Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Harden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Harden. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 stycznia 2017

Plusy i Minusy (5) - Szabelki na czołg Kyriego Irvinga

Kyrie Irving jest jednym z najbardziej polaryzujących graczy w NBA, przez co określenie jego realnej wartości sprawia wiele trudności. Niełatwo stwierdzić, czy jest lepszym – na pewno innym – zawodnikiem niż Kyle Lowry czy John Wall, ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. Liczy się tylko tyle, że idealnie pasuje do LeBrona Jamesa.
Kreacja pozycji i elitarny shot-making to dwie najbardziej unikalne zalety 24-letniego rozgrywającego – prawdopodobnie nikt w lidze nie ma tak rozwiniętych umiejętności gry na koźle i kończenia w wydawałoby się niemożliwych sytuacjach jak właśnie Irving. Te cechy – choć ułatwiają życie na co dzień – zyskują jeszcze bardziej na znaczeniu w bliskich meczach w dalszej fazie sezonu. Takich okazji może być niewiele, ale są bardzo cenne – wystarczy spojrzeć kto oddał najważniejszy rzut w 2016 roku, czy kto zapewnił zwycięstwo Cavaliers w starciu z Warriors w Boże Narodzenie. Irving żyje z wielkich spotkań, im większa stawka, tym jego akcje rosną: - Nieznane zazwyczaj przeraża innych. Rozumiem. Ale strach nie jest realny, to tylko wytwór naszej wyobraźni – mówił w rozmowie z ESPN Uncle Drew, niejako tłumacząc dlaczego w końcówkach meczów jest tak gorący.
Nie ma potrzeby, by Irving przejmował kontrolę tempa spotkań, bo przy LeBronie po prostu nie jest to konieczne. To tylko teoretyzowanie, ale wydaje mi się, że o ile poszczególna drużyna byłaby lepsza z Lowrym lub Wallem niż Irvingiem w roli pierwszej opcji, tak zespół z LeBronem i Irvingiem byłby lepszy niż z LeBronem i Lowrym lub Wallem.
A jeżeli pojawia się zarzut w stronę zawodnika, że nie robi kroku naprzód, będąc już na szczycie, jako zdobywca mistrzostwa, to te oskarżenie niejako jest wadliwe albo przynajmniej traci na znaczeniu. 24-latek może nigdy nie zostać top-5 zawodnikiem w NBA, ale myślę, że jako mistrz świata, mistrz olimpijski i posiadacz pierścienia za tytuł jakoś się z tym pogodzi.
Giannis: Slenderman
Jesteśmy w trakcie obserwacji jak Giannis – podobnie jak Dolores z „Westworld” – powoli uświadamia sobie, że „ten świat nie należy do nich, należy do nas”. Czasami sobie myślę, że istnieje jakieś 5% szansy, że 22-letni skrzydłowy jest maszyną i w pewnym momencie się zbuntuje, zupełnie jak roboty w wyżej wymienionym serialu. Natomiast dałbym 15% szans na to, że Grek wraz z sobie podobnymi – Rudym Gobertem, czy Joelem Embiidem – niespodziewanie zniknie z naszego życia i wróci na swoją planetę. Rzeczy, które w tym sezonie robi Giannis nie są normalne, praktycznie w każdym meczu pokazuje coś, czego jeszcze wcześniej nie widziałem. Wiemy, że 22-latek dysponuje ogromnym zasięgiem ramion, ale dobitka, którą przedstawił przeciwko Thunder to coś w stylu „Slendermana”, czy rozciągających się rąk Inspektora Gadżeta.
Nie wiem, czy jest ktoś w NBA, kto zebrał i dobiłby piłkę, będąc całkowicie poza pozycją, do tego walcząc z dobrze ustawionym Stevenem Adamsem. This shit is scary.
Zmiany krycia Lakers
Nie jestem wielkim fanem, gdy drużyna stara się zmieniać krycie w niemal każdej, nawet najprostszej akcji. Jest to szczególnie frustrujące w sytuacjach, gdy potencjalny switch to wpuszczenie w maliny drugiego zawodnika. Dziwią mnie szczególnie zmiany krycia tuż po przekroczeniu linii środkowej przez kozłującego – przecież taki manewr już na początku zabiera przewagę broniącym.
(Wolves i Wizards nadziali się na to w końcówkach z Rockets, gdzie główny obrońca leniwie przekazywał krycie Hardena kolejno Bjelicy i Morrisowi – zgadnijcie jak to się kończyło. Thibs po jednej z takich akcji – to była już dogrywka – wziął przerwę na żądanie i Wiggins więcej nie switchował w pick and rollu, tylko wtedy już było za późno).
Lakers są właśnie jedną z tych drużyn, która nieustannie zmienia krycie, o czym mówi Luke Walton: - Nasza obrona była tak zła, że zdecydowaliśmy „wiecie co? Po prostu wszystko switchujmy” – powiedział trener Jeziorowców dla ESPN-u. Walton przyznaje, że to może być efektywna strategia dla jego drużyny (Ingram jest długi, Randle/ Nance Jr. mobilni, Clarkson wysoki), Zach Lowe o tym także wspomniał (broniąc się, że proces stania się nie-tragiczną defensywą w przypadku Lakers może zająć lata), ale… w tym wszystkim jest pewna luka.
To są tego typu akcje, gdzie atak rywala, nawet ten teoretycznie mniej utalentowany, będzie mógł wykorzystać, to co zabierają zmiany krycia. Lakers chcą switchować wszystko i to jeden z takich przykładów gdzie przekazanie zawodnika następuje na początku akcji. Winslow wbiega na kryjącego Dragicia D’Angelo i rozgrywający Lakers nawet nie próbuje powrócić do Słoweńca, tylko zostaje na Winslowie.
I co robi atak Miami chwilę później? Piłka idzie do Winslowa w post, który ma na sobie niższego i słabszego D’Angelo (1.07 ppp oddawane na bloku). Następuje rozpoznanie switchu, a Winslow zdobywa punkty (który btw zrobił career-high z Lakers, dzięki jedzeniu na zmianach krycia):
Teoretycznie siłowanie się w post, nawet z gorszym obrońcą, to lepsza sytuacja dla obrony niż oddanie przeciwnikowi jakiejkolwiek trójki. Rozumiem. Gorzej jednak, gdy defensywa – szczególnie tak niedoświadczona jak Lakers – decyduje się na nieśmiałe podwojenia i przez niezdecydowanie zostawia wolnego zawodnika na dystansie. Np. Dallas potrafiło to wykorzystać. Harrison Barnes jako mądry zawodnik wiedział kiedy iść 1v1 z D’Angelo, a kiedy dograć na open-3 do odpuszczonego zawodnika. Inny problem jest taki, że rozgrywający Lakers jest spóźniony nawet w sytuacjach, gdy zmiana krycia ma hm… pomóc nie być mu spóźnionym:
Powyżej widać kilka rzeczy:
1) Luol Deng widzi, że D’Angelo przejmie krycie, więc odpuszcza Winslowa i przechodzi do Dragicia.
2) Winslow trafiał 20% za 3 i 16,7% w pull-up trójkach, więc jako obrońca masz czas, by się dobrze ustawić i wycofać, zaczekać na wjazd do kosza skrzydłowego Miami, bo wiesz, że to zrobi. O to spóźnienie D’Angelo mi chodzi, który na starcie jest na straconej pozycji, bo stoi za wysoko i Winslow na koźle bez problemu go objeżdża. Drugoroczniak Heat nie miałby tego kroku przewagi, gdyby rozgrywający Lakers został trzy kroki głębiej. To jest ten know-how, który przychodzi za czasem.
3) Gdy Winslow dostaje się już niemal do kosza, następuje jeszcze jedno przekazanie krycia – Mozgov wychodzi do skrzydłowego Miami i nie pozwala mu na skończenie pod obręczą. Ale tutaj wyszło coraz lepsze kreowanie akcji przez Winslowa, który w tym sezonie rzucał loby i czasem grał jako rozgrywający. Zobacz jeszcze, gdzie kończy D’Angelo – przez to, że Mozgov przeszedł na Wisnlowa, Whiteside jest „kryty” przez liliputa i z tym już nic nie da się zrobić, nie faulując.
Fake Mylesa Turnera
Center Pacers ma bardzo dobry sezon i być może, gdyby grał w innym miejscu niż prerie Indiany, to złapałby większy hype. Notuje średnio ponad 15 punktu (15,4), 7 zbiórek (7,3) i 2 bloki (2,4) – tylko Joel Embiid, Anthony Davis, Hassan Whiteside i Giannis mogą pochwalić się cyferkami na podobnym poziomie. Do tego trafia 53,4% z gry i aż 40% za 3 przy 1.6 próbach z dystansu. Turner złapał fajną pewność siebie przy swoim rzucie, dzięki czemu pozwala sobie na drobną pozytywną zarozumiałość. Patrz co robi drugoroczniak przed oddaniem rzutu:
20-latek zrobił mały fake na Dwyanie Wadzie! Pokazał weteranowi piłkę jakby miał podać piłkę do wolnego Paula George’a na linii za 3, a zamiast tego oddał słodki jumper z półdystansu. Dobra, pożyteczna, umiejętność w coraz szerszym arsenale młodego zawodnika.  
Gdzie wypchnąć Isaiaha Thomasa
Isaiah Thomas – THE LITTLE GUY – stał się zabójczy w sytuacjach, gdy obrońca rywala popełni najmniejszy błąd w pick and rollu – defensor przejdzie pod zasłoną, czy zgubi się na niej, przez co zostawi furtkę do przedarcia się w pomalowane/ na półdystans/ pull-up 3. Szczególnie trudno bronić sytuacje, w których kieszonkowy rozgrywający przedrze się do środka i naprzeciwko niego zostanie tylko wysoki rim-protector. Jedną z ofiar IT2 był Hassan Whiteside, który w pick and rollu, dzięki swoim umiejętnościom pod koszem, nie wychodził do rywala przy zmianach krycia, tylko cofał się do obręczy, zostawiając w ten sposób miejsce na rzut z dalekiego mid-range/ floatera z linii rzutów wolnych, wyłączając jednocześnie lay-up z najbliższej odległości. Tak jak tutaj.
To nie jest do końca złe rozwiązanie – lepiej pozwolić rywalowi na nawet niekryty floater, który Isaiah w tej sytuacji trafi, aniżeli prosty lay-up, bo pojawia się możliwość, że Whiteside zostanie po prostu przez szybszego zawodnika. A tak wysoki będzie czekał na potencjalne zagrożenie tuż pod koszem. Heat w trakcie meczu spróbowali dostosować się do Celtics i ich rozgrywającego, który kilkukrotnie wykorzystywał tę samą zagrywkę do zdobycia punktów. Center Miami nadal pozostawał nisko, ale większą rolę odgrywał najbliższy gracz obok pick and rolla, którego zadaniem było odcięcie rozgrywającemu możliwości ścięcia do środka. Coś takiego – spójrz na zawodnika z czerwoną strzałką, którego sama obecność sprawiała, że IT2 wbiegał w mniej wygodną stronę, po prostu nie na wprost kosza.
Tu IT2 nadal miał czystą pozycję z półdystansu, ale jej nie przetworzył. Wydaje mi się, że to dobra obrona, mając w składzie takiego centra jak właśnie Whiteside, muszącego radzić sobie z tak szybkim graczem jak Isaiah. Wciąż, 27-latek może spróbować zaatakować do-kosza, mimo obecności trzeciego zawodnika i jeżeli uda mu się przedrzeć, a defensor do niego wyjdzie, otworzy się miejsce dla strzelca za 3. Wybierz swoją truciznę w tym wypadku jak najbardziej się sprawdza, bo coś trzeba wykluczyć i Eric Spoelstra zdecydował się, że pozwoli IT2 na rzuty z mid-range. Ciekawą rzecz w obronie pick and rolla Isaiah&x pokazali Jazz, kiedy grali HEDGE na rozgrywającym Celtics. Zaczyna się od tego, że Jaylen Brown ustawił się, by wykonać zasłonę dla próbującego zbiec do środka Isaiaha (1), ALE kryjący go Joe Johnson nie zważał na debiutanta, tylko błyskawicznie wybiegł w stronę kozłującego nie po to, by zmienić krycie, a odciąć IT2 stronę na wprost do kosza (2).
Zadziałało – rozgrywający musiał zrobić krok do tyłu i oddać piłkę do Browna. Natomiast obrona zdążyła wrócić do stanu początkowego – Neto dalej krył IT2, a Johnson Browna, który nie zdążył wykorzystać ułamku sekundy na trójkę/ ścięcie, gdy weteran wracał do jego krycia. Posiadanie kończy się stratą – Brown próbuje po koźle rozrzucić grę, ale podanie jest niecelne.

piątek, 2 grudnia 2016

Najlepszy mecz sezonu. Sam Dekker!

Warriors - Rockets było najlepszym starciem tego sezonu do tej pory, więc jeżeli nie widziałeś meczu przerwij czytanie i włącz w wolnej chwili to widowisko, nie zawiedziesz się.
Sam Dekker zagrał tak dobrze przeciwko Warriors, że postanowiłem o tym napisać. Drugoroczniak miał kilka kluczowych akcji, które pozwoliły Rockets odnieść najbardziej spektakularne zwycięstwo w sezonie regularnym od… chyba bożonarodzeniowego meczu z San Antonio Spurs.
Choć tempo meczu było szalone, to Rockets na 100 posiadań generowali tylko 103,8 punktu. Ważną rolę w wygranej odegrała obrona, bo z drugiej strony Houston tracili 102,2 punktu na 100 posiadań – lepiej niż ich średnia (107.2/100). Rakietki mają w składzie kilku dobrych indywidualnie obrońców, nawet James Harden jak na siebie wygląda nie najgorzej – z pojedynczego vine’a można udowodnić każdą tezę. Defensywny Real Plus Minus (wpływ na defensywę danego zawodnika liczony na 100 posiadań) Brody wynosi -0.72. Dla porównania: DRPM Curry’ego -0.93, Westbrooka -1.11, Kyriego -2.02, a Lillarda -2,60. Ale do rzeczy.
Rockets wykorzystywali przez nieco ponad 8 minut ustawienie Harden-Gordon-Ariza-Dekker-Anderson, które było +8. Zdarzało się, że piłka – po zużyciu prawie całego czasu na akcję – nawet nie opuszczała dystansu. Wszystko odbywało się wzdłuż linii za 3 i to mogło Houston zgubić, szczególnie gdy w kluczowych momentach rzuty przestały wpadać. Rockets byli jak mem z Kermitem, gdzie rozsądek podpowiada „możemy rzucać także za 2, otworzyły się driving-lanes”, a podświadomość sugeruje „ciii, dalej bombardujemy rywala trójkami”.
Wspomniane ustawienie było o tyle zaskakujące, że Dekker funkcjonował jako swego rodzaju wolny strzelec i wcielił się w rolę Motrezla Harrella (także świetnego w tym meczu), zastawiając deskę, czy ścinając do kosza. Dekker miał absolutnie kluczową ofensywną zbiórkę na 1:30 do końca dogrywki, gdy zebrał piłkę i chwilę później odegrał na trójkę dla Erica Gordona.
Drugoroczniak miał łącznie 8 zbiórek, w tym 4 na deskach rywala (co jest trochę przekłamaniem, bo dwie były po pudłach z bliska w jednej akcji). Houston było blisko, by niebezpieczeństwo, które generuje swoim spacingiem wprowadziło ich w kłopoty. Czy Anderson wcześniej oddał dobry rzut? Dekker umiejętnie urwał się do obręczy, przez co był niepilnowany, ale tak grają Rockets – szczególnie w końcówkach, za wszelką cenę szukając trójek, co często odbija się czkawką na Rakietkach (22. miejsce w fg% w clutch). Obrona Warriors właśnie te rzuty chciała odcinać, podwajając strzelców, przez co drugoroczniak stał się wolny w tej akcji, a w dalszej perspektywie nie miał kto zastawić deski. Draymond Greena krył Andersona na dystansie i w rezultacie Klay Thompson musiał zostawić Gordona na linii za 3, by przepychać się o zbiórkę z Dekkerem. Na doskok do zawodnika Rockets było już za późno.
Reggie Miller krzyczał, by Houston szukało gry bliżej kosza i w tej kanonadzie trójek, Rockets kilka razy zaskoczyli w ten sposób Warriors. Bo jak wspominałem, driving-lanes często były wolne, wystarczyło – jak to prosto brzmi – w nie zagrać, poszukać ścinającego do kosza zawodnika. Tak jak tutaj, gdy Dekker wykorzystuje, że desygnowany mu Durant skupia swoją uwagę na Hardenie. Zobacz kto broni kosza w Warriors (rywal trafia 41,7%, gdy KD broni obręczy).

To jeszcze jedna sytuacja, gdzie przytomne ścięcie Dekkera pozwoliło Rockets na zdobycie punktów. Widać jak agresywnie Warriors doskakują do strzelców na dystansie, starają się ich natychmiastowo podwajać, ale ruchem piłki gości udało się znaleźć dobrą pozycję do rzutu. Warto zwrócić uwagę, że drugoroczniak był wolny już wcześniej, a nieustannie switchująca defensywa GSW doprowadziła do sytuacji, gdzie Curry kończy na Dekkerze.
Sam Dekker w systemie Mike’a D’Antoniego wygląda zaskakująco dobrze. W zeszłym sezonie zaliczył przecież łącznie 6 minut w NBA, w których miał zbiórkę i przechwyt. Teraz gra prawie po 18 minut – w ostatnich 2 meczach dostał 27 i 26 minut – i notuje średnio 6 punktów, 3.7 zbiórki, 1.1 asysty, trafiając 49,5% swoich rzutów i 42,5% za 3. Robi małe rzeczy, które podnoszą wartość zespołu, tak jak z Warriors, gdzie jego walka zaprocentowała w decydujących posiadaniach meczu. Będzie dobrym zadaniowcem, takim co trafi trójkę, zetnie do kosza, powalczy na tablicach, czy zapracuje w obronie. W Houston więcej nie potrzeba.

wtorek, 22 listopada 2016

Plusy i Minusy (3) - Łapanie lobów z Clintem Capelą

Prawdopodobnie największym wygranym przesunięcia Jamesa Hardena na pozycję pełnoprawnego rozgrywającego jest Clint Capela. 22-letni center wytworzył sobie znakomitą chemię z liderem Rockets. W końcu, każdy Chewbacca potrzebuje swojego Hana Solo. Harden rzuca loby, a Capela pakuje je z góry. Nic prostszego.
Houston Rockets grają zasadniczo nieskomplikowaną koszykówkę. Znajdź gwiazdę, otocz ją trzema strzelcami za 3 i wysokim, biegającym od kosza do kosza, kończącym podania z góry i broniącym obręczy. Wyłączasz w ten sposób nieefektywne w kanciapach ludzi z kartką i ołówkiem rzuty z półdystansu, a skupiasz się wyłącznie na więcej wartych trójkach i mało ryzykownych punktach tuż spod kosza. Może wydawać się, że ten mocno analityczny styl gry wyłącza wszelką zabawę z piękna sportu, ale Capela i przede wszystkim Harden sprawili, że oglądanie koszykówki Rockets przynosi dużo przyjemności.
Duet Harden&Capela na 100 posiadań zdobywa dobre 114,4 punktu, a traci można z tym żyć 102,6. Na 58 asystowanych trafień szwajcarskiego centra, aż 41 kończących podań pochodziło od Brody. Jednym z najbardziej imponujących zagrań tej dwójki są podania Jamesa Hardena niemal z połowy parkietu do latającego nad obręczą Capeli. Naprawdę niewielu zawodników w lidze byłoby w stanie dograć piłkę z równie ogromną precyzją, z tak dużej odległości. Szalenie efektywne, a przy tym niesamowicie efektowne.
Przy uwalnianiu się Capeli widoczny jest schemat. Jeden ze strzelców Rockets stoi w rogu, Harden kozłuje przy linii środkowej, a trójka pozostałych zawodników wykonuje małą zagrywkę bez piłki. W sytuacji 3vs3 ważne jest to jak uwalnia się Szwajcar. Ryan Anderson rozbiega się na dystans, tym samym wyciągając swojego obrońcę, a pozostały strzelec – w tym wypadku Eric Gordon – biegnie w stronę przeciwnika kryjącego w danym przypadku centra Rockets. W ten sposób, Capela obiega gracza swojej drużyny, który właśnie postawił mu zasłonę bez piłki, na której zostaje przeciwnik. Dzięki temu, 22-latek może bez przeszkód skończyć fantastyczne podanie Hardena. Jeszcze raz, droga do uwolnienia Capeli pozostaje ta sama.
Jest fun. Wysoki Rockets sprawia wrażenie inteligentnego koszykarsko gościa, co widać po sposobie w jaki urywa się obronie rywala, czy jak ku temu wykorzystuje ustawienie przeciwnika. To jest w dużej mierze możliwe także ze względu na zagrożenie jakie stwarza Anderson swoją trójką i tym, że w zasadzie nie można byłego zawodnika Pelicans zostawić wolnego na dystansie. Szczegóły, o których piszę, można dostrzec na poniższym obrazku. Capela wskazuje Andersonowi, gdzie ma się ustawić. Pokazuje, by rozciągnął na linię za 3, co silny skrzydłowy robi. Kryjący Andersona obrońca wychodzi za nim, a Capela wykorzystuje zawodnika Spurs jako swego rodzaju zasłonę i go obiega na łatwe punkty.
Dużą rolę w tej sytuacji odegrał fakt, że Kyle Anderson, który w tej konkretnej sytuacji pilnował Capelę, postanowił pomóc Aldridge’owi, który odpowiadał za Hardena. Przez to dwóch graczy miał na sobie brodaty lider Rockets, a Capela pozostał sam, co sprytnie wykorzystał, kończąc lob od gwiazdy Rockets.
Jeszcze jedną ciekawą rzeczą, którą często wykorzystują Rockets są posiadania, gdy Anderson&Capela stawiają równocześnie zasłony dla Hardena i się rozbiegają – pierwszy na dystans, drugi do kosza.
Jest to o tyle trudna sytuacja do obrony, że w razie podwojenia ball-handlera ktoś pozostanie wolny. Więc defensywa wybiera w zasadzie mniejsze zło: zostawić bez krycia gracza trafiającego 40% swoich trójek, czy pozwolić na łatwe punkty tuż spod kosza. Pick your, prawda, poison.
DeMar DeRozan, król półdystansu
Rzucający obrońca Toronto Raptors to całkowite przeciwieństwo tego na czym swoją koszykówkę opierają Houston Rockets. DeMar DeRozan żyje tam, gdzie Rockets mają swoją strefę 51, czyli na półdystansie. Wystarczy powiedzieć, że 27-latek oddał więcej rzutów z mid-range w tym sezonie, niż dwie drużyny w NBA. Pierwszą jest właśnie drużyna z Teksasu, a drugą Brooklyn Nets, którzy pod Kennym Atkinsonem starają się grać nowoczesną koszykówkę.
Jednak to co robi DeRozan jest o tyle niesamowite, że w czasach analityki, dopracował do perfekcji wydawałoby się tak nieanalityczny rzut jakim jest jump-shot z półdystansu. Gdyby zawodnik Raptors miał przydomek z „Gry o Tron” to byłoby to coś w stylu: „DeMar DeRozan – King of the North, Midrange of the Truth”.
Rzucający obrońca Toronto trafia 47,4% z półdystansu i balansuje na cienkiej granicy, gdzie 2>3 (w uproszczeniu: 50% za 2 = 33% za 3, tylko takie podejście wyklucza np. rzuty wolne). Do tego znajduje się w gronie czterech zawodników, którzy wywalczają więcej niż 10 rzutów osobistych na mecz. Już w poprzednim sezonie DeRozan rozwinął ogrom cyrkowych ruchów, które w obecnym jeszcze bardziej dopracował do perfekcji. Spin-move’y, herky-jerky rzuty, kołowrotki – to wszystko ułatwia w tak wysokim % z gry i nieustannym przedostawaniu się na linię wolnych.
Ale to także prowadzi do tego, że DeRozan częściej musi walczyć z większą liczbą kryjących go zawodników. W sytuacjach 1vs1 defensor, szczególnie w sezonie regularnym, zazwyczaj jest ugotowany. Dlatego gracz jedynaka z Kanady musiał nauczyć się wychodzenia z podwojeń. Nie zawsze się udaje, ale gdy DeRozan wydostanie się z pułapki Raptors mogą skarcić przeciwnika, za to, że któregoś ich koszykarza zostawili wolnego. Jak tutaj, gdy DDR podaje do Bebe Nougeiry, który uwalnia na czystą trójkę Terrence’a Rossa.
Raptors wykorzystali za późny powrót do obrony Warriors.
Cavaliers traktowali momentami DeRozana jeszcze agresywniej, nawet potrajając 27-latka. Mistrzowie NBA starali się uniemożliwiać skuteczną możliwość rzutu dla zawodnika Raptors i zamykali praktycznie wszystkie rozwiązania do rozegrania. To przykład świetnej defensywy Cavs w pick and rollu, gdzie nastąpiła zmiana krycia. Droga do kosza jest niemal zamknięta, a gracze Cavs sprytnie ustawili się, by wyłączyć DeRozanowi wszystkie „passing lanes”.
Cała sytuacja kończy się przechwytem podania LeBrona Jamesa i dunkiem w kontrze.
To jednak kolejny sezon, gdy Raptors opierają swój atak na grze 1vs1 i to wychodzi (kopiuj, wklej). W dużej mierze dlatego, że DeRozan jest znowu odrobinę lepszy.
Kolejna „jak ją zatrzymać?!” akcja Warriors – Zaza jako Bogut
Steve Kerr wymyślił dosyć prosty, i przy dostępnym personelu bardzo skuteczny, sposób na wykorzystanie w ataku Zazy Pachulii. W akcji bierze udział 3 zawodników. Center Warriors dostaje piłkę w okolicy post, a dwójka graczy – nazwijmy ich Steph Curry i Draymond Green – robiega się w przeciwległe strony: jeden na dystans, drugi do kosza. Początek wygląda tak:
I tutaj są dwie wersje. W pierwszej zawodnik, który ma potencjalnie zaatakować obręcz, stawia zasłonę dla bombardiera z dystansu. Automatycznie obrońca, który kryje Curry’ego powinien zgubić się na zasłonie, przez co nastąpi switch/ podwojenie i Green będzie przez chwilę wolny. Boom:
Drugi wariant jest bardzo podobny, tyle tylko, że strzelec za 3 stawia zasłonę dla ścinającego. W tym wypadku Curry postawił pick dla Duranta – jeszcze gorzej dla rywala – i choć Giannis nie dał się nabrać na zagrywkę, to i tak skrzydłowy Warriors był za szybki, a Grek miał za daleką drogę do kosza. Boom x2:

Być może lepsza defensywa będzie w stanie przynajmniej spowolnić tę zagrywkę, szczególnie przy wariancie z Greenem. Najlepiej tak, by Zaza musiał oddać rzut. Problem polega przede wszystkim na tym, że bierze udział w niej Splasz Brat (Durant, czy Klay mogą występować w roli Curry’ego z tych akcji) i kolejne defensywy skupiają się na odcięciu mu trójki. Dzięki temu otwiera się droga dla innych zawodników, a Gruzin, trochę z podobną funkcją jak Bogut, ma na tyle dobre podanie, by odpowiednio zagrać piłkę do wybiegającego kolegi.
Giannis znajdujący igłę w stogu siana
Jakiś czas temu wspominałem o sytuacjach, gdy Giannis Antentokounmpo jest podwojony, czy potrojony przez obrony rywala i jak próbował pokonywać takie przeszkody rozrzutami do wolnych kolegów. Skrzydłowy Bucks, im bliżej obręczy się znajduje, tym większą uwagę obrońców skupia na sobie, bo tam stanowi największe zagrożenie. Prócz przeglądu pola, który stopniowo się poprawia, point-Giannis ma od czasu do czasu podania w tłoku, które przechodzić nie powinny – a przechodzą – na łatwe punkty dla innych graczy Milwaukee. Przy koordynacji Greek Freaka, jego zasięgu i wielkich susach, te zagrania są warte tego, by Grecja nadal pozostała państwem.
Drugie połowy Timberwolves
Nie mam wytłumaczenia na to co wyprawiają szczeniaczki w drugich połowach (głównie w trzecich kwartach, choć z Celtics wypuścili zwycięstwo w 4. kwarcie, gdy przez jedenaście i pół minuty trafili dwa rzuty na sześć punktów). Aż tak wychodzi brak doświadczenia, by po przerwie zapomnieć jak się gra w koszykówkę? A może to nieobecność w szatni Kevina Garnetta? Spójrzcie na te liczby:
To wygląda jak statystyki dwóch zupełnie innych zespołów. Nie chcę na ten temat więcej pisać, bo jest to dosyć przygnębiające, że taka fajna drużyna – która pokazuje jak dobrze potrafi grać – przegrywa kolejne mecze w niewytłumaczalny sposób.
Dziękuję za przeczytanie.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Ranking MVP

Nie mogłem przepuścić okazji, by o dowolnym zawodniku napisać to co chcę bez tworzenia o nim całego tekstu. Stąd zdecydowałem się, że ułożę swój ranking MVP, w którym wybiorę najbardziej wartościowych zawodników tego sezonu.

Jako kryterium przyjąłem obserwację. Od początku tych długich rozgrywek, każdego dnia – z wyjątkiem jednego, w którym cały dzień byłem w podróży – widziałem przynajmniej jeden mecz NBA od początku do końca. Postanowiłem to jakoś uporządkować. Zrobić coś co niejako byłoby rozliczeniem tego wszystkiego co widziałem. Nie chciałem też robić standardowego podsumowania, które będziecie mogli przeczytać na każdej stronie o NBA. Owszem, pojawią się statystyki, ale będą raczej dobrym tłem dla całości. Trochę jak Atlanta Hawks w tym sezonie.

To będzie zbiór myśli o poszczególnych graczach, z nawiązaniami nie tylko do koszykówki. Ale głównym założeniem pozostanie nagroda MVP.

Podzieliłem tekst na dwie części. W pierwszej pojawią się zawodnicy, którzy nie załapali się do najlepszej 10, ale są warci wzmianki. Jeżeli o kimś ważnym nie napisałem to dlatego, że albo o nim zapomniałem, albo go nie lubię. Druga część jak łatwo się domyślić to ranking 10 graczy, którzy według mnie najbardziej zasługują na miano MVP tego sezonu. Nie przedłużając, mam nadzieję że formuła się spodoba i do zawodników!

Ish Smith: Sixers zaczęli sezon od eksperymentu czy można grać w NBA bez rozgrywającego. Operacja się udała, ale pacjent zmarł. Z pierwszych 31 meczów Szóstki wygrały jeden i były na drodze do miana najgorszej drużyny w historii ligi. Wtedy przyszedł Ish Smith. Ekipa z Filadelfii stała się przez moment fun-to-watch i po sprowadzeniu kieszonkowego rozgrywającego wygrała 7 z 20 meczów, co jak na standardy tego zespołu jest jak złoto na olimpiadzie. Ostatecznie Sixers dobili do progu 10 zwycięstw, dzięki czemu nie zostaną najgorszą drużyną w historii NBA. Duża w tym zasługa Isha Smitha. Stąd honorowe wyróżnienie i order uśmiechu.

DeMarcus Cousins: Boogie patrząc tylko na umiejętności to najlepszy center w lidze i nie jestem w stanie określić jak źle mi z tym, że ten musi marnować się w Sacramento. To tak jakby Picasso malował okoliczne płoty. Kings zanotowali swój najlepszy sezon od 2008 roku, a ledwo doczołgali się do progu 30 zwycięstw. Jeden wielki bałagan. #FreeBoogie

Dirk Nowitzki: Ten gość ma gdzieś ze sto lat i nadal ciągnie Mavs do playoffów. Rzutowo nie zestarzeje się nigdy. Przez długi czas filtrował z klubem 50-40-90*, ale ostatecznie będzie musiał zadowolić się 45-37-89. Też nieźle jak na staruszka.

*50% z gry, 40% za 3 i 90% z linii rzutów wolnych

Paul George: What Happened zawodnik na przestrzeni tego sezonu. Przez pierwszy miesiąc założył plecak z napisem Indiana i był zeszłorocznym Jamesem Hardenem swojego zespołu. Wyglądał jak top5 w wyścigu po MVP. Potem napis na plecaku zaczął się zdzierać, odpadła jedna rączka, a w środku znaleziono nieświeżą kanapkę.

Nie zrozumcie mnie źle, PG wciąż ma udane rozgrywki – zważywszy na powrót po tak ciężkiej kontuzji – ale to nie to samo co na początku. W drugim sezonie z rzędu, który rozegra w całości, przytrafił mu się syndrom Paula George’a – po znakomitym starcie już nie biegnie sprintem do mety, a jedynie truchta.

Eric Bledsoe: Pamiętacie go jeszcze? Grał swój najlepszy sezon. Notował co mecz 20.4 punktu, 6.1 asysty i 4 zbiórki na najlepszym % za 3 w karierze – 37.1. Potem się połamał, popsuł mi – do odratowania – sezon w fantasy, włączył się czas przeszły i zrobiło mi się przykro. Bo go lubię i zawsze wydawał się niedoceniany.

Anthony Davis: Zmarnowany sezon. Przez kontuzje, właściciela chcącego pominąć proces budowy drużyny poprzez draft, brak drugiej gwiazdy w zespole, ograniczonego GM-a, pogrążającego się nieustannie w błędnych decyzjach i wygórowane oczekiwania.

Paul Millsap: Nie wiem czy dyskusyjnie nie jest to trzeci najlepszy zawodnik na wschodzie, biorąc pod uwagę cały sezon. Lider drugiej najlepszej defensywy w NBA. Jako jedyny w lidze notuje statystyki na poziomie przynajmniej 1.5 bloku, 1.5 przechwytu, 3 asyst i 8 zbiórek na mecz. To cichy typ, z cyklu widzisz niezłą linijkę i pytasz kiedy to się stało? W jego grze nie ma fajerwerków, zawsze wiadomo czego się spodziewać. Ale to właśnie określa wartość Millsapa. To jeden z najrówniejszych i najwszechstronniejszych zawodników w NBA, gwarantujący określony poziom po obu stronach parkietu.

Andre Drummond: Może się okazać, że najlepszy zawodnik Detroit w playoffach będzie grał po 20/25 minut, bo nie umie rzucać wolnych. Z dobrych (?) informacji, Andre ogolił włosy na ramionach.

DeMar DeRozan: James Harden Toronto Raptors, gdyby James Harden żył z półdystansu. Jeden z najbardziej regularnych zawodników w tym sezonie. Duży progres. Wjazdy pod kosz, rabunki, wymuszenia. Poprawił trójkę. Pewna opcja jako dostarczyciel punktów. 

Karl-Anthony Towns: Nie mam słów, by opisać jak dobry jest rookie Timberwolves. Top-20 zawodników już w swoim pierwszym sezonie. Z pozycji wysokiego potrafi absolutnie wszystko: dominować w mid-range, rzucać za 3, wjeżdżać ze szczytu tuż pod kosz, rozegrać w pick and rollu, zmieniać krycie w obronie na rozgrywających – wszystko. Imponuje koszykarskim IQ, a co więcej na ławce ma prywatnego trenera w postaci Kevina Garnetta.

KAT zdominował wyścig o nagrodę najlepszego debiutanta w podobnym stopniu jak Stephen Curry MVP. Obaj powinni otrzymać 100% głosów w swoich kategoriach, ale pewnie trafi się jakiś niedobry dziennikarz, który zabije małego kotka i zagłosuje inaczej.

LaMarcus Aldridge: - Chcesz sałaty?

LaMarcus gra to co lubi – grilluje z mid-range, befsztyki i steki, a nie jakaś zielenina z dystansu. Im bliżej playoffów, tym coraz lepszy. Staje się opcją 1B Spurs w pełnym tego słowa znaczeniu.

Kemba Walker, Isaiah Thomas: Liderzy dwóch rewelacji na wschodzie. Obaj z najlepszymi sezonami w swoich karierach. Kemba po tym jak zmodyfikował swój rzut, natomiast Isaiah odkąd wskoczył do pierwszej piątki Celtics i poczuł się doceniany. Świetni do oglądania, po prostu.

Walker i IT byli najbliżej załapania się do głównej części rankingu, ale nie mogłem się zdecydować na którego postawić, więc wyrzuciłem obu. Tak będzie fair. W 10 jest 9 pewniaków i jedyną niewiadomą był James Harden. Ten jednak ma za dobry indywidualnie sezon by go nie wyróżnić i ostatecznie trafił do 10. I tak dopowiesz sobie, że kibicuję Rockets.

To tyle gry wstępnej. Moja 10 w rankingu MVP, w odwróconej kolejności:

10. James Harden:
Zawodnik A: 27.4 ppg, 7 apg, 5.7rpg, 44fg%, 37.5% za 3
Zawodnik B: 28.6ppg, 7.5apg, 6.3rpg, 43.4fg%, 34.7% za 3

Gracz A to James Harden 14/15, gracz B to James Harden z tego sezonu. Lider Rockets poprawił cyferki w punktach, asystach i zbiórkach po rozgrywkach, w których myślałem że powinien zostać wybrany na MVP. Więc co się stało?

Prócz tego, że Houston jest złe w tym co robi to Harden w pewien sposób źle ocenił sytuację. Nie wyczuł momentu, że ta drużyna może osiągnąć coś więcej. Latem 2014 Harden grał z reprezentacją na mistrzostwach świata i otaczał się najlepszymi zawodnikami na świecie. Brał z nich przykład i chciał im dorównać. Potem te założenia przekładał na parkietach NBA. Natomiast latem 2015 rzucający obrońca Rockets zaczął umawiać się z jedną z sióstr Kardashian, przybył na obóz przygotowawczy bez formy i z nadwagą i – głupio to zabrzmi – jako lider zaczął dawać zły przykład. Jego w najlepszym wypadku neutralne nastawienie zaczęło negatywnie wpływać na i tak chwiejny zestaw ludzi. To odbijało się na całej drużynie. Wciąż nabijał cyferki, ale myślami był poza parkietem. Harden nadal jest jednoosobową armią w ofensywie i jednym z 10 najlepszych graczy w NBA, ale to już nie ma znaczenia. Pewnych rzeczy nie da się odwrócić.

9. Draymond Green: Jest tym nieznośnym bohaterem, którego trudno lubić, ale bez niego serial traci mnóstwo na wartości. Coś na kształt Cersei Lannister z Gry o Tron. Nie podoba mi się u Greena ciągłe kwestionowanie decyzji sędziowskich. Nie podoba mi się, że ma pobłażliwe traktowanie w kwestii ruchomych zasłon, które stawia na lewo i prawo. W ogóle Warriors mają podwójne standardy u sędziów, nie tylko w kwestii nielegalnych zasłon. Mam też wrażenie, że mimo polerowania bicepsów i maski twardziela sprawia wrażenie płaczka.

Ale w tym wszystkim Zabójca o Twarzy Osiołka ze Shreka to świetny zawodnik i glue-guy GSW. Jego kombinacja pick and rolli z Currym jest najgroźniejszą bronią w lidze. To unikalny zestaw umiejętności Draymonda sprawia, że Dubs mogą odblokować niski line-up śmierci. Do tego Green stał się maszyną do triple-double i najlepiej podającym wysokim w NBA. Pewnie, w dużym stopniu korzysta na grze obok takich strzelców za 3 jak Curry i Thompson, ale to jego przywilej. Nie wiem czy Green mógłby być tym kim jest bez Warriors, pewnie nie, ale Warriors nie mogliby być tym kim są bez Greena.

8. Kyle Lowry: Najlepszy zawodnik wicelidera wschodu i tuż za LeBronem Jamesem, najlepszy gracz swojej konferencji. Paul Pierce jest w Los Angeles, więc twój ruch Kanado.

7. Chris Paul: Kolejny znakomity sezon regularny na miarę standardów Akademii Chrisa Paula. Utrzymał Clippers z przewagą parkietu po utracie Blake’a Griffina. I jak zwykle, mimo niesamowitych indywidualnie rozgrywek, pozostaje gdzieś w cieniu czołowych zawodników. Przyzwyczailiśmy się do tak dobrego CP3, więc ten stał się rutyną.

6. Russell Westbrook: Prawdopodobnie oglądamy najbardziej westbrookowy sezon w karierze Westbrooka. Jego średnie ocierają się o triple-double (23.8ppg, 10.5apg, 7.8rpg) i robi to ze wszystkimi głupimi decyzjami jakie wchodzą w pakiet członkostwa klubu Russella Westbrooka. Zalicza mnóstwo strat (nr 2 w NBA za Hardenem), rzuca za dużo trójek (4.2 na mecz, przy 30% skuteczności), ale kto odważy mu się to powiedzieć? Jest uosobieniem ludzkiej pochodni i powiedzenia odpocznę na emeryturze.

Nie umieściłem go wyżej, bo:
-> Kevin Durant wciąż jest najlepszym zawodnikiem Oklahomy.
-> Nie podobają mi się sytuacje, w których Thunder desperacko potrzebują w końcówce 3-punktów i zamiast do Duranta idą do Westbrooka, bo równouprawnienie. Ten potem rzuca cegłą jak zbudujmy dom.
-> Chciałem docenić to co zrobił Damian Lillard z Portland. Grupę solidnych (Boss Davis!), ale skazywanych na pożarcie graczy doprowadził do plusowego bilansu na zachodzie.

5. Damian Lillard: Portland to w pozytywnym sensie WTF drużyna tego sezonu i ogromna w tym zasługa Lillarda. Ten okazał się za dobry na tankowanie, stąd skazani na wysoki pick w drafcie Blazers skończą z dodatnim bilansem i prawdopodobnie 5 miejscem na zachodzie.

Wiecznie niedoceniany, o czym najdobitniej świadczy brak powołania do meczu gwiazd. Wtedy te rozgrywki stały się dla Lillarda sprawą osobistą. Wszedł w tryb wszyscy muszą umrzeć. Oglądając go, mam wrażenie, że niezależnie przeciwko komu gra – Curry, Westbrook czy CP3 – zawsze wychodzi z nastawieniem samca alfa. Myśli o sobie w kontekście najlepszego zawodnika na parkiecie i to widać. Zaraża innych pewnością siebie. Curry trafia trójkę? Lillard chwilę później mu odpowiada. Nie czeka, idzie na wymianę ciosów. Pozostaje niewzruszony. Uwielbiam takich zawodników.

4. Kevin Durant: Zasadniczo jego sezon statystycznie niewiele różni się od tego, w którym zdobywał MVP:

13/14: 32ppg, 7.4rpg, 5.5apg, 50-39-87%
15/16: 28.1ppg, 8.3rpg, 5apg, 51-38-90%

Zdobywa mniej punktów, bo obok ma zdrowego Westbrooka. To ten sam super-efektywny Kevin Durant, do którego się przyzwyczailiśmy. Tylko – słusznie, niesłusznie – znajduje się w cieniu Leonarda, Curry’ego i Jamesa, a teraz jeszcze swojego kolegi z zespołu – Westbrooka. Zastanawiałem się skąd to wynika.

Niedawno oglądałem po raz pierwszy znakomity film z Kevinem Spaceyem American Beauty (polecam jak ktoś nie widział). Nie będę streszczał fabuły, ale głównym założeniem filmu jest historia Lestera Burnhama. Ten z pozycji pośmiertnego narratora opowiada ostatni rok swojego życia. My jako widzowie wiemy jak Lester skończy – mówi o tym na samym początku. Znamy koniec filmu, nie wiemy tylko jak to się stanie.

Piszcząc ten tekst, pomyślałem, że w podobnej sytuacji jest Kevin Durant. Jeżeli nie będzie niespodziewanych turbulencji, Oklahoma skończy z Durantem w drugiej rundzie playoffów, czego na marginesie bym nie chciał. Tak więc, mimo oglądania znakomitego sezonu skrzydłowego Thunder, znamy w pewnym sensie jego koniec. Świetnie się to ogląda, tylko wiemy co się stanie. Stąd, być może, trudno jest się ekscytować tym co robi Durant na tle najlepszych, bo przyszłość jego rywali rysuje się pozornie w jaśniejszych barwach.

A liczby Russella Westbrooka są wybrykiem natury.

3. Kawhi Leonard: Najlepszy two-way zawodnik ligi. Wywołuje autentyczny strach w oczach przeciwników, których będzie krył. Jeżeli ktoś pamięta znakomity serial „The Wire” na pewno kojarzy postać Brata Mouzone. Był to seryjny zabójca, który w skrócie miał pomóc zaprowadzić porządek na ulicach, ale starał się w żaden sposób nie wychylać. Robił wszystko po cichu. Gra pozorów. Sprawiał wrażenie zupełnie kogoś innego, tak by dopaść rywala w najmniej oczekiwanym momencie. Ciągle ten sam wyraz twarzy. Zero emocji. Zupełnie jak Kawhi Leonard. Przychodzi, robi swoje i on to the next one. Bez zbędnych ruchów. Liczy się cel. Wszystko co gracz Spurs prezentuje w obronie jest takie proste, naturalne, niemal automatyczne.

W tym sezonie doszedł jeszcze niesamowity progres w ofensywie. Wszedł w buty go-to-guya. Po atakowanej stronie parkietu Kawhi staje się niemal równie regularny jak w obronie. 51% z gry, 46% za 3, 89% z linii rzutów wolnych. Maszyna. Mimo tego, nie chciałem Leonarda dać wyżej. Jego rola w ataku swojego zespołu jest ogromna, tylko nie aż tak jak w przypadku LeBrona, którego mam wyżej.

Wydaje mi się, że gdyby – klasyka – wrzucić LeBrona do San Antonio, a Kawhia do Cleveland to bilans Cavs ucierpiałby bardziej. Leonard miał fenomenalny sezon i jest znakomitym zawodnikiem, ale LeBron to nadal lepszy gracz, z większym wpływem na swoją drużynę i kolegów z zespołu. Nie ma w tym nic złego. Czas przecież działa na korzyść Leonarda.

2. LeBron James: Popełnił w tym sezonie masę głupich i nieodpowiedzialnych decyzji. Zwolnił Davida Blatta. Zaprzestał obserwowania profilu Cavaliers na Twitterze. Zaczął otwarcie opowiadać o chęci stworzenia drużyny ze swoimi przyjaciółmi (CP3, Melo, Wade). Nieustannie mówił o przywództwie i o tym, że Cavs nie są zespołem na miarę mistrzostwa. Sprawiał wrażenie jakby nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji swoich słów. Poza parkietem czasami nie zachowywał się jak lider. Zwrócił uwagę na ten problem były zawodnik NBA, Antonio Davis:
Nie chciałbym być w szatni z gościem, który jedną nogą jest poza nią, a nieustannie mówi o przywództwie i procesie jakim jest budowa mistrzowskiej drużyny. Opowiada: „Wiecie, musimy zdać sobie sprawę z powagi sytuacji. Jeżeli odpowiednio się zgramy, możemy razem zbudować coś specjalnego”. Wtedy myślę sobie: „Co za hipokryta! Mówisz o jednej rzeczy, a potem twoje działania wskazują zupełnie co innego”.
Antonio Davis trafił w sedno. O ile jeszcze zwolnienie Blatta jest do przyjęcia, to pozostałe czyny LeBrona są zupełnie niepotrzebne i mało pragmatyczne. Po co opowiadać banały o budowaniu drużyny itd., jeżeli chwilę później twoje działania niejako psują podstawowe – dobre – zamiary. To nie ma sensu.

Więc jeżeli masz problem z szopką, którą LeBron stworzył w Cleveland wstaw na drugim miejscu Leonarda lub Duranta. Jeżeli nie, ta pozycja należy do Jamesa. Bo mimo słabnących statystyk, niecałych 30% za 3 czy już nie tego atletyzmu co kiedyś to wciąż najlepszy all-around zawodnik w NBA. Żadna drużyna nie jest tak uzależniona od jednego gracza jak Cleveland od LeBrona. Poza parkietem, jak i na nim.

1. Stephen Curry: Ktoś myślał, że będzie inaczej? Hannibal Lecter z twarzą dziecka.

Przed sezonem, na stronie NBA, pojawiła się standardowa ankieta, w której kolejni GM-owie odpowiadali m.in. na pytanie:

Gdybyś zaczynał budowę drużyny i mógł zatrudnić dowolnego gracza kogo byś wybrał?
86.2% głosów otrzymał Anthony Davis i po 6.9% LeBron James wraz z Kevinem Durantem. Nikt nie zagłosował na Curry’ego. Jeżeli coś można powiedzieć o NBA i o nas samych jako kibicach to fakt, że często niedoceniamy teraźniejszości. Za bardzo wybiegamy w przyszłość. Z pewnością ten błąd w podanym głosowaniu popełnili generalni menedżerowie. Bo przez najbliższe pięć lat z kim mielibyśmy większe szanse na mistrzostwo: z Currym czy Davisem? Currym czy LeBronem? Currym czy Durantem? Odpowiedź po tym sezonie powinna być jedna: z Currym.

Bezkonkurencyjny MVP.