżeli byłby w stanie ogarnąć obronę do poziomu przeciętności (jest tak źle), a w ataku dalej będzie cały czas robił postępy to – kto wie – ma szansę, by stać się lepszym zawodnikiem niż Andrew Wiggins.
Piątkę uzupełni Ricky Rubio, który był jedynym poza Kevinem Garnettem plusowym zawodnikiem Wolves. Bez niego Wilczki praktycznie nie funkcjonowały. To wszystko mimo tego, że nadal nie umie – i boi się – rzucać. Z gry trafiał 37.4%, za trzy 32.6%, a pod koszem takie sobie 50.8%. Gdyby tak naprawdę miał respektowany rzut to ze swoją defensywą i wizją gry mógłby być czołowym graczem na swojej pozycji. Chociaż takie dywagacje można przypisać wielu w lidze. Nadal jednak pozostaje bardzo przydatnym zawodnikiem i czarodziejem podań, który sprawia, że wszyscy wokół niego są lepsi.
Ważną kwestią jest też na ile poszczególni zawodnicy – Wiggins, LaVine, Rubio – poprawią się w pick and rollu na piłce. Wiggins zdobywał tutaj najlepsze 0.85 punktu na posiadanie, natomiast dwaj kolejni gracze kiepskie 0.72 i 0.69ppp. W zasadzie każdy z tych zawodników  oferuje zupełnie inne zagrożenie w tej samej akcji. Kanadyjczyk preferuje pompkę, naskok i ścięcie do kosza, LaVine błyskawiczne uwolnienie się do rzutu, natomiast Hiszpan znalezienie najkorzystniejszej opcji dla kolegi z zespołu. W tego typu akcjach z Rubio największy problem tworzy się, gdy ten nie ma komu podać, a rywal odetnie mu drogę do kosza i zmusi do rzutu. Wtedy it’s over, bo z paint rozgrywający trafiał 26.7%, a mid-range 35.4% i to nie są rzuty, które Rubio chce oddawać. Dla niego najlepiej by było, gdyby w ogóle nie musiał rzucać.
Rezerwy:
Sama ławka nie jest zła, ale brakuje nieco głębi, szczególnie na pozycjach 2-3. Line-up Dunn-Muhammad-Rush-Bjelica-Aldrichbędzie działał jako rezerwowy i, zależnie od sytuacji, każdy z tych zawodników zapewni solidne 15-25 minut z ławki. Bazz powinien być energy-guyem z zachwianą trójką (29%), Rush może otworzyć ustawienie na czterech skrzydłowych i Townsa, a Bjelica jeżeli odnajdzie gdzieś swoją pewność siebie zapewni Wolves spacing. Przy tak małej liczbie strzelców w drużynie większe minuty dla Serba mogą okazać się koniecznością.
Ale.
Najciekawszym rezerwowym jest wybrany z nr 5 w drafcie Kris Dunn. Młody combo-guard to gracz nieco podobny do Ricky’ego Rubio, ale jednocześnie zupełnie inny. Wyróżnia się przede wszystkim wzrostem, zasięgiem ramion i defensywą. Może bronić zarówno 1v1, jak i po zasłonach. Atletyczny, z dobrym pierwszym krokiem i przedarciem do kosza. Na uczelni w Providence w sezonie 15/16 co mecz zapewniał 16.4pts, 5.3reb, 6.2ast, 2.5stl i aż 3.5 straty. Trafiał 47.7% z gry, dobre 58.1% pod koszem i 37% za 3. Kłopotem jest nieco jump-shot. Ten powinien być jakąś nadwyżką nad tym Rubio, ale różnica nie będzie wielka. Podczas czteroletniego pobytu w NCAA trafił 140 z 396 jumperów (35.3%) i 66/198 (33.3%) na ostatnim roku. Plus niecałe 70% z linii wolnych. Nie powala, ale w NBA wbrew pozorom będzie przywiązywana mniejsza uwaga wobec młodego rozgrywającego niż w lidze akademickiej, przez co może być łatwiej o zdobywanie punktów. Kwestia znalezienia odpowiednich miejsc na parkiecie, w których rookie poczuje się najlepiej.
Wydaje się, że Dunn nie jest jeszcze NBA-ready PG (swoją drogą jest najstarszy z grona KAT/Wiggins/LaVine). Mimo to postawienie na niego przez Thibsa może oznaczać, że to Dunn, a nie Rubio ma być rozgrywającym przyszłości Wolves. I jeżeli sezon potoczy się nie tak jak powinien dla Wilczków – do trade-deadline wypadną z walki o play-offy – to Thibs może szukać nowego klubu dla Hiszpana, a byłego gracza Providence przesunąć do pierwszej piątki.
Póki co jednak Wolves mają komfortową sytuację. W przypadku, gdy Dunn okaże się za dobry na grę z ławki, Wilczki będą mogły wytransferować gdzieś Rubio. A jeśli czas aklimatyzacji dla debiutanta wyjdzie dłuższy niż przewiduje Thibs, to zawsze w składzie jest klasowy rozgrywający na dobrym kontrakcie, od którego młodziak ma możliwość nauki. Win-win, zakładając w tym wszystkim, że Hiszpan nie odczuwa tej sytuacji jako liberum veto w swoją stronę.
Ryzyko:
Nie wiem na ile to można wpisać w powyższą kategorię: mam wrażenie, że oczekiwania wobec T-Wolves nieco wyprzedziły realia. Nowy trener, potencjalnie już w tym sezonie zawodnik w top-10/15/20 NBA, fajny trzon… Tylko to wciąż bardzo młoda drużyna, a takie zespoły niespecjalnie wygrywają. Na pewno można – pokazali to Blazers w zeszłym sezonie – i Minnesota włączy się do walki o play-offy, ale ten sezon dla wielu może odbić się czkawką, gdy okaże się, że Wilki są po prostu za krótkie do bezpośredniego awansu do najlepszej ósemki zachodu. W tym wszystkim pojawia się też szwankujący spacing i obrona, i pytanie na ile Thibs będzie w stanie poprawić oba te elementy na już. Traktowałbym ten sezon jako przejściowy, gdzie ogólna poprawa będzie widoczna gołym okiem, a główna uwaga skupi się na rozwoju poszczególnych graczy. Dlatego typuję, że Wolves skończą między 35, a 39 zwycięstwami, chociaż bardzo bym chciał, by play-offy już zawitały do Minnesoty. Na pewno z każdym miesiącem drużyna będzie niezaprzeczalnie lepsza. Dużo zależy od tego na ile statystyki poszczególnych graczy zaczną przekładać się na REALNE zwycięstwa.
Mocne Strony:
Najbardziej perspektywiczna drużyna w NBA, prawda? Hipotetycznie wydaje się, że w najbliższym czasie tylko Sixers mogliby powalczyć o to miano, gdyby udałoby im się w bardzo mocnym przyszłorocznym drafcie zgarnąć swój wysoki pick i wybór Lakers (chroniony w top 3).

