Pokazywanie postów oznaczonych etykietą small-ball. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą small-ball. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 stycznia 2016

Poradnik pozytywnego myślenia, czyli zatrzymać Golden State Warriors (2)

W przypadku Golden State Warriors może okazać się, że nikt z nimi nie wygra serii w playoffach, a jedynie wolniej przegra. Ale jeżeli czegoś nauczyło nas oglądanie „The Wire” to fakt, że nie da się polec w grze, dopóki się w nią nie zagra. Dlatego też spróbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, nad którym głowi się cała liga – jak spowolnić obecnie najlepszą maszynę w NBA.

Jedną z największych broni Golden State Warriors są prawdopodobnie pick and rolle 1&4 między Stephenem Currym, a Draymondem Greenem. Nie wykorzystują ich tak często jak by mogli, bo po prostu nie muszą tego robić. Przeciwnicy jednak w większości przypadków nie mają na nie odpowiedzi i pojawia się pytanie jak je zatrzymać.

Gdzie nie możesz się zdecydować
Przy standardowej obronie pick and rolla defensor, na którym postawiona jest zasłona, stara się nadążyć za ball-handlerem, przy czym wysoki przesuwa się w kierunku dryblującego, tak by odciąć mu drogę/ możliwość rzutu. Wygląda to mniej więcej tak.

Monta Ellis nie był wystarczająco agresywny, a Myles Turner przesunął się w kierunku Curry’ego, dzięki czemu otworzyła się wolna przestrzeń dla stawiającego wcześniej zasłonę Draymonda Greena. W zasadzie dwóch zawodników Pacers kryło rozgrywającego Warriors, a nikt nie pilnował silnego skrzydłowego. Żaden jednak nie atakował Curry'ego w tej samej chwili, więc o podwojeniu nie ma mowy. W tej sytuacji Curry mógł oddać albo trójkę ze zeswitchowanym obrońcą, albo podać do Greena, który wychodził z przewagą 4v3. Oba warianty są korzystne dla GSW.

Trapowanie
Innym sposobem na pick and rolle Curry & Green są pułapki zastawiane na Curry’ego – czyli zwykłe podwojenia MVP w akcjach 2v2. Gdy tylko Green stawia zasłonę, obrońca stara się jak najszybciej doskoczyć do rozgrywającego, przy czym wysoki automatycznie agresywnie atakuje Curry’ego. Ma to mu zamknąć drogę podania czy rzutu.


Teoretycznie ma to nawet sens. Próbujesz wymusić stratę i czasem to się udaje. To typowo zero-jedynkowa opcja, gdzie rezygnujesz całkowicie z jednej rzeczy na korzyść drugiej. Zakładasz, że Curry nie może oddać trójki, co wydaje się dużym plusem. Rzucasz wyzwanie pozostałym zawodnikom Warriors by ciebie pokonali. A ci dokładnie to robią.

W praktyce Curry jest na tyle fantastycznym podającym, że po prostu oddaje piłkę do Greena, przez co tworzy się klarowna przewaga liczebna 4v3 na korzyść GSW. Jest mnóstwo miejsca. Draymond przy tak wysokich pick and rollach ma przestrzeń by się rozpędzić skąd może zaatakować kosz i zdobyć łatwe dwa punkty lub rozrzucić piłkę do niekrytego kolegi. Kiedyś pisałem, że w rogu mogłaby stać Taylor Swift, a i tak przy pozycjach jakie zapewniają Warriors i tak trafiałaby ze 3 trójki w meczu. W końcu, przy 4v3 zawsze ktoś będzie niepilnowany. A że dodatkowo Green jest najlepiej podającym wysokim w lidze, to zazwyczaj znajdzie wolnego strzelca w rogu. 

Wyłączyć rozegranie Greena
Jest też inna opcja, która jest rzadko stosowana, czyli traktowanie Curry’ego jakby był zwykłym strzelcem, a nie zabójcą o twarzy dziecka. Polega to na tym, by twój wysoki zostawał po prostu niżej i nie atakował rozgrywającego GSW.

W ten sposób oddajesz Curry’emu potencjalnie czystą trójkę, ale zabierasz Warriors przewagę liczebną, jeżeli ten zdecyduje się podać do Greena. Masz zabić czyste pozycje za 3 dla Draymonda Greena (jeżeli Bogut gra w p’n’r), Harrisona Barnesa czy Andre Iguodali. Ci kolejno trafiają 40, 40, 39% swoich trójek, więc oddawanie ich GSW przestaje być mniejszym złem. Zamiast wyłączyć Stefkę, próbujesz wyłączyć z gry Greena (wysokiego), tak by ten nie miał sytuacji 4v3, tylko 4v4. W ten sposób teoretycznie wyłączasz całej reszcie czyste pozycje. Takie coś robili Pistons w swoim zwycięstwie przeciwko Warriors.
Jeżeli twój obrońca jest też na tyle zwrotny i długi jak w tym przypadku KCP to cholera, zaskakująco często uda ci się nawet kontestować rzut za 3 Curry’ego. Jeżeli będziesz w stanie szybko doskakiwać do Curry’ego po otrzymanej zasłonie, to może ta taktyka ma właśnie sens. Chodzi o to, byś miał cały czas rozgrywającego GSW przed sobą. To jedna z tych rzeczy, którą będzie w stanie robić Kawhi Leonard w potencjalnej serii Spurs-Warriors, gdy przyklei się do rozgrywającego Dubs. Curry nadal będzie mógł oddawać czyste rzuty, ale będzie musiał robić to niemal natychmiastowo, gdy tylko przy postawionej zasłonie zgubi na ułamek sekundy obrońcę.

1v1
W ten sposób zabierasz Warriors nie tylko możliwość rozegrania wysokim z przewagą liczebną, ale sprowadzasz całą swoją obronę do match-upów 1v1. I to jest moje główne założenie. Chodzi o to, by cały czas ktoś miał swojego obrońcę na plecach. Dzięki temu Curry & Thompson nie mogą grać aż efektywnie bez piłki i wybiegać swobodnie po zasłonach. Oczywiście, Warriors wciąż będą w stanie wypracowywać dla nich czyste pozycje, bo to Warriors. Jak tutaj, gdzie Curry dostaje zasłonę od centra GSW poza akcją, dzięki czemu ma czysty look za 3.

Przy 1v1 ma zostać zabity lub bardzo utrudniony ruch piłki. Dubs wiedzą, że samymi podaniami są w stanie wypracowywać czyste pozycje, dlatego decydują się szukać tych najlepszych rzutów. Zmierzam do tego, by oddawać GSW jak najwięcej rzutów, które wychodzą od ball-handlera w pick and rollu (nie chcesz ich, ale z nimi żyjesz) lub - jeszcze lepiej - po sytuacjach 1v1.

To jedna z takich sytuacji, gdzie wszystko sprowadzone jest do 1v1. 

To inna, w której Curry wie, że może oddać rzut z obrońcą na plecach. Nie chce jednak tego robić, bo wie także, że można spróbować wypracować łatwiejszy rzut, więc sprowadza akcję do punktu wyjścia.

Pick and rolle z Greenem na piłce
Jeżeli w pick and rollu na piłce jest Draymond Green robisz dokładnie to samo – nie panikujesz. Pozwalasz mu zrobić swoje, ale gdy wjeżdża pod kosz przyklejasz się do niego tak by miał 1v1.

Dodatkowo, jeżeli Bogut jest ustawiony dalej od kosza możesz też liczyć na blok z pomocy od swojego centra, bo Australijczyk nie jest w stanie zagrozić ci rzutem. Dzięki temu dochodzi do sytuacji, w której Green ma bardzo utrudnione zadanie, bo musi kończyć pod koszem z dwoma obrońcami na plecach. Niekryty będzie tylko Bogut, ale jest ustawiony daleko, więc by zagrozić ci będzie musiał zaatakować kosz, a tam jest dwóch twoich ludzi. Jeden z nich może szybko ewentualnie zrotować. Jeżeli odda piłkę do strzelców to ci będą mieli na sobie także obrońcę. Nadal będą trafiać z defensorem na plecach, ale robisz wszystko by im to jak najbardziej uniemożliwić.

Problem z tym podejściem jest dosyć prosty – potrzebujesz na tyle uniwersalnych zawodników (piątek), gdzie każdy może nie tylko efektywnie bronić, ale dawać coś od siebie w ataku. Tak na dobrą sprawę niewiele jest takich drużyn. Pistons mają akurat jedną z takich pierwszych piątek. Thunder jeżeli zamienią w piątce Robersona nawet na Waitersa. Spurs musieliby schować Parkera na Barnesie co jeszcze jest do przyjęcia (?). Raptors z Carrollem na 4. Clippers jeżeli mieliby niskiego skrzydłowego z rzutem.

Zmęczyć Curry’ego swoim atakiem
Wspomniałem o ataku, bo jest to też forma obrony, w której masz wymęczyć przede wszystkim Curry’ego. Ten musi być cały czas aktywny w defensywie. W siedmio-meczowej serii to będzie istotne. Do tego potrzebny jest uniwersalny skład, by Warriors nie mieli na kim schować swojego rozgrywającego. Idealnie by było, gdyby był to ktoś kto nieustannie biega. Tak, biega. Najlepszym przykładem jest J.J. Redick, o którym mówił Doc Rivers:

Gdy oglądamy film z meczu J.J. często biega w kółko, czasami bez specjalnej przyczyny. To prawda. Robi trzy kółka, które nie mają nic wspólnego z akcją, a gość, który go kryje po prostu za nim biega. Jeżeli tak będziesz biegał za Redickiem i go krył to wpłynie to na twoją grę w ataku.

W serii Spurs-Clippers w zeszłych playoffach Redicka krył Kawhi, co w ostatnich 3 meczach miało wpływ na jego słabnący poziom w ataku. Spójrz, nie twierdzę, że to była główna przyczyna, pewnie jedna z wielu, ale miała na pewno jakiś wpływ. Kawhi obijał się o zasłony, cały czas musiał pozostawać w ruchu i po prostu nie mógł odpoczywać w obronie (czego i tak nie robi, ale w przypadku Curry'ego ma znaczenie). Podobna rzecz miała miejsce w meczu Pistons-Warriors, gdzie Curry nieustannie – szczególnie w pierwszej kwarcie – biegał za KCP między zasłonami i zbierał siniaki. Podobnych sytuacji było mnóstwo.

W playoffowej serii na pewno to będzie miało jakiś wpływ na atak Curry’ego i wymuszając na nim więcej rzutów w sytuacjach 1v1 odbije się na jego zmęczeniu.

(Dlatego też np. izolacje, w których Curry może przyglądać się akcji są jak najbardziej korzystne dla Warriors.)

Przykład: Warriors w serii z Thunder nie mają korzyści w tym, by Curry krył Westbrooka, więc przesuną go do krycia rzucającego obrońcy. Gdyby Morrow mógł utrzymać się w obronie to byłby idealną opcją do biegania między zasłonami. Ewentualnie gorszy strzelec, ale lepszy obrońca - Waiters. Jeżeli OKC postawiłoby na Robersona to Curry będzie mógł rozłożyć leżak, bo ten rezygnuje z czystych trójek. Podobnie z Clippers jeżeli ci będą startować Luciem Mbah’a’Moute.

Jest jeszcze kilka innych ważnych rzeczy:
-nie możesz przegrać punktów z ławką Warriors
-wolisz mimo wszystko by Barnes/ Green i losowi ludzie oddawali swoje rzuty niż Curry/ Thompson, ale nie kosztem czystych trójek dla całej reszty
-starasz się karcić GSW w paint i przy match-upach 1v1
-nie trać piłki (to powinno być napisane caps-lockiem)
-wykorzystujesz wszystkie switche, które Warriors stosują w swojej obronie (np. gdy, Kevin Love jest kryty przez Curry'ego w post to musisz mu tam podać piłkę. Problem jest taki, że obrona GSW o tym wie, przez co stara się to za wszelką cenę utrudnić.)
-zwolnienie i przede wszystkim kontrolowanie tempa 

Nie twierdzę też, że to co napisałem by wypaliło – Curry przy wyrównanym meczu mógłby zdobywać po 60/70 punktów, gdyby obrońca nie nadążał za nim w pick and rollach albo ruch piłki GSW okazałby się na tyle dobry, że ci wciąż znajdywaliby za dużo wolnych pozycji. Nie ma też tutaj odpowiedzi na small-ball Dubs. Ale tak czy siak, uważam że przy obecnej sytuacji wiele drużyn będzie musiało poszukać bardziej radykalnych rozwiązań niż te tradycyjne.

wtorek, 15 grudnia 2015

Czy Grizzlies są DONE?

Memphis Grizzlies przez kilka dobrych sezonów znajdowali się w grupie pseudo-kontenderów. Ich styl gry oparty na grit&grindzie sprawiał, że mogli wygrać serię z niemal każdym przeciwnikiem, ale nie byli w stanie tego zrobić w trzech rundach z rzędu. Zdaje się, że okienko Miśków zamknęło się na dobre i czas w końcu zapukał do pól kukurydzy i whisky Memphis.

Nie idąc do przodu, niejako się cofasz. I poniekąd Grizzlies znaleźli się w takiej sytuacji. Muszą w dużej części zrezygnować ze swojej tradycyjnej koszykówki na rzecz tej bardziej nowoczesnej – czytaj: przejść w dłuższym wymiarze na small-ball. Styl Miśków wypalił się, nie są w stanie w dłuższej perspektywie już więcej zaskakiwać przeciwników. Liga rozszyfrowała Memphis. Spróbuję wyjaśnić dlaczego tak się stało, co mogą z tym zrobić i czemu transformacja tej drużyny nie jest tak prosta jak się wydaje.

1. Trener Dave Joerger kombinuje z podstawowymi ustawieniami i dopóki nie kontuzjował się Tony Allen wychodził piątką: Conley, Allen, Jeff Green, Z-Bo, Marc Gasol. Ten line-up jest gorszy od przeciwnika o 5.6 punktu i nie dość, że ma ogromne kłopoty ze zdobywaniem punktów (OffRtg - 92.4), to jeszcze nie broni (DefRtg - 115). Jeżeli grasz dwoma wysokimi, z których żaden nie rzuca za 3, to lepiej miej dookoła nich dobrych strzelców. W Grizzlies dobrze wiemy – tego nie ma.

Tej drużynie zawsze brakowało eksplozywności, ale gdy nagle większość zespołów skupia się na rzucie za 3 jest to bardziej widoczne. Na Grizzlies blow-outy robią już nie tylko takie kluby jak Warriors, Spurs czy Thunder, ale nawet Hornets. 

2. Piszę to z ciężkim sercem, ale Tony Allen jest niegrywalny przeciwko większości drużyn w NBA. Jest jednym z najgorszych ofensywnych zawodników w lidze. Gdyby trzeba było wskazać gracza, z którym Warriors nie byliby w stanie robić tego co robią to Grindfather byłby w czołówce. Absolutnie zabija spacing swojej drużyny. Mądrzejszy przeciwnik nie tylko zostawia Allena niekrytego na dystansie, ale chowa też swojego słabszego obrońcę na skrzydłowym i rzuca tego lepszego defensora na większe zagrożenie – Mike’a Conleya. Widać to na poniższym obrazku, gdzie Tony Allen stoi całkowicie nie pilnowany na linii za 3, a najlepszy obwodowy obrońca Pistons – KCP – kryje rozgrywającego Memphis.

To było problemem, nie na taką skalę, gdy Allen przeżywał swój defensywny szczyt. Teraz wprawdzie wciąż zdarzają mu się duże momenty w obronie, ale to już nie to. Defensywny rating Grizzlies z Allenem na parkiecie to 106.2 i obrona Memphis jest gorsza tylko, gdy przebywa ktoś z dwójki Russ Smith/ Brandon Wright.

Jeszcze jedno: w zeszłym sezonie przeciwnicy kryci przez Allena rzucali o 6,8% gorzej niż zazwyczaj. Teraz jest to tylko o 0.9%.

3. Jeff Green jest strasznie nieregularny i ma duże kłopoty ze skutecznością z dystansu (29% za trzy). Przeciwnicy o tym wiedzą i też zdarza się im poświęcić krycie Greena, by zagęścić paint czy podwoić, któregoś z podkoszowych. Nie jest jednak złym zawodnikiem w ataku - potrafi wykreować sobie rzut po koźle czy ściąć do kosza. Kwestia jest jednak taka, że często po prostu nie ma na to miejsca, bo w ataku Grizzlies jest tłok i brakuje przestrzeni. Rozsądnym byłoby przesunięcie kogoś z duetu Allen/ Green (albo obu) na ławkę i wstawienie do składu Lee, Barnesa czy nawet Chalmersa jeżeli chcesz grać dwoma wysokimi. Innym pomysłem jest ponowne przesunięcie Greena na niską 4, gdzie na przemian gra ktoś z duetu JaMychal Green/ Matt Barnes.

4. Nie zrozumcie mnie tutaj źle, ale w pewnym sensie Grizzlies cierpią na tym, że Mike Conley nigdy wskoczył na jeszcze wyższy poziom. Wydaje się najrozsądniejszą opcją z dystansu dla Miśków, ale tak naprawdę zawsze miał jakieś wahania. Rzuca przeciętne 34% za 3, nie robi tego często jakby mógł, a Grizzlies po prostu potrzebują by ten nie bał się siekać trójek. Zawsze korzystniejsza dla Memphis będzie kontestowana trójka Conleya niż czysta Allena.

5. Joerger coraz częściej rozdziela minuty Marca Gasola i Zacha Randolpha, z korzyścią dla przyszłości drużyny. W takich ustawieniach, gdzie Memphis gra koszykówkę 4-out, jest więcej miejsca dla każdego z nich i przede wszystkim nie są tak przewidywalni. Marc Gasol może robić to co robi świetnie – kreować innych zawodników ze szczytu na wyższej efektywności, bo jest więcej strzelców na parkiecie. Spada też ryzyko podwojeń obu zawodników, dzięki czemu mogą wykorzystać swoje umiejętności w grze 1v1 czy też otwierają się dla nich wolne pozycje.

Problemem pozostaje defensywa. Przeciwnikom udaje kreować się mis-matche, gdzie niska czwórka Memphis kryje centra (np. Barnes -> Drummond) czy wyciągać Gasola spod obręczy, przez co dla ścinających otwiera się przestrzeń pod koszem. Lepiej podający wysocy w takich sytuacjach będą karcić Grizzlies i kreować łatwe punkty.

Z-Bo grający jako niski Z-Bo ma natomiast kłopoty na tablicach, zarówno w ataku, jak i obronie, co lepsi zbierający skrupulatnie wykorzystają.

Ale tak czy siak od czegoś trzeba zacząć.

6. Jeff van Gundy w podcaście u Zacha Lowe’a mówił, że Grizzlies niekoniecznie powinni robić to co cała liga, bo nie mają ku temu odpowiedniego personelu. Dodał, że wszyscy zawodnicy po prostu muszą grać lepiej. I po części można się z komentatorem ESPN-u zgodzić.

Nie chodzi o to, by wyrzucić całą swoją tożsamość do lamusa i przejść w 48 minutowy small-ball, tylko pozwolić sobie znaleźć więcej przewag. Takich, które pozwolą ci grać zarówno lepiej w ustawieniach 3-out, jak i 4-out. Przez to rozumiem poszukanie przede wszystkim wymian, w których Miśki sprowadziłyby do siebie kogoś lepszego na pozycję 2/3 czy strech 4 (np. Ryan Anderson). Bez tego może się okazać, że Memphis zabraknie właśnie zawodników do nowoczesnej koszykówki. Potrzebują stopniowych zmian.

7. W książce Life on the run Bill Bradley, dwukrotny mistrz NBA z New York Knicks, pisał że niezależnie jak dobre nie byłyby intencje właściciela drużyny, to na koniec dnia poszczególni zawodnicy są dla nich niewiele więcej jak assetami do wymian. Minęło prawie 40 lat od wydania tej pozycji i w sumie nadal jest to mocno prawdziwe.

Zmierzam do tego, że GM/ zarząd Grizzlies może stanąć przed bardzo delikatnym dylematem – mianowicie transferów Tony’ego Allena i przede wszystkim Zacha Randolpha. Obaj wciąż mogą być produktywni i myślę, że znalazłyby się kluby, które z chęcią przygarnęłyby obu zawodników. Inną kwestią jest to na ile te potencjalne wymiany byłyby rekompensujące dla Miśków.

Tylko Z-Bo być może jest najważniejszym graczem w krótkiej historii koszykówki Memphis i wykraczając czysto poza sportowe ramy, robi bardzo dużo dobrego dla lokalnej społeczności. Kibice kochają jego, a on ich. Spójrzcie co mówił w 2012 roku, w tekście dla Grandlandu:

Mam specjalną więź z tym miastem. Niezależnie od podziałów rasowych, z całym miastem. Ludzie tutaj rozumieją grind, sami przez to przeszli. Zawsze ciężko pracują. Gdy wspominasz o Memphis, zazwyczaj wiąże się to z czymś złym. Ale dobrzy ludzie znajdują się wszędzie (...) Jeżeli Grizzlies mnie jutro wymienią, i tak będę przebywał podczas wakacji w Memphis, pracując. Będę wśród tej społeczności. Zawsze pozostanę połączony z tymi ludźmi.

Z-Bo wraz z Tonym Allenem zaznaczyli niewielki market na mapie NBA i sprawili, że koszykówka w Memphis nabrała na znaczeniu.

Stąd rozstanie z tą dwójką będzie bolesne, acz w dłuższej perspektywie wydaje się nieuniknione, bo wątpię by zdecydowali się na ograniczoną rolę. 

Koszykówka Grizzlies jaką znamy umiera na naszych oczach. Być może nawet po zmianach Memphis wciąż nie będzie miało talentu na coś więcej niż drugą rundę playoffów. Ale muszą dać sobie szansę. Po prostu czas dopadł i wyprzedził Memphis.

środa, 2 grudnia 2015

Plusy i minusy (4) - Treny do Brandona Knighta

Wyobraź sobie taką sytuację. Psuje Ci się karta graficzna i jej naprawa będzie sporo kosztować. Ale zamiast wymienić pojedynczą część, mówisz yolo, kupię nowy komputer. W tym celu idziesz do sklepu, rozglądasz się i widzisz dajmy na to aparat fotograficzny, który nie jest Ci prawie do niczego potrzebny. Tak czy siak kupujesz go i wydajesz gro pesos przeznaczonych na faktyczne priorytety. Mówisz sobie jakoś to będzie, coś wymyślę. Zaglądasz w sakiewkę, coś tam brzęczy i z reszty kupujesz komputer u lokalnego magika, który już przy rozpakowywaniu z kartonu skrzypi. Żałujesz tej decyzji każdego dnia, ale nic nie możesz zrobić, bo stary sprzęt jest już rozkręcany na części gdzieś w Guadalajarze.

Tak w sporym uproszczeniu wygląda to co wydarzyło się w minionym czasie w Milwaukee. Knight w tej historii jest starym komputerem, Michael Carter-Williams nowym złomem a Greg Monroe drogim aparatem fotograficznym.

Nie podobała mi się wymiana Knighta na MCW od początku, ale tłumaczyłem sobie – Jason Kidd widzi więcej. Teraz utwierdzam się w przekonaniu, że to był błąd. Wypunktuję dlaczego:

1) Trzon Milwaukee stanowią Giannis-Parker-Middleton i tylko jeden z tych zawodników rozciąga grę na bardzo dobrym poziomie. Stąd potrzebujesz rozgrywającego, który rzuci za trzy i wykreuje sobie czyste pozycje. Innymi słowy zapewni więcej miejsca na parkiecie, tak by zawodnicy, którzy ścinają do obręczy jak Giannis czy Parker mieli potrzebną do tego przestrzeń. Bo co ci z tego, że każdy w twoim składzie potrafi grać w post, jeżeli nie jest to wartością dodaną, skoro nie ma na to miejsca przy słabym spacingu.

2) Jason Kidd za bardzo podążył za pewną wizją - gry czterema zawodnikami, ze świetnym zasięgiem ramion, z których każdy będzie mógł switchować w obronie. Do wspomnianego trzonu dodał Michaela Cartera-Williamsa. I na papierze to ma nawet sens. Jednak rzecz w tym, że MCW nie robi niczego, chociaż na przyzwoitym poziomie, w ofensywie. Nie potrafi rzucać, nie dostaje się pod kosz i nie gra poprawnie pick and rolli. Do tego często traci piłkę. W nowoczesnej NBA twój rozgrywający musi być w jakimś elemencie swojej gry bardzo dobry. Brandon Knight pasował do Bucks, bo stawał się dobrym strzelcem w drużynie, która tak bardzo tego potrzebowała.

3) W Bucks powoli robi się tłoczno. Gdy przyjdzie dzień zapłaty Giannisa i Parkera z któregoś wysokiego - Monroe/ Henson – trzeba będzie zrezygnować, bo to niepotrzebny luksus. Nadal też pozostaje problem rozgrywającego i należy odpowiedzieć sobie na pytanie czy aby na pewno chcesz by Michael Carter Williams dowodził twoją drużyną. Zmierzam do tego, że życie Jasona Kidda mogło być o wiele prostsze. Gdyby tylko przedłużył kontrakt z Brandonem Knightem miałby bardzo dobrze uzupełniającą się pierwszą piątkę:

Brandon Knight--Khris Middleton--Giannis--Jabari Parker--John Henson

Ten team byłby lepszy od tego, który w Milwaukee jest obecnie. Bo nie zawsze chodzi o to, by mieć tylko jak najlepszych zawodników w zespole. Chodzi o to, by dopasować poszczególnych zawodników, wykorzystać ich najlepsze strony i to jakoś połączyć. Niektórzy gracze często się wzajemnie wykluczają.

Być może w tym wszystkim Michael Carter-Williams nie jest tak złym zawodnikiem za jakiego go mam. Ale po prostu nie pasuje do tych Bucks.

Alec Burks atakujący kosz
W Utah dzieje się wiele dobrych rzeczy i dziś wspomnę o jednej z nich.

Moim cichym kandydatem do nagrody najlepszego rezerwowego po pierwszym miesiącu gry jest Alec Burks. Po tym jak w zeszłym sezonie przez kontuzje opuścił 55 meczów, ten zaczął nad wyraz udanie. Zdobywa 15.4ppg wprawdzie na 42% skuteczności, lecz trafia bardzo solidne 39,5% swoich trójek. Ale rzecz w tym, że Burks robi bardzo dużo dobrego w ofensywie. Z ławki zapewnia spacing, ma niezły mid-range jumper i przede wszystkim łatwo dostaje się pod kosz.

Przy atakowaniu obręczy jest na tyle dobrym podającym, że przeciwnik nie zawsze wie czego ma się spodziewać – podania czy wykończenia. Jego zasięg ramion sprawia też, że może łatwo przekładać sobie piłkę z ręki do ręki w takich trudnych akcjach, co też utrudnia orientację rywala.

Coś co jeszcze jest ważne – Jazz coraz częściej przechodzą na ustawienie bez rozgrywającego. Tę lukę wypełnia właśnie Burks, który na przemian z Haywardem czy Hoodem, odpowiada za przebieg akcji Utah. Burks w takim line-upie może wyprowadzać piłkę w transition, a gdy tempo zwalnia zamienia się w spot-up shootera. W każdej z tych opcji może wykorzystywać swoje mocne strony: trójkę i atakowanie obręczy (w obu akcjach wyżej Jazz grali właśnie takim line-upem). To póki co działa.

Curry & Green combo
Niedawno pisałem o small-ballowej gwieździe śmierci Warriors, dziś krótko o pick and rollach zagłady granych w takich ustawieniach przez duet Curry&Green.

Problem dla przeciwnika z tą zagrywką jest taki, że na ten moment nie ma odpowiedzi na jej zatrzymanie. Opcji jej rozegrania jest mnóstwo i w zasadzie modlisz się o mniejsze zło. Warriors mogą w takich sytuacjach łatwo wypracować sobie czystą trójkę dla Curry’ego czy mis-match z wysokim. Musisz liczyć się też z tym, że Dubs być może zagrają akcję pick and pop z niekrytym wtedy na dystansie Greenem. A gdy rywal zdecyduje się na podwojenie Stefki, Green już czeka by rollować do obręczy, skąd może skarcić cię pod koszem albo rozrzucić piłkę do niekrytego strzelca, gdy zablokujesz dostęp do pomalowanego.

Warriors są w tych akcjach tak bardzo efektywni, że w rogu mogłaby czekać Taylor Swift i trafiałaby po 3 trójki na mecz.

Czaso-wstrzymywacz Sam Mitchell
W Minnesocie dzieje się ogrom ciekawego, ale co by nie mówić ich atak to średniowiecze. Jest dużo izolacji, mnóstwo pojedynków 1v1, mało ruchu piłki i wysyp długich dwójek. Wszystkie wymienione problemy można dostrzec na tym posiadaniu, w którym czas na ziemi się zatrzymał.

Młode Wilczki często zdobywają w takich sytuacjach punkty, bo jadą na czystym talencie i dzieje się to pomimo-trenera. Nie jest też złą rzeczą granie izolacji na Andrew Wigginsa, który w takich akcjach zdobywa solidne 0.9 ppp. Niekorzystne natomiast są takie izolacje jak ta, gdzie z drugiej strony stoi dobry obrońca, na zegarze pozostaje jeszcze trochę czasu, a nagrodą jest trudna dwójka. To po prostu nie jest efektywne.

Wolves są na przedostatnim miejscu w oddawanych trójkach, jedynie za Krzyżakami Lionela Hollinsa. Sam Mitchell wychodzi naprzeciw analityce, naprzeciw trójkom i w skrócie nie pomaga swojej drużynie. Rozpoczynam kampanię #FreeScottBrooks.

Steal poprzedniego draftu
Gdybym w tym momencie na nowo mógł ułożyć poprzedni draft Devin Booker byłby gdzieś w okolicy 6-8 miejsca. 

Oglądanie Bookera w akcji to dziwne doświadczenie. Dziwne, bo ten – mimo że gra średnio tylko po 12 minut – mam wrażenie, podejmuje niemal wyłącznie dobre decyzje. Dziwne także, bo najmłodszy zawodnik w lidze nie powinien taki być. Jest niemal za mądry w tym co robi. Powinien popełniać więcej błędów. Debiutant z Phoenix ma to szczęście, że został wybrany do odpowiedniej drużyny. Nie ma ciśnienia na jego grę, może uczyć się od lepszych i dostaje minuty w meczach rozgrywanych o coś. To ważne.

Booker póki co trafia aż 67% swoich trójek (12/18). Ma świetną mechanikę rzutu, przez co za kilka lat będzie jednym z lepszych strzelców za 3 w lidze. I te rzuty są tak bardzo niewymuszone, jak tylko mogą być. Z linii za trzy może też atakować kosz, co już kilka razy pokazał. Brakuje mu jeszcze masy w obronie, by kryć co lepszych skrzydłowych, stąd trochę czasu upłynie zanim porównania do Klaya Thompsona będą mogły się wypełnić. 

Ale kwestią czasu są większe minuty i akcje rozpisywane pod Bookera w rezerwowym unicie, bo szkoda by było taki potencjał marnować. 

Popujący Marvin Williams
To pewnie tylko złudzenie, ale Hornets niemal w każdym meczu w pierwszych minutach grają przynajmniej raz tę samą akcję pick and pop między Walkerem/Batumem a stretchującym Marvinem Williamsem. Obrońcy rywali na to się łapią, Hornets zdobywają łatwe trzy punkty a Stephanie Ready tak bardzo skrzecząc tłumaczy, że to dobry znak, że Marvin trafia.

Szerszenie natomiast są jakieś 46 razy lepsze niż myślałem, a Marvin jest tego jednym z czynników – zaskakująco dobrze rozciąga grę i trafia aż 40% swoich trójek. Good job, Marvin. Nie będziesz już więcej chodził głodny.

Starvin Marvin dziękuje za przeczytanie.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Poradnik Pozytywnego Myślenia

Kwestią póki co nierozwiązywalną jest odpowiedź na Draymonda Greena grającego jako fałszywy center. Jego unikalny skillset sprawia, że jest drugim najważniejszym graczem Warriors. Bo jak skontrować gościa, który grając jako piątka podaje i sieka trójki lepiej niż niejeden guard, a do tego może kryć zarówno rozgrywających, jak i najlepszych podkoszowych.

Warriors grając na papierze 4-out basketball – czterech skrzydłowych i jeden wysoki – de facto grają w ataku 5-out basketball z pięcioma snajperami, nie tracąc przy tym na obronie. Dlatego tak cenny będzie Anthony Davis (duh) i dlatego też w każdym momencie wybrałbym Karla Townsa i Kristapsa Porzingisa nad Jahlilem Okaforem.

Być może, jak pisał Zach Lowe, liga próbuje kopiować model, którego skopiować się nie da. Po prostu w NBA zawodników mogących pełnić funkcję Greena można policzyć na palcach jednej ręki. Do tego poszczególne drużyny nie posiadają wystarczająco wielu dobrych skrzydłowych, by grać tak nowoczesną koszykówkę. Gdy już spełnisz te warunki może zabraknąć ci szczęścia, zdrowia czy umiejętności by pokonać Dubs.

Ale zdając sobie sprawę z problemu masz dwie podstawowe opcje. Możesz tłamsić go i kontynuować robienie czegoś w kółko i kółko źle, oszukując siebie, że przyniesie to inny rezultat niż poprzednio. Możesz też, właściwie, zaakceptować trudności i przynajmniej spróbować znaleźć ich rozwiązanie.  

Więc którą opcję wybierze Doc Rivers?

Clippers mają problem. Nie wydostaną się z zachodu nie pokonując w playoffach Golden State Warriors, na których nie mają żadnego rozwiązania. Oczywiście, na Warriors sposobu nie ma nikt i nie wiadomo czy w najbliższym czasie ktoś go w ogóle znajdzie. Z tym, że potentaci – Spurs, Cavs, Thunder, Porzingis – jeszcze nie mieli sposobności grać z Gwiazdą Śmierci NBA. Clippers natomiast starli się z Dubs już dwukrotnie i były to naprawdę dwa mocne ostrzegawcze ciosy po nerach. Ale z każdej porażki da się wynieść lekcję. Bo rzecz w tym, że jeżeli nie znajdziesz optymalnego ustawienia przeciwko small-ballowi Warriors to zostaniesz rozjechany. Półśrodki w tym wypadku nie zadziałają. 

Spróbuję odpowiedzieć na pytanie co Clippers mogą zrobić by rzucić rękawicę Warriors. Nie twierdzę, że przyniosłoby to jakiś inny rezultat – Warriors są po prostu jeszcze lepsi niż sezon temu. Uważam jednak, że Clippers muszą poszukać czegoś nowego, bo w tradycyjny sposób nie są w stanie pokonać Warriors.

To na czym stoją Clippers?

1. Nie ma specjalnie możliwości by gra dwoma wysokimi – Blake Griffin i DeAndre Jordan – przeciwko small-ballowi Warriors była w którymś momencie opłacalna. DeAndre nie może zaoferować niczego kreatywnego w ataku, dzięki czemu Warriors bez szwanku mogą wrzucić Barnesa na Jordana. Mogą też dzięki temu podwajać Blake’a Griffina i odcinać mu możliwości do podań.
Podwojenie Blake’a i zamknięcie passing lanes przez obronę Warriors. Jamal stoi niepilnowany w rogu, ale nie ma możliwości by Blake mu tam podał. Akcja kończy się nietrafionym rzutem Griffina, który wymusiła defensywa GSW.
Przy trzech strzelcach i jednym DeAndre, Blake ma utrudnione zadanie by wydostać się z podwojeń. Bo jeśli uda mu się przekazać piłkę Jordanowi do post, to ten jest niegroźny, głównie dlatego, że na swoim koncie ma więcej wykiwań Marka Cubana niż ruchów tyłem do kosza. Przy czterech snajperach jest to trochę łatwiejsze – Warriors przeciwko Pistons, podwajali momentami Drummonda w post, chcąc tym samym na słabym podającym wymusić straty. Ale w kilku sytuacjach centrowi Tłoków udawało się znaleźć otwartego kolegę z drużyny (3 razy, jego career high asyst to 4).

Blake jest nieporównywalnie lepszym podającym i być może Warriors stanęliby wtedy przed dylematem – zostawić Blake’a 1v1 czy podwajać go, tym samym zostawiając na dystansie wolnego strzelca.

Dodatkowo Jordan jest wolny w obronie. To sprawia, że przy pick and rollach granych między 1 a 5 (Curry-Green) zostawia Curry’ego całkowicie niekrytego. And that’s just turrible, Kjenny.

Z DeAndre kwestia jest też taka, że nie robi aż tak dużej różnicy na ofensywnej tablicy jak można by się spodziewać. A to byłby właśnie główny argument za tym by trzymać Jordana na parkiecie. Ponownie Zach Lowe: „Jeżeli drużyna grająca wysoko walczy o zbiórkę ofensywną, ale niczego nie osiąga, to drużyna grająca nisko wychodzi z kontrą 5v3” i jest to coś co też mogliśmy zaobserwować w 4kwarcie pojedynku Clippers-Warriors.

(Może pick and rolle grane między Griffinem a Jordanem miałby sens, nie wiem -> coś ala Josh Smith i Dwight Howard z zeszłych playoffów.)

2. Musisz zrezygnować z gry Jamalem Crawfordem i Paulem Piercem. Są za starzy i po prostu nie nadążają w obronie za szybkimi skrzydłowymi Warriors. Zastanowiłbym się też nad Austinem Riversem, który jest po prostu słabym koszykarzem. Nie ma opcji byś grał nim po 25 minut i kończył spotkania, jeżeli syn trenera będzie trafiał na 24% skuteczności za 3.

3. Clippers mają też problem z pozycją niskiego skrzydłowego. Odbiegając od Warriors, można mówić, że drużyna z Los Angeles nie ma stopera na Durantów i LeBronów tej ligi, ale hej – HEJ – Clippers nie mogą zatrzymać – niczego nie umniejszając – Haywardów NBA. Match-upując się każda lepiej wyszkolona trójka jest w stanie skarcić Clippers. Skrzydłowy Jazz w Staples Center zdobył 14 punktów w 4 kwarcie i tak wyglądał departament obrony Doca Riversa: 2+1 na CP3, 2+1 na Reddicku i 2 trafione rzuty przeciwko synowi trenera. Łatwo zauważyć, że wszystkie punkty Hayward zdobył przeciwko niskim guardom. Tutaj pojawia się moje pytanie: dlaczego Doc nie gra Stephensonem/ Johnsonem? Obaj są kluczowi dla powodzenia tego sezonu Clippers, o ile GM Doc nie znajdzie jakiejś rekompensującej wymiany.

4. Już tłumaczę dlaczego. Po pierwsze, kolejnym z mankamentów Clippers, coś co ich nieraz zaboli w tym sezonie, to brak w składzie tweenera między trójką a czwórką do niskich ustawień. Zawodnika typu Tobias Harris, DeMarre Carroll czy Danilo Gallinari, chociaż myślę, że w obecnych okolicznościach i Marcus Morris by się nadał. Paradoksalnie może okazać się, że Clippers zaboli brak Matta Barnesa. Ich najlepszym strzałem w tym momencie jest Lance Stephenson, który ma warunki by grać jako 4 w ustawieniu z jednym wysokim i czterema skrzydłowymi.

Takie ustawienie wykorzystywali w zeszłych playoffach Pelicans z Davisem na centrze i choć przegrali wyraźnie 4-0, to pojedyncze mecze były bardziej wyrównane niż wskazywałby wynik serii. Drużyny pokroju Cavs, Thunder, Pacers czy Spurs mogą spróbować zagrać nawet z samymi skrzydłowymi, kolejno z LeBronem, Durantem, PG, Leonardem na teoretycznym centrze, który w praktyce byłby tylko z nazwy. Pytaniem nie jest jak nisko możesz zejść, tylko kiedy to nastąpi. Clippers nie mają luksusu by tak grać, bo Blake Griffin grać musi. Poza tym nie dysponują tyloma dobrymi skrzydłowymi.

To prowadzi do tego, że najlepszy line-up Clippers by skontrować smallball Warriors to moim zdaniem:

Chris Paul – J.J. Redick – Wesley Johnson – Lance Stephenson – Blake Griffin

(Ewentualnie możesz wstawić Josha Smitha zamiast Lance’a, ale ten drugi jest lepszym obrońcą jeden na jednego – to przeważyło).

Blake być może nie ma takiego zasięgu rzutu jak Draymond Green, ale jest w stanie wypełnić pozostałe funkcje – grać twardą obronę w playoffowej serii, wyjść z kontrą i zapewnić świetny przegląd pola. Nie byłby też tak bezużyteczny jak DeAndre przy bronionych pick and rollach między Currym a Greenem, z którymi już radził sobie przyzwoicie. Dodatkowo miałby w końcu więcej miejsca, o ile Lance – myślenie życzeniowe – mógłby wejść w jednego buta Andre Iguodali i trafiać czyste trójki. Jego spacing mógłby nie być takim problemem, bo pozostała czwórka operowałaby na całej szerokości parkietu. Clippers mogliby spróbować gry na Austina Riversa—Redicka—Wesleya Johnsona, ale tutaj zabrakłoby nieco siły i wzrostu w obronie.

Ale wiecie co? Może się okazać, że wszystko co powyżej napisałem będzie można wsadzić między bajki. Wydaje mi się, że po prostu Doc Rivers jest zbyt przywiązany do wymienionych zawodników: Jordana, Jamala, Pierce’a i syna. Mam wrażenie, że Doc szczerze wierzy, że grając wymierającą koszykówkę 3+2 przeciwko Warriors jest w stanie ich pokonać*. Będzie oszukiwał sam siebie i oczekiwał innego rezultatu, popełniając dokładnie te same błędy, które popełnił wcześniej. Chociaż może się mylę. Twój ruch, Glenn.

*Nie twierdzę, że nie da się tak grając pokonać GSW, tylko że Clippers to się nie uda. To temat na inny wpis, ale myślę że Spurs są najbliżej by grając Grit&Grind pokonać GSW. Memphis pokazało w zeszłych playoffach, że można w ten sposób wygrywać pojedyncze mecze z Dubs. Pytanie tylko, czy jesteś w stanie zrobić to w siedmio-meczowej serii. 

środa, 25 listopada 2015

Plusy i minusy NBA (3) - Hashtag Free D'Angelo

Młodzi zawodnicy popełniają błędy. To naturalne. Gdy poszedłeś do swojej pierwszej pracy też popełniałeś błędy. Powinieneś o tym wiedzieć. Powinien o tym też wiedzieć Byron Scott. Albo i nie.

Wyobraź sobie swoją pierwszą pracę. Grasz w koszykówkę, mieszkasz w Los Angeles, na twoje mecze przychodzi szereg gwiazd, do tego możesz uczyć się zawodu od jednego z najlepszych zawodników w historii NBA. Z pozoru wszystko wygląda pięknie. Jednak twoim szefem jest osoba, której nie lubisz – wiesz że nie zasługuje na swoje stanowisko, ale tutaj jest, bo tak się składa, że kiedyś zasłużyła się dla klubu. Wiesz też, że prawdopodobnie nie będzie jej tu za rok, ale to nie jest ważne – grasz w Los Angeles, więc liczy się tu i teraz. Masz przypięty stereotyp, że to co robisz jest na już. Więcej, twoim szefem jest osoba, która deprecjonuje twoje umiejętności po kilku rozegranych meczach. 

Innymi słowy, twoim szefem jest Byron Scