Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steph Curry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steph Curry. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 kwietnia 2016

Ranking MVP

Nie mogłem przepuścić okazji, by o dowolnym zawodniku napisać to co chcę bez tworzenia o nim całego tekstu. Stąd zdecydowałem się, że ułożę swój ranking MVP, w którym wybiorę najbardziej wartościowych zawodników tego sezonu.

Jako kryterium przyjąłem obserwację. Od początku tych długich rozgrywek, każdego dnia – z wyjątkiem jednego, w którym cały dzień byłem w podróży – widziałem przynajmniej jeden mecz NBA od początku do końca. Postanowiłem to jakoś uporządkować. Zrobić coś co niejako byłoby rozliczeniem tego wszystkiego co widziałem. Nie chciałem też robić standardowego podsumowania, które będziecie mogli przeczytać na każdej stronie o NBA. Owszem, pojawią się statystyki, ale będą raczej dobrym tłem dla całości. Trochę jak Atlanta Hawks w tym sezonie.

To będzie zbiór myśli o poszczególnych graczach, z nawiązaniami nie tylko do koszykówki. Ale głównym założeniem pozostanie nagroda MVP.

Podzieliłem tekst na dwie części. W pierwszej pojawią się zawodnicy, którzy nie załapali się do najlepszej 10, ale są warci wzmianki. Jeżeli o kimś ważnym nie napisałem to dlatego, że albo o nim zapomniałem, albo go nie lubię. Druga część jak łatwo się domyślić to ranking 10 graczy, którzy według mnie najbardziej zasługują na miano MVP tego sezonu. Nie przedłużając, mam nadzieję że formuła się spodoba i do zawodników!

Ish Smith: Sixers zaczęli sezon od eksperymentu czy można grać w NBA bez rozgrywającego. Operacja się udała, ale pacjent zmarł. Z pierwszych 31 meczów Szóstki wygrały jeden i były na drodze do miana najgorszej drużyny w historii ligi. Wtedy przyszedł Ish Smith. Ekipa z Filadelfii stała się przez moment fun-to-watch i po sprowadzeniu kieszonkowego rozgrywającego wygrała 7 z 20 meczów, co jak na standardy tego zespołu jest jak złoto na olimpiadzie. Ostatecznie Sixers dobili do progu 10 zwycięstw, dzięki czemu nie zostaną najgorszą drużyną w historii NBA. Duża w tym zasługa Isha Smitha. Stąd honorowe wyróżnienie i order uśmiechu.

DeMarcus Cousins: Boogie patrząc tylko na umiejętności to najlepszy center w lidze i nie jestem w stanie określić jak źle mi z tym, że ten musi marnować się w Sacramento. To tak jakby Picasso malował okoliczne płoty. Kings zanotowali swój najlepszy sezon od 2008 roku, a ledwo doczołgali się do progu 30 zwycięstw. Jeden wielki bałagan. #FreeBoogie

Dirk Nowitzki: Ten gość ma gdzieś ze sto lat i nadal ciągnie Mavs do playoffów. Rzutowo nie zestarzeje się nigdy. Przez długi czas filtrował z klubem 50-40-90*, ale ostatecznie będzie musiał zadowolić się 45-37-89. Też nieźle jak na staruszka.

*50% z gry, 40% za 3 i 90% z linii rzutów wolnych

Paul George: What Happened zawodnik na przestrzeni tego sezonu. Przez pierwszy miesiąc założył plecak z napisem Indiana i był zeszłorocznym Jamesem Hardenem swojego zespołu. Wyglądał jak top5 w wyścigu po MVP. Potem napis na plecaku zaczął się zdzierać, odpadła jedna rączka, a w środku znaleziono nieświeżą kanapkę.

Nie zrozumcie mnie źle, PG wciąż ma udane rozgrywki – zważywszy na powrót po tak ciężkiej kontuzji – ale to nie to samo co na początku. W drugim sezonie z rzędu, który rozegra w całości, przytrafił mu się syndrom Paula George’a – po znakomitym starcie już nie biegnie sprintem do mety, a jedynie truchta.

Eric Bledsoe: Pamiętacie go jeszcze? Grał swój najlepszy sezon. Notował co mecz 20.4 punktu, 6.1 asysty i 4 zbiórki na najlepszym % za 3 w karierze – 37.1. Potem się połamał, popsuł mi – do odratowania – sezon w fantasy, włączył się czas przeszły i zrobiło mi się przykro. Bo go lubię i zawsze wydawał się niedoceniany.

Anthony Davis: Zmarnowany sezon. Przez kontuzje, właściciela chcącego pominąć proces budowy drużyny poprzez draft, brak drugiej gwiazdy w zespole, ograniczonego GM-a, pogrążającego się nieustannie w błędnych decyzjach i wygórowane oczekiwania.

Paul Millsap: Nie wiem czy dyskusyjnie nie jest to trzeci najlepszy zawodnik na wschodzie, biorąc pod uwagę cały sezon. Lider drugiej najlepszej defensywy w NBA. Jako jedyny w lidze notuje statystyki na poziomie przynajmniej 1.5 bloku, 1.5 przechwytu, 3 asyst i 8 zbiórek na mecz. To cichy typ, z cyklu widzisz niezłą linijkę i pytasz kiedy to się stało? W jego grze nie ma fajerwerków, zawsze wiadomo czego się spodziewać. Ale to właśnie określa wartość Millsapa. To jeden z najrówniejszych i najwszechstronniejszych zawodników w NBA, gwarantujący określony poziom po obu stronach parkietu.

Andre Drummond: Może się okazać, że najlepszy zawodnik Detroit w playoffach będzie grał po 20/25 minut, bo nie umie rzucać wolnych. Z dobrych (?) informacji, Andre ogolił włosy na ramionach.

DeMar DeRozan: James Harden Toronto Raptors, gdyby James Harden żył z półdystansu. Jeden z najbardziej regularnych zawodników w tym sezonie. Duży progres. Wjazdy pod kosz, rabunki, wymuszenia. Poprawił trójkę. Pewna opcja jako dostarczyciel punktów. 

Karl-Anthony Towns: Nie mam słów, by opisać jak dobry jest rookie Timberwolves. Top-20 zawodników już w swoim pierwszym sezonie. Z pozycji wysokiego potrafi absolutnie wszystko: dominować w mid-range, rzucać za 3, wjeżdżać ze szczytu tuż pod kosz, rozegrać w pick and rollu, zmieniać krycie w obronie na rozgrywających – wszystko. Imponuje koszykarskim IQ, a co więcej na ławce ma prywatnego trenera w postaci Kevina Garnetta.

KAT zdominował wyścig o nagrodę najlepszego debiutanta w podobnym stopniu jak Stephen Curry MVP. Obaj powinni otrzymać 100% głosów w swoich kategoriach, ale pewnie trafi się jakiś niedobry dziennikarz, który zabije małego kotka i zagłosuje inaczej.

LaMarcus Aldridge: - Chcesz sałaty?

LaMarcus gra to co lubi – grilluje z mid-range, befsztyki i steki, a nie jakaś zielenina z dystansu. Im bliżej playoffów, tym coraz lepszy. Staje się opcją 1B Spurs w pełnym tego słowa znaczeniu.

Kemba Walker, Isaiah Thomas: Liderzy dwóch rewelacji na wschodzie. Obaj z najlepszymi sezonami w swoich karierach. Kemba po tym jak zmodyfikował swój rzut, natomiast Isaiah odkąd wskoczył do pierwszej piątki Celtics i poczuł się doceniany. Świetni do oglądania, po prostu.

Walker i IT byli najbliżej załapania się do głównej części rankingu, ale nie mogłem się zdecydować na którego postawić, więc wyrzuciłem obu. Tak będzie fair. W 10 jest 9 pewniaków i jedyną niewiadomą był James Harden. Ten jednak ma za dobry indywidualnie sezon by go nie wyróżnić i ostatecznie trafił do 10. I tak dopowiesz sobie, że kibicuję Rockets.

To tyle gry wstępnej. Moja 10 w rankingu MVP, w odwróconej kolejności:

10. James Harden:
Zawodnik A: 27.4 ppg, 7 apg, 5.7rpg, 44fg%, 37.5% za 3
Zawodnik B: 28.6ppg, 7.5apg, 6.3rpg, 43.4fg%, 34.7% za 3

Gracz A to James Harden 14/15, gracz B to James Harden z tego sezonu. Lider Rockets poprawił cyferki w punktach, asystach i zbiórkach po rozgrywkach, w których myślałem że powinien zostać wybrany na MVP. Więc co się stało?

Prócz tego, że Houston jest złe w tym co robi to Harden w pewien sposób źle ocenił sytuację. Nie wyczuł momentu, że ta drużyna może osiągnąć coś więcej. Latem 2014 Harden grał z reprezentacją na mistrzostwach świata i otaczał się najlepszymi zawodnikami na świecie. Brał z nich przykład i chciał im dorównać. Potem te założenia przekładał na parkietach NBA. Natomiast latem 2015 rzucający obrońca Rockets zaczął umawiać się z jedną z sióstr Kardashian, przybył na obóz przygotowawczy bez formy i z nadwagą i – głupio to zabrzmi – jako lider zaczął dawać zły przykład. Jego w najlepszym wypadku neutralne nastawienie zaczęło negatywnie wpływać na i tak chwiejny zestaw ludzi. To odbijało się na całej drużynie. Wciąż nabijał cyferki, ale myślami był poza parkietem. Harden nadal jest jednoosobową armią w ofensywie i jednym z 10 najlepszych graczy w NBA, ale to już nie ma znaczenia. Pewnych rzeczy nie da się odwrócić.

9. Draymond Green: Jest tym nieznośnym bohaterem, którego trudno lubić, ale bez niego serial traci mnóstwo na wartości. Coś na kształt Cersei Lannister z Gry o Tron. Nie podoba mi się u Greena ciągłe kwestionowanie decyzji sędziowskich. Nie podoba mi się, że ma pobłażliwe traktowanie w kwestii ruchomych zasłon, które stawia na lewo i prawo. W ogóle Warriors mają podwójne standardy u sędziów, nie tylko w kwestii nielegalnych zasłon. Mam też wrażenie, że mimo polerowania bicepsów i maski twardziela sprawia wrażenie płaczka.

Ale w tym wszystkim Zabójca o Twarzy Osiołka ze Shreka to świetny zawodnik i glue-guy GSW. Jego kombinacja pick and rolli z Currym jest najgroźniejszą bronią w lidze. To unikalny zestaw umiejętności Draymonda sprawia, że Dubs mogą odblokować niski line-up śmierci. Do tego Green stał się maszyną do triple-double i najlepiej podającym wysokim w NBA. Pewnie, w dużym stopniu korzysta na grze obok takich strzelców za 3 jak Curry i Thompson, ale to jego przywilej. Nie wiem czy Green mógłby być tym kim jest bez Warriors, pewnie nie, ale Warriors nie mogliby być tym kim są bez Greena.

8. Kyle Lowry: Najlepszy zawodnik wicelidera wschodu i tuż za LeBronem Jamesem, najlepszy gracz swojej konferencji. Paul Pierce jest w Los Angeles, więc twój ruch Kanado.

7. Chris Paul: Kolejny znakomity sezon regularny na miarę standardów Akademii Chrisa Paula. Utrzymał Clippers z przewagą parkietu po utracie Blake’a Griffina. I jak zwykle, mimo niesamowitych indywidualnie rozgrywek, pozostaje gdzieś w cieniu czołowych zawodników. Przyzwyczailiśmy się do tak dobrego CP3, więc ten stał się rutyną.

6. Russell Westbrook: Prawdopodobnie oglądamy najbardziej westbrookowy sezon w karierze Westbrooka. Jego średnie ocierają się o triple-double (23.8ppg, 10.5apg, 7.8rpg) i robi to ze wszystkimi głupimi decyzjami jakie wchodzą w pakiet członkostwa klubu Russella Westbrooka. Zalicza mnóstwo strat (nr 2 w NBA za Hardenem), rzuca za dużo trójek (4.2 na mecz, przy 30% skuteczności), ale kto odważy mu się to powiedzieć? Jest uosobieniem ludzkiej pochodni i powiedzenia odpocznę na emeryturze.

Nie umieściłem go wyżej, bo:
-> Kevin Durant wciąż jest najlepszym zawodnikiem Oklahomy.
-> Nie podobają mi się sytuacje, w których Thunder desperacko potrzebują w końcówce 3-punktów i zamiast do Duranta idą do Westbrooka, bo równouprawnienie. Ten potem rzuca cegłą jak zbudujmy dom.
-> Chciałem docenić to co zrobił Damian Lillard z Portland. Grupę solidnych (Boss Davis!), ale skazywanych na pożarcie graczy doprowadził do plusowego bilansu na zachodzie.

5. Damian Lillard: Portland to w pozytywnym sensie WTF drużyna tego sezonu i ogromna w tym zasługa Lillarda. Ten okazał się za dobry na tankowanie, stąd skazani na wysoki pick w drafcie Blazers skończą z dodatnim bilansem i prawdopodobnie 5 miejscem na zachodzie.

Wiecznie niedoceniany, o czym najdobitniej świadczy brak powołania do meczu gwiazd. Wtedy te rozgrywki stały się dla Lillarda sprawą osobistą. Wszedł w tryb wszyscy muszą umrzeć. Oglądając go, mam wrażenie, że niezależnie przeciwko komu gra – Curry, Westbrook czy CP3 – zawsze wychodzi z nastawieniem samca alfa. Myśli o sobie w kontekście najlepszego zawodnika na parkiecie i to widać. Zaraża innych pewnością siebie. Curry trafia trójkę? Lillard chwilę później mu odpowiada. Nie czeka, idzie na wymianę ciosów. Pozostaje niewzruszony. Uwielbiam takich zawodników.

4. Kevin Durant: Zasadniczo jego sezon statystycznie niewiele różni się od tego, w którym zdobywał MVP:

13/14: 32ppg, 7.4rpg, 5.5apg, 50-39-87%
15/16: 28.1ppg, 8.3rpg, 5apg, 51-38-90%

Zdobywa mniej punktów, bo obok ma zdrowego Westbrooka. To ten sam super-efektywny Kevin Durant, do którego się przyzwyczailiśmy. Tylko – słusznie, niesłusznie – znajduje się w cieniu Leonarda, Curry’ego i Jamesa, a teraz jeszcze swojego kolegi z zespołu – Westbrooka. Zastanawiałem się skąd to wynika.

Niedawno oglądałem po raz pierwszy znakomity film z Kevinem Spaceyem American Beauty (polecam jak ktoś nie widział). Nie będę streszczał fabuły, ale głównym założeniem filmu jest historia Lestera Burnhama. Ten z pozycji pośmiertnego narratora opowiada ostatni rok swojego życia. My jako widzowie wiemy jak Lester skończy – mówi o tym na samym początku. Znamy koniec filmu, nie wiemy tylko jak to się stanie.

Piszcząc ten tekst, pomyślałem, że w podobnej sytuacji jest Kevin Durant. Jeżeli nie będzie niespodziewanych turbulencji, Oklahoma skończy z Durantem w drugiej rundzie playoffów, czego na marginesie bym nie chciał. Tak więc, mimo oglądania znakomitego sezonu skrzydłowego Thunder, znamy w pewnym sensie jego koniec. Świetnie się to ogląda, tylko wiemy co się stanie. Stąd, być może, trudno jest się ekscytować tym co robi Durant na tle najlepszych, bo przyszłość jego rywali rysuje się pozornie w jaśniejszych barwach.

A liczby Russella Westbrooka są wybrykiem natury.

3. Kawhi Leonard: Najlepszy two-way zawodnik ligi. Wywołuje autentyczny strach w oczach przeciwników, których będzie krył. Jeżeli ktoś pamięta znakomity serial „The Wire” na pewno kojarzy postać Brata Mouzone. Był to seryjny zabójca, który w skrócie miał pomóc zaprowadzić porządek na ulicach, ale starał się w żaden sposób nie wychylać. Robił wszystko po cichu. Gra pozorów. Sprawiał wrażenie zupełnie kogoś innego, tak by dopaść rywala w najmniej oczekiwanym momencie. Ciągle ten sam wyraz twarzy. Zero emocji. Zupełnie jak Kawhi Leonard. Przychodzi, robi swoje i on to the next one. Bez zbędnych ruchów. Liczy się cel. Wszystko co gracz Spurs prezentuje w obronie jest takie proste, naturalne, niemal automatyczne.

W tym sezonie doszedł jeszcze niesamowity progres w ofensywie. Wszedł w buty go-to-guya. Po atakowanej stronie parkietu Kawhi staje się niemal równie regularny jak w obronie. 51% z gry, 46% za 3, 89% z linii rzutów wolnych. Maszyna. Mimo tego, nie chciałem Leonarda dać wyżej. Jego rola w ataku swojego zespołu jest ogromna, tylko nie aż tak jak w przypadku LeBrona, którego mam wyżej.

Wydaje mi się, że gdyby – klasyka – wrzucić LeBrona do San Antonio, a Kawhia do Cleveland to bilans Cavs ucierpiałby bardziej. Leonard miał fenomenalny sezon i jest znakomitym zawodnikiem, ale LeBron to nadal lepszy gracz, z większym wpływem na swoją drużynę i kolegów z zespołu. Nie ma w tym nic złego. Czas przecież działa na korzyść Leonarda.

2. LeBron James: Popełnił w tym sezonie masę głupich i nieodpowiedzialnych decyzji. Zwolnił Davida Blatta. Zaprzestał obserwowania profilu Cavaliers na Twitterze. Zaczął otwarcie opowiadać o chęci stworzenia drużyny ze swoimi przyjaciółmi (CP3, Melo, Wade). Nieustannie mówił o przywództwie i o tym, że Cavs nie są zespołem na miarę mistrzostwa. Sprawiał wrażenie jakby nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji swoich słów. Poza parkietem czasami nie zachowywał się jak lider. Zwrócił uwagę na ten problem były zawodnik NBA, Antonio Davis:
Nie chciałbym być w szatni z gościem, który jedną nogą jest poza nią, a nieustannie mówi o przywództwie i procesie jakim jest budowa mistrzowskiej drużyny. Opowiada: „Wiecie, musimy zdać sobie sprawę z powagi sytuacji. Jeżeli odpowiednio się zgramy, możemy razem zbudować coś specjalnego”. Wtedy myślę sobie: „Co za hipokryta! Mówisz o jednej rzeczy, a potem twoje działania wskazują zupełnie co innego”.
Antonio Davis trafił w sedno. O ile jeszcze zwolnienie Blatta jest do przyjęcia, to pozostałe czyny LeBrona są zupełnie niepotrzebne i mało pragmatyczne. Po co opowiadać banały o budowaniu drużyny itd., jeżeli chwilę później twoje działania niejako psują podstawowe – dobre – zamiary. To nie ma sensu.

Więc jeżeli masz problem z szopką, którą LeBron stworzył w Cleveland wstaw na drugim miejscu Leonarda lub Duranta. Jeżeli nie, ta pozycja należy do Jamesa. Bo mimo słabnących statystyk, niecałych 30% za 3 czy już nie tego atletyzmu co kiedyś to wciąż najlepszy all-around zawodnik w NBA. Żadna drużyna nie jest tak uzależniona od jednego gracza jak Cleveland od LeBrona. Poza parkietem, jak i na nim.

1. Stephen Curry: Ktoś myślał, że będzie inaczej? Hannibal Lecter z twarzą dziecka.

Przed sezonem, na stronie NBA, pojawiła się standardowa ankieta, w której kolejni GM-owie odpowiadali m.in. na pytanie:

Gdybyś zaczynał budowę drużyny i mógł zatrudnić dowolnego gracza kogo byś wybrał?
86.2% głosów otrzymał Anthony Davis i po 6.9% LeBron James wraz z Kevinem Durantem. Nikt nie zagłosował na Curry’ego. Jeżeli coś można powiedzieć o NBA i o nas samych jako kibicach to fakt, że często niedoceniamy teraźniejszości. Za bardzo wybiegamy w przyszłość. Z pewnością ten błąd w podanym głosowaniu popełnili generalni menedżerowie. Bo przez najbliższe pięć lat z kim mielibyśmy większe szanse na mistrzostwo: z Currym czy Davisem? Currym czy LeBronem? Currym czy Durantem? Odpowiedź po tym sezonie powinna być jedna: z Currym.

Bezkonkurencyjny MVP.

niedziela, 24 stycznia 2016

Poradnik pozytywnego myślenia, czyli zatrzymać Golden State Warriors (2)

W przypadku Golden State Warriors może okazać się, że nikt z nimi nie wygra serii w playoffach, a jedynie wolniej przegra. Ale jeżeli czegoś nauczyło nas oglądanie „The Wire” to fakt, że nie da się polec w grze, dopóki się w nią nie zagra. Dlatego też spróbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, nad którym głowi się cała liga – jak spowolnić obecnie najlepszą maszynę w NBA.

Jedną z największych broni Golden State Warriors są prawdopodobnie pick and rolle 1&4 między Stephenem Currym, a Draymondem Greenem. Nie wykorzystują ich tak często jak by mogli, bo po prostu nie muszą tego robić. Przeciwnicy jednak w większości przypadków nie mają na nie odpowiedzi i pojawia się pytanie jak je zatrzymać.

Gdzie nie możesz się zdecydować
Przy standardowej obronie pick and rolla defensor, na którym postawiona jest zasłona, stara się nadążyć za ball-handlerem, przy czym wysoki przesuwa się w kierunku dryblującego, tak by odciąć mu drogę/ możliwość rzutu. Wygląda to mniej więcej tak.

Monta Ellis nie był wystarczająco agresywny, a Myles Turner przesunął się w kierunku Curry’ego, dzięki czemu otworzyła się wolna przestrzeń dla stawiającego wcześniej zasłonę Draymonda Greena. W zasadzie dwóch zawodników Pacers kryło rozgrywającego Warriors, a nikt nie pilnował silnego skrzydłowego. Żaden jednak nie atakował Curry'ego w tej samej chwili, więc o podwojeniu nie ma mowy. W tej sytuacji Curry mógł oddać albo trójkę ze zeswitchowanym obrońcą, albo podać do Greena, który wychodził z przewagą 4v3. Oba warianty są korzystne dla GSW.

Trapowanie
Innym sposobem na pick and rolle Curry & Green są pułapki zastawiane na Curry’ego – czyli zwykłe podwojenia MVP w akcjach 2v2. Gdy tylko Green stawia zasłonę, obrońca stara się jak najszybciej doskoczyć do rozgrywającego, przy czym wysoki automatycznie agresywnie atakuje Curry’ego. Ma to mu zamknąć drogę podania czy rzutu.


Teoretycznie ma to nawet sens. Próbujesz wymusić stratę i czasem to się udaje. To typowo zero-jedynkowa opcja, gdzie rezygnujesz całkowicie z jednej rzeczy na korzyść drugiej. Zakładasz, że Curry nie może oddać trójki, co wydaje się dużym plusem. Rzucasz wyzwanie pozostałym zawodnikom Warriors by ciebie pokonali. A ci dokładnie to robią.

W praktyce Curry jest na tyle fantastycznym podającym, że po prostu oddaje piłkę do Greena, przez co tworzy się klarowna przewaga liczebna 4v3 na korzyść GSW. Jest mnóstwo miejsca. Draymond przy tak wysokich pick and rollach ma przestrzeń by się rozpędzić skąd może zaatakować kosz i zdobyć łatwe dwa punkty lub rozrzucić piłkę do niekrytego kolegi. Kiedyś pisałem, że w rogu mogłaby stać Taylor Swift, a i tak przy pozycjach jakie zapewniają Warriors i tak trafiałaby ze 3 trójki w meczu. W końcu, przy 4v3 zawsze ktoś będzie niepilnowany. A że dodatkowo Green jest najlepiej podającym wysokim w lidze, to zazwyczaj znajdzie wolnego strzelca w rogu. 

Wyłączyć rozegranie Greena
Jest też inna opcja, która jest rzadko stosowana, czyli traktowanie Curry’ego jakby był zwykłym strzelcem, a nie zabójcą o twarzy dziecka. Polega to na tym, by twój wysoki zostawał po prostu niżej i nie atakował rozgrywającego GSW.

W ten sposób oddajesz Curry’emu potencjalnie czystą trójkę, ale zabierasz Warriors przewagę liczebną, jeżeli ten zdecyduje się podać do Greena. Masz zabić czyste pozycje za 3 dla Draymonda Greena (jeżeli Bogut gra w p’n’r), Harrisona Barnesa czy Andre Iguodali. Ci kolejno trafiają 40, 40, 39% swoich trójek, więc oddawanie ich GSW przestaje być mniejszym złem. Zamiast wyłączyć Stefkę, próbujesz wyłączyć z gry Greena (wysokiego), tak by ten nie miał sytuacji 4v3, tylko 4v4. W ten sposób teoretycznie wyłączasz całej reszcie czyste pozycje. Takie coś robili Pistons w swoim zwycięstwie przeciwko Warriors.
Jeżeli twój obrońca jest też na tyle zwrotny i długi jak w tym przypadku KCP to cholera, zaskakująco często uda ci się nawet kontestować rzut za 3 Curry’ego. Jeżeli będziesz w stanie szybko doskakiwać do Curry’ego po otrzymanej zasłonie, to może ta taktyka ma właśnie sens. Chodzi o to, byś miał cały czas rozgrywającego GSW przed sobą. To jedna z tych rzeczy, którą będzie w stanie robić Kawhi Leonard w potencjalnej serii Spurs-Warriors, gdy przyklei się do rozgrywającego Dubs. Curry nadal będzie mógł oddawać czyste rzuty, ale będzie musiał robić to niemal natychmiastowo, gdy tylko przy postawionej zasłonie zgubi na ułamek sekundy obrońcę.

1v1
W ten sposób zabierasz Warriors nie tylko możliwość rozegrania wysokim z przewagą liczebną, ale sprowadzasz całą swoją obronę do match-upów 1v1. I to jest moje główne założenie. Chodzi o to, by cały czas ktoś miał swojego obrońcę na plecach. Dzięki temu Curry & Thompson nie mogą grać aż efektywnie bez piłki i wybiegać swobodnie po zasłonach. Oczywiście, Warriors wciąż będą w stanie wypracowywać dla nich czyste pozycje, bo to Warriors. Jak tutaj, gdzie Curry dostaje zasłonę od centra GSW poza akcją, dzięki czemu ma czysty look za 3.

Przy 1v1 ma zostać zabity lub bardzo utrudniony ruch piłki. Dubs wiedzą, że samymi podaniami są w stanie wypracowywać czyste pozycje, dlatego decydują się szukać tych najlepszych rzutów. Zmierzam do tego, by oddawać GSW jak najwięcej rzutów, które wychodzą od ball-handlera w pick and rollu (nie chcesz ich, ale z nimi żyjesz) lub - jeszcze lepiej - po sytuacjach 1v1.

To jedna z takich sytuacji, gdzie wszystko sprowadzone jest do 1v1. 

To inna, w której Curry wie, że może oddać rzut z obrońcą na plecach. Nie chce jednak tego robić, bo wie także, że można spróbować wypracować łatwiejszy rzut, więc sprowadza akcję do punktu wyjścia.

Pick and rolle z Greenem na piłce
Jeżeli w pick and rollu na piłce jest Draymond Green robisz dokładnie to samo – nie panikujesz. Pozwalasz mu zrobić swoje, ale gdy wjeżdża pod kosz przyklejasz się do niego tak by miał 1v1.

Dodatkowo, jeżeli Bogut jest ustawiony dalej od kosza możesz też liczyć na blok z pomocy od swojego centra, bo Australijczyk nie jest w stanie zagrozić ci rzutem. Dzięki temu dochodzi do sytuacji, w której Green ma bardzo utrudnione zadanie, bo musi kończyć pod koszem z dwoma obrońcami na plecach. Niekryty będzie tylko Bogut, ale jest ustawiony daleko, więc by zagrozić ci będzie musiał zaatakować kosz, a tam jest dwóch twoich ludzi. Jeden z nich może szybko ewentualnie zrotować. Jeżeli odda piłkę do strzelców to ci będą mieli na sobie także obrońcę. Nadal będą trafiać z defensorem na plecach, ale robisz wszystko by im to jak najbardziej uniemożliwić.

Problem z tym podejściem jest dosyć prosty – potrzebujesz na tyle uniwersalnych zawodników (piątek), gdzie każdy może nie tylko efektywnie bronić, ale dawać coś od siebie w ataku. Tak na dobrą sprawę niewiele jest takich drużyn. Pistons mają akurat jedną z takich pierwszych piątek. Thunder jeżeli zamienią w piątce Robersona nawet na Waitersa. Spurs musieliby schować Parkera na Barnesie co jeszcze jest do przyjęcia (?). Raptors z Carrollem na 4. Clippers jeżeli mieliby niskiego skrzydłowego z rzutem.

Zmęczyć Curry’ego swoim atakiem
Wspomniałem o ataku, bo jest to też forma obrony, w której masz wymęczyć przede wszystkim Curry’ego. Ten musi być cały czas aktywny w defensywie. W siedmio-meczowej serii to będzie istotne. Do tego potrzebny jest uniwersalny skład, by Warriors nie mieli na kim schować swojego rozgrywającego. Idealnie by było, gdyby był to ktoś kto nieustannie biega. Tak, biega. Najlepszym przykładem jest J.J. Redick, o którym mówił Doc Rivers:

Gdy oglądamy film z meczu J.J. często biega w kółko, czasami bez specjalnej przyczyny. To prawda. Robi trzy kółka, które nie mają nic wspólnego z akcją, a gość, który go kryje po prostu za nim biega. Jeżeli tak będziesz biegał za Redickiem i go krył to wpłynie to na twoją grę w ataku.

W serii Spurs-Clippers w zeszłych playoffach Redicka krył Kawhi, co w ostatnich 3 meczach miało wpływ na jego słabnący poziom w ataku. Spójrz, nie twierdzę, że to była główna przyczyna, pewnie jedna z wielu, ale miała na pewno jakiś wpływ. Kawhi obijał się o zasłony, cały czas musiał pozostawać w ruchu i po prostu nie mógł odpoczywać w obronie (czego i tak nie robi, ale w przypadku Curry'ego ma znaczenie). Podobna rzecz miała miejsce w meczu Pistons-Warriors, gdzie Curry nieustannie – szczególnie w pierwszej kwarcie – biegał za KCP między zasłonami i zbierał siniaki. Podobnych sytuacji było mnóstwo.

W playoffowej serii na pewno to będzie miało jakiś wpływ na atak Curry’ego i wymuszając na nim więcej rzutów w sytuacjach 1v1 odbije się na jego zmęczeniu.

(Dlatego też np. izolacje, w których Curry może przyglądać się akcji są jak najbardziej korzystne dla Warriors.)

Przykład: Warriors w serii z Thunder nie mają korzyści w tym, by Curry krył Westbrooka, więc przesuną go do krycia rzucającego obrońcy. Gdyby Morrow mógł utrzymać się w obronie to byłby idealną opcją do biegania między zasłonami. Ewentualnie gorszy strzelec, ale lepszy obrońca - Waiters. Jeżeli OKC postawiłoby na Robersona to Curry będzie mógł rozłożyć leżak, bo ten rezygnuje z czystych trójek. Podobnie z Clippers jeżeli ci będą startować Luciem Mbah’a’Moute.

Jest jeszcze kilka innych ważnych rzeczy:
-nie możesz przegrać punktów z ławką Warriors
-wolisz mimo wszystko by Barnes/ Green i losowi ludzie oddawali swoje rzuty niż Curry/ Thompson, ale nie kosztem czystych trójek dla całej reszty
-starasz się karcić GSW w paint i przy match-upach 1v1
-nie trać piłki (to powinno być napisane caps-lockiem)
-wykorzystujesz wszystkie switche, które Warriors stosują w swojej obronie (np. gdy, Kevin Love jest kryty przez Curry'ego w post to musisz mu tam podać piłkę. Problem jest taki, że obrona GSW o tym wie, przez co stara się to za wszelką cenę utrudnić.)
-zwolnienie i przede wszystkim kontrolowanie tempa 

Nie twierdzę też, że to co napisałem by wypaliło – Curry przy wyrównanym meczu mógłby zdobywać po 60/70 punktów, gdyby obrońca nie nadążał za nim w pick and rollach albo ruch piłki GSW okazałby się na tyle dobry, że ci wciąż znajdywaliby za dużo wolnych pozycji. Nie ma też tutaj odpowiedzi na small-ball Dubs. Ale tak czy siak, uważam że przy obecnej sytuacji wiele drużyn będzie musiało poszukać bardziej radykalnych rozwiązań niż te tradycyjne.

środa, 15 kwietnia 2015

MVP Brodown


Oglądamy prawdopodobnie jeden z najlepszych wyścigów o nagrodę MVP w historii NBA. Spokojnie możemy wysunąć kandydatury – ni mniej, ni więcej – sześciu zawodników. I najdziwniejsze jest to, że przy wyborze w zasadzie nie da aż się tak bardzo pomylić. Czemu? Bo każdy z kandydatów ma poważne podstawy, by tę nagrodę zdobyć.

To nie jest łatwy wybór. Zmieniałem kolejność zawodników kilkukrotnie i wciąż nie jestem pewien czy ktoś nie powinien być wyżej/ niżej. Chociaż zawsze miałem ten sam nr1 i już raczej nic na moje zdanie w tej kwestii nie wpłynie.

Spójrzcie, nie myślę, by tak ostatecznie wyglądały wyniki (1.Curry, 2.Harden). Po prostu przedstawiam wam wizję tego, co bardzo dokładnie obserwowałem od początku sezonu.

Więc, w odwróconej kolejności:

450. Spencer Hawes
Gorszym Gm-em od Doca Riversa jest jedynie przyszły Gm Doc Rivers. Każdy ze średnim pojęciem o koszykówce dobrałby role - playerów Clippers lepiej niż Doc, a przynajmniej równie źle. Co sprowadza nas do tego, że...

Chciałbym zobaczyć ESPN „30 for 30” w stylu „Fab five” o niezbyt wyszukanej nazwie „Bench Five”. Główne role: Adwokat Świętego Mikołaja, czarny Peter Griffin, sprzedawca kebabów, syn trenera i… Clippersi rozwiązali kontrakt z Nate’em Robinsonem. Damn it.


432. Lance Stephenson
Wciąż wierzę w Lance’a, ale fakty są takie:

Spełnił zero pokładanych w nim nadziei, zamienił potencjalnie przyzwoitą playoffową drużynę w zespół  do loterii, teraz nie gra, bo coach się poddał, ma – nie aż tak w perspektywie wzrostu cap space’a – wysoki kontrakt i jest prawie untradeable, za więcej niż kilogram szyszek i dwie paprotki. Born Ready – you’re the real LVP (Least Valuable Player).

Na pocieszenie pozostaje nagroda GIF Player of the Year – Lance jako stormtrooper, nie da się tego przebić.

350. Charlie Villanueva
Wygląda jak cyklop z Heroesa III, to wszystko.


155. Rajon Rondo
Tak wygląda związek Rajona i Dallas:
35. Draymond Green
Kilka ważnych pytań odnośnie Draymonda Greena i nadchodzących playoffów:

Czy w potencjalnej serii z Grizzlies, w starciu Z-Bo - Draymond ktoś może zginąć?

Czy Draymond jest ostatnią nadzieją, by Tim Duncan stracił panowanie nad sobą w meczu?

Ile razy z ust Draymonda padnie słowo “pussy” w kierunku Dwighta Howarda lub Blake’a Griffina?

10-9. Kyrie Irving, Boogie Cousins*
Top 3 moich ulubionych zawodników NBA + Giannis: Kawhi Leonard, Kyrie, Boogie. Te miejsca nie mają znaczenia, więc wrzucam dwóch ostatnich do rankingu tylko dlatego bo ich lubię.

*Czekam na ekranizację filmu z Boogiem w roli głównej, z Davidem Lynchem jako reżyserem. Balansowanie między snem, a rzeczywistością, gdzie Cousins wyobraża sobie świat na nowo. 

[Tutaj pewnie powinni być John Wall/ Marc Gasol, ale się nie załapali. Chociaż młodszy z braci Gasol wygląda momentami jak cień siebie sprzed ASG. Staram się swój wybór jakoś usprawiedliwić].

8. Kawhi Leonard
Jeden z nielicznych, którzy na najwyższym poziomie mogą zmienić przebieg meczu po obu stronach parkietu. Gdyby porównać Leonarda do jakiegoś bohatera serialowego musiałby to być Malvo z “Fargo”. Całkowicie widzę go w roli cichego zabójcy plus wyobrażam sobie scenę, gdzie Kawhi straszy swojego najbliższego przeciwnika w ten sposób:

Potem robi swoje i wraca do porządku dziennego.

7. LaMarcus Aldridge
Duży człowiek Blazers jest najbliżej MVP, ze wszystkich tych którzy są tej nagrody względnie daleko. Ma kolejny świetny indywidualnie sezon/ gra pomimo bólu/ utrzymał na powierzchni playoffów PTB. To zawodnik, którego zawsze chcesz mieć w swoim teamie.

6. Russell Westbrook
Westbrook przypomina mi w tym sezonie postać Barneya Stinsona z „How I met your mother”. Barney jest esencją tego serialu, najciekawszym bohaterem i sprawia, że to show jest tym czym jest. Jednak ta produkcja nie opowiada o losach blondyna w garniturze, tylko o jego najlepszym przyjacielu. To jest klucz, bo podobnie wygląda sprawa z Westbrookiem – to TEN gość dla którego włączasz league passa, zawsze zrobi coś o czym będzie się mówiło, od czasu do czasu przypomina najlepszego zawodnika NBA, ale jego historia pozostanie tylko genialnym tłem dla najważniejszych wydarzeń. To wciąż świetnie napisana przygoda, tylko po prostu nie najistotniejsza.

Tak jak Barney; być może wolisz oglądać go od pozostałych bohaterów, ale to oni są czynnikiem, który popycha fabułę naprzód.

[W jednym z odcinków HIMYM – „Perfect Week”, Barney za wszelką cenę stara się zaliczyć perfekcyjny tydzień, w skrócie: pójść do łóżka z siedmioma różnymi kobietami każdego dnia. W pewnej perspektywie można porównać ten epizod do tego co wyczyniał Westbrook na przełomie lutego i marca, gdy zanotował 4 kolejne triple – double i 6 na przestrzeni 8 meczów.]

PS1. Chciałbyś, by czasem Westbrook rzucał mniej, tylko nie wiesz jak mu to powiedzieć.

PS2. Gdy Russ dostaje się pod kosz, jesteś niemal pewien, że ten zdobędzie punkty lub przynajmniej wywalczy rzuty osobiste. Na przeciwnym biegunie jest jego jump – shot (skuteczność 34%), który gdy mu „siedzi” smakuje jak rosół babci. A gdy nie… to trafiasz na przeterminowaną zupę z torebki. Najlepsze jest to, że w tym samym meczu na obiad możesz dostać jednocześnie – niestrawną ogórkową, śledzia z puszki i pyszne schabowe. Po prostu nigdy nie wiesz. I potem mówisz pod nosem starając się go usprawiedliwiać: „ooo, cały Russell”.

5. Anthony Davis
a)Chciałbym zobaczyć go w koszulce Pelicans, gdy trenerem będzie ktoś inny niż poczciwy Monty. Wydaje mi się, że przy lepszym coach-u Davis byłby jeszcze lepszy, a przynajmniej częściej dostawałby piłkę (po prostu dajcie mu rzucać w końcówkach, nie ważne, czy jest podwajany – poradzi sobie!).

b)Dziwna rzecz z Davisem jest taka, że mimo jego faktycznej dominacji w wielu meczach wciąż mam wrażenie, że często tak nie za bardzo te spotkania przejmuje. To może tylko moje spostrzeżenie albo po prostu to „efekt Paula Millsapa” – oglądasz danego zawodnika, patrzysz na statystyki po pierwszej kwarcie i widzisz, że ten ma 12p i 7 zbiórek i zastanawiasz się „kiedy to się stało?”.

c)Ważna rzecz, o ile ominą go kontuzje, zdobędzie nagrodę MVP w przeciągu 2-3 lat. Sky is the limit.

4. LeBron James
W moich oczach najbardziej dyskredytuje go fakt, że praktycznie przez pierwsze 2,5 miesiąca sezonu po prostu nie pojawiał się w pracy lub był nieprzygotowany/ spóźniony. Nie myślę też, by na przestrzeni całego sezonu grał na aż tak wysokim poziomie (od połowy stycznia LeBron jest świetny, a Cavs są straszni), by wyprzedzić pozostałych kandydatów. Nie byłoby to wobec nich fair.

Wciąż, miał mecze – jak chociażby u siebie z GSW – gdzie przypominałeś sobie „hej, przecież to najlepszy zawodnik na świecie”, lecz za dużo było momentów upokarzających typu otwarcie sezonu z Knicks, czy seria porażek Cavs. Po prostu sezon Jamesa był zbyt dużą huśtawką nastrojów, bym z czystym sumieniem wskazał go jako MVP. Więc, zostawię tylko to:

3. Chris Paul
Na pewno znacie taką osobę, która śmiesznie się ubiera, w McDonaldzie zamawia sałatkę, w budce z kebabem prosi o hamburgera, a na pytanie czy woli rock, czy hip hop odpowie funk. Zawsze szuka innej, mniej popularnej opcji, często po prostu dla samego wyrażenia sprzeciwu lub poczucia odrębności. Tak więc, on jest tym gościem, który wybrałby Chrisa Paula na MVP w tym sezonie. To nie jest w żadnym wypadku zły wybór, po prostu mocno nietypowy. 

Chris Paul to piwo w barze ze śmieszną, zagraniczną etykietą, z wyższej półki, którego nikt nie kupuje.

Od kilku sezonów niemal zawsze, słusznie zresztą, jest w konwersacji do tej nagrody. Zawsze jednak, ktoś pojawia się by mu zwycięstwo odebrać i mimo, że być może jest tym najwłaściwszym wyborem, ze względu na przeróżne czynniki jest pomijany.

[Tutaj zaznaczę, że nic mnie bardziej nie denerwuje w lidze niż oglądanie flopujących Clippers na czele z CP3 i Griffinem].

Statystyki CP3 z sezonu 2007/08, gdy był w głosowaniu drugi i statystyki z sezonu obecnego:
07/08: 21.1 ppg, 0.488 fg%, 11.6 apg, 16.1 fga, 3.1 3pa, 0.369 3p%, 2.7 spg
14/15: 19.1 ppg, 0.485 fg%, 10.2 apg, 14.3 fga, 4.3 3pa, 0.398 3p%, 1.9 spg

Być może liczby z sezonu 07/08 są minimalnie lepsze, ale CP3 wciąż utrzymuje niedościgniony dla wielu PG poziom, nikt także lepiej w lidze nie ma większej kontroli nad meczem niż Chris Paul. Być może także nie ma inteligentniejszego zawodnika niż on. Często bierzemy to co robi Chris Paul od kilku lat niemal za pewnik.

Czymś co go poniekąd dyskwalifikuje, a nie powinno, jest to, że Paul po prostu gra na stałym poziomie, bez jakiś wyróżniających linijek statystycznych typu >40p (napisałem to dzień przed meczem z Blazers, i co? CP3: 41p, 17a, 5r, 4s, 1to). Stąd nie zapada ludziom AŻ tak w pamięć, bo przyzwyczailiśmy się, że to co robi, czyli mecz na poziomie 25p, 12asyst to dla niego standard.

[Jest prawdopodobnie najlepszym defensywnym zawodnikiem z grona kandydatów, to powinno mieć jakieś znaczenie].

Chris Paul powinien zdobyć nagrodę MVP w 2008, nie jestem pewien czy powinien wygrać w tym sezonie, ale jeżeli tak to w żadnym wypadku nie będzie to zły wybór.

2. Steph Curry
Najlepszy zawodnik w potencjalnie najlepszej drużynie ostatniej dekady. Golden State jest tak dobre, bo świetnie funkcjonuje jako kolektyw – fakt. Stąd mój dylemat co do nagrody dla Curry’ego.

Przykład: Golden State Warriors przypomina mi w tym sezonie, do pewnego stopnia, film „Magnolia”. Na sukces tego dzieła składa się ilość doskonałych historii poszczególnych postaci, które wraz z biegiem wydarzeń się łączą. Całość jest zależna od siebie. Nie ma jako takiego głównego bohatera, poszczególne wątki są w pewien sposób równe. Jednak niech będzie, że najważniejszą osobą w filmie jest Frank, grany przez Toma Cruise’a.

I teraz moje wątpliwości: Czy film funkcjonuje ze względu na Franka, czy ze względu na grupę. Oczywiście, grupę. Tylko czy bez Franka (lub z kim innym w jego roli) produkcja byłaby znacznie gorsza? Bez wątpienia.

Ale czy jest nie do zastąpienia? Waham się, ale raczej nie.

Tak więc – hipotetycznie – czy nagrodę powinien dostać aktor w słabszej produkcji, ale który ma większy wpływ na całość (powiedzmy „Dallas Buyers Club” i Matthew McConaughey), czy najlepszy z szerokiej kadry najlepszego filmu? Obaj są porównywalnie dobrzy. Nie ma to pytanie dobrej odpowiedzi, ale…

Tutaj pojawia się druga strona medalu i jeden z moich ulubionych cytatów z „Lotu nad kukułczym gniazdem”:

In one week, I can put a bug so far up her ass, she don't know whether to shit or wind her wristwatch.”

Steph Curry traktuje tak obrońców w każdym meczu. Co chcę powiedzieć nie ma drugiego zawodnika w NBA, który byłby bardziej „fun to watch”, czy łatwiej robił się gorący. Dodatkowo, nie powinien go dyskredytować fakt, że znajduje się w tak dobrej drużynie, w końcu Warriors grają w ten sposób/ tak znakomicie ze względu na Curry'ego.

Więc… sam już nie wiem.

1. James Harden
Na początku zacznę od „złych rzeczy”: James Harden nie jest najbardziej utalentowanym/ najlepszym zawodnikiem tego sezonu i nie myślę, by w którymś momencie tak można było o nim powiedzieć. Nie do końca ufam Brodzie w playoffach – czy równie łatwo uda mu się dostać na linię rzutów wolnych jak podczas rozgrywek regularnych. Nie jestem też pewien, czy poradzi sobie z presją wielkich meczów, ale…

James Harden to najbardziej wartościowy zawodnik, z największym wpływem na konkretną drużynę i oto dlaczego:
  •            Gdybyś wymienił Hardena na SG powyżej przeciętnej, powiedzmy Bradleya Beala albo Lance’a Stephensona (wersja 2013/14) Rockets byliby drużyną do loterii (zakładając, że Dwight Howard & Co wciąż wypadają przez kontuzje). Wstaw do składu Warriors np. Patricka Beverleya zamiast Curry’ego i Golden State wciąż są playoffową drużyną.
  •            Houston startowało z pozycji drużyny, która ma najgorszą ławkę ze wszystkich playoffowych teamów w konferencji. (To były jeszcze zamierzchłe czasy, gdy ludzie myśleli, że Spencer Hawes może być dobrym uzupełnieniem dla Clippers). Oczywiście, sytuacja się rozwijała i Morey znalazł kilka ciekawych uzupełnień, zaryzykował i się opłaciło. Jednak, nie było i nie będzie momentu, w którym cały skład Rockets trafiłby się zdrowy.
  •     James Harden balansuje z Rockets między 2, a 6 pozycją na mocnym zachodzie. Jest to team, w którym przez długi czas 3 z 5 starterów było kontuzjowanych (2 jest nadal). For fuck sake, Joey Dorsey zagrał w ponad 10 meczach Rockets od początku, tak źle było ze składem. Podczas nieobecności Howarda kto był ich drugim najlepszym zawodnikiem? Chyba - póki znów nie wypadł - T.Jones, D-MO, Ariza, w tej kolejności. Tylko Westbrook może w tym momencie podnieść rękę i też nie zawsze.
  •     Może być jednym z najnudniej grających MVP - rzut za trzy, eurostep, pompka, wjazd pod kosz, faul, osobiste. W kółko to samo, rozumiem, możesz nie lubić tego oglądać. Ale… te elementy koszykarskiego rzemiosła, które wymieniłem opracował niemal do perfekcji. Ok, być może denerwuje cie ciągłe wymuszanie wolnych, tylko to też jest DUŻA umiejętność. Jeżeli chcesz wygrać z Rockets musisz za wszelką cenę trzymać Hardena poza linią rzutów wolnych. Ten i tak pewnie zdobędzie swoje punkty, ale znacznie go ograniczysz.
  •     Harden gra lepszą obronę niż Ci się wydaje w tym sezonie. Nie wiem czy to zasługa systemu Rockets (?), tego że się bardziej stara, a może wszystkiego po trochu. To nigdy nie będzie zawodnik, który pokryje najlepszego gracza przeciwnika, ale Harden nie jest już aż takim ograniczeniem w obronie. Jego statystyki obrony są zaskakująco dobre – rywale, gdy są kryci przez Brodę trafiają na niższym % niż zwykle. Chociaż to pewnie wynika z faktu, że pilnuje słabszego, ale i tak liczby go w tym momencie bronią.
  •          Jest w konwersacji od samego początku, nie bierze sobie dni wolnych, zawsze wyrobi normę, czasami dorzucając coś od siebie.
  •           Ma zdjęcie jak gra w szachy… które niczym by się nie wyróżniało, gdyby nie to, że Harden wygląda jakby utknął i nie wiedział co dalej zrobić, mimo że partia się jeszcze nie rozpoczęła.
To tyle, temu kto dotrwał dziękuje za przeczytanie.

Update: Przesunąłem LeBrona i Davisa o jedną pozycję wyżej, tym samym spychając Westbrooka na miejsce 6. Sorry, Russ.