czwartek, 18 lutego 2016

Andrew Wiggins ma przed sobą długą drogę

Porównywanie graczy zazwyczaj nie sprawdza się najlepiej, ale tak czy siak trudno od niego uciec. Dzięki temu możemy stworzyć sobie przybliżony obraz tego kim dany zawodnik może być w przyszłości. Wiadomo, że nie wyjdzie z tego wersja jeden do jednego. Trudno też stwierdzić czy będziemy choć trochę blisko. Ale tak się zastanawiałem: czy złą rzeczą byłoby stawianie kogoś obok DeMara DeRozana?

Wydaje się, że nie. Inna sprawa czy to na pewno dobrze, jeżeli twój sufit leży gdzieś w okolicach umiejętności dwukrotnego all-stara Raptors? To już zależy od twoich oczekiwań. Andrew Wiggins wygląda trochę jak nowy DeMar DeRozan. Albo nowy Rudy Gay. Uh. To tylko liczby, ale… W wymienionych przypadkach są to statystyki z drugich sezonów w NBA wszystkich trzech zawodników:
Prócz podobnych liczb i zbliżonego skillsetu, te porównania biorą się stąd, że długimi fragmentami mam wrażenie, że Kanadyjczyk jest zawodnikiem przede wszystkim od zdobywania punktów. Albo tylko. To – żeby nikt opacznie nie zrozumiał – nie jest złe, ale zmierzam do tego, że poza tym, fragmentami Wigginsa nie ma po prostu w meczu. Trochę jakby znikał. W każdym elemencie – zbiórki, asysty, bloki, przechwyty – jest wyraźnie poniżej przeciętnej. Jedynym zawodnikiem, który gra powyżej 30 minut na mecz i notuje jednocześnie równie mało zbiórek, asyst i przechwytów jest Arron Afflalo. Pewnie, to się może zmienić, ale Wiggins zdecydowanie musi popracować nad swoją „all-around game”. DeRozan w pewnym momencie zrobił ten krok i dzięki stał się lepszym graczem. Rudy Guy nigdy tego nie zrobił, przez co w zasadzie nie potrafił odnaleźć się na dłużej w dobrych drużynach.


Trochę na ratunek Kanadyjczyka, Timberwolves mają Karla-Anthony’ego Townsa, który będzie liderem i najlepszym graczem drużyny z Minneapolis (już jest). To na nim bardziej będzie spoczywało zadanie, by każdy zawodnik w zespole był lepszy niż w rzeczywistości. A to jedna z najważniejszych rzeczy, która potencjalnie wyróżnia franchise playerów od all-starów .

Przejdźmy do tego co Wiggins prezentuje swoją grą. Zdecydowanie największa zaletą drugoroczniaka w NBA jest łatwe dostawanie się na linię rzutów wolnych. I w tym elemencie wygląda momentami spektakularnie, szczególnie gdy wykorzystuje jeden ze swoich firmowych ruchów – naskok na dwie nogi i dunk. Uwielbiam.  

Warto dodać, że ma dobry kozioł co także pozwala mu łatwo dostawać się na linię. Średnio rzuca 7.2 osobistych na mecz, co daje mu 8 miejsce pod tym względem w NBA. Trafia jednak przeciętne 72% z linii, ale to jeszcze nie jest problemem. Kłopotliwe momentami może być to, że w zasadzie Wiggins to dobry scorer, ale słaby shooter. Potrafi zdobywać punkty na szereg sposobów, ale nie ma póki co warunków, by robić to co mecz efektywnie. Patrząc na średnie pozycje, jest świetny w trafianiu pod koszem, ok w pomalowanym i… to tyle.
Wynika to głównie z tego, że Wiggins nie ma jeszcze pewnego rzutu, przez co szwankuje półdystans i trójka. Przez to jest też go mniej na parkiecie w innych miejscach. Dla przykładu Carmelo Anthony zaczął trafiać za 3 na lepszym % dopiero w swoim piątym sezonie w NBA. Ale cały czas i tak rzucał. Tutaj jest trochę podobnie.

Po prostu dosyć rzadko wspomina się o tym, że Wiggins póki co dosyć mocno jedzie na czystym talencie. Jest takim nieoszlifowanym diamentem. To potencjalnie pozytywna rzecz w przypadku Kanadyjczyka, bo już wykazuje dużą uniwersalność w ataku, tylko swojej gry nie przekłada jeszcze na efektywność. Jak zacznie, a do tego doda lepszą trójkę, w zdobywaniu punktów byłby zawodnikiem kompletnym.
Możesz już grać Wigginsem skutecznie przez post-up, gdzie ten wykorzystuje swoją przewagę wzrostu. W izolacjach, spot-up czy pick and rollach jeszcze jest sporo do poprawy, ale dobrze wiedzieć, że w każdym z tych elementów Wiggins ma podstawy, by w ten sposób grać. Zmiana trenera na bardziej nowoczesnego także pomoże. Może się okazać, że ten sezon przez wzgląd na Sama Mitchella powinniśmy traktować trochę z przymrużeniem oka.

Teoretycznie największym plusem Wigginsa po opuszczeniu Kansas miała być jego obrona. Widziałem sporo narzekań na defensywę Kanadyjczyka w NBA i wynika to po części z zaawansowanych statystyk, które mogą nieco zakłamywać rzeczywistość. Po części tak jest. Trudno to tak naprawdę zmierzyć, bo statystyki nadal dobrze defensywy nie oddają.

Dla przykładu, przeciwnicy kryci przez Wigginsa trafiają średnio o 1 punkt % lepiej niż zazwyczaj. Z drugiej strony, zawodnik Wolves często odpowiada za najlepszego skrzydłowego rywala, więc będą zdarzać się mecze, gdy drugoroczniak nie będzie miał żadnej odpowiedzi na krytego gracza. Tak było np. w pojedynku Wolves – Thunder, w którym Kevin Durant na tle Wigginsa wyglądał jak Wilt Chamberlain na tle ligi w latach 60. Gracz Wolves z pozoru wszystko robił dobrze, ale to i tak nie wystarczało. Ta statystka jest też o tyle niebezpieczna, bo np. zawodnicy kryci przez Jamesa Hardena w zeszłym sezonie trafiali gorzej niż zwykle. Czy to znaczy, że lider Rockets był dobrym obrońcą? Nie, po prostu chowano go na najsłabszym ogniwie.

Tych już absolutnie najlepszych zawodników w obronie, wyróżnia to, że kryjąc topowych graczy potrafią wyjść ze swojego match-upu na plusie w defensywie. Wiggins nie jest w tym miejscu i trudno mieć o to do niego pretensje.

Ale rozłóżmy jego obronę na bardziej szczegółowe czynniki.
Widzimy, że w poszczególnych elementach jest nieźle. Skrzydłowy Wolves na papierze broni dobrze w sytuacjach 1v1, szczególnie gdy musi bardziej bazować na sile czy wyczekaniu, aniżeli – o dziwo – szybkości. Dodatkowo ważną rzeczą, której statystki nie oddają w obronie są tego typu akcje. 

W tej sytuacji Curry chciał oddać rzut, ale Wiggins przykleił się do rozgrywającego Warriors, przez co ten musiał wycofać akcję do początku. Gracz Timberwolves potrafi utrzymać się blisko krytego zawodnika i czasem ma to swoją złą stronę, bo rywal wymusza na nim wolne. Ale to akurat jeden z kilku przykładów świetnej obrony 1v1. Mogliśmy zaobserwować dobrą pracę nóg Kanadyjczyka, dzięki czemu praktycznie nie zostawił wolnego miejsca Splasz Bratowi. Tylko jak taki wpływ na defensywę swojej drużyny sprawdzić?

Być może, pewną wskazówką byłby wykaz „Defensive Real Plus Minus” prowadzony przez ESPN. W teorii „mierzony” jest wpływ zawodnika na obronę, na podstawie tego ile punktów drużyna traci w obronie z danym graczem na parkiecie przez 100 posiadań, ale wliczając w to działanie pozostałych członków drużyny. Andrew Wiggins jest na minusie w DRPM i zajmuje 86 miejsce wśród 92 rzucających obrońców(79 DeMar DeRozan). Zakładam, że to zły wynik... Pierwszy jest Tony Allen, ale mam wrażenie, że ta statystyka i tak bardzo faworyzuje podkoszowych. Choć jest to dosyć niepokojący rezultat na tle ligi. Wydaje mi się jednak, że Wiggins będzie dobrym obrońcą, tylko musi podobnie jak w ataku, być go więcej na parkiecie. Nie może tak często wyłączać się z samego meczu.

Na pewno drugoroczniak ma przed sobą mnóstwo pracy, by stać się zawodnikiem jakim chciałby być. Albo jakim chcielibyśmy, by został*. Musi robić więcej rzeczy niż samo zdobywanie punktów, przede wszystkim bardziej wpływać na swoich kolegów po obu stronach parkietu.  

Ma mnóstwo elementów wspólnych z wczesnym DeRozanem – ciąg na kosz (tylko większy), mid-range, post, mała liczba zbiórek, asyst itd., podejrzliwa obrona. Póki co Kanadyjczyk rozwija się właśnie w kierunku all-stara Raptors, tylko bez tak popsutego rzutu. Oczywiście, może być kimś jeszcze lepszym. Może być też kimś gorszym. Ale zastanówmy się nad tym: gdyby Andrew Wiggins skończył jako DeMar DeRozan 2.0, tylko już bez jego kłujących wad, czy to naprawdę byłaby zła rzecz?

*Swoją drogą głosy, że Cavaliers źle zrobili oddając Wigginsa są niedorzeczne – LeBron i przyjaciele musieli wymienić Kanadyjczyka, pytanie tylko czy w zamian pozyskali właściwego człowieka. Inna sprawa, że wtedy nie było jeszcze TYCH Warriors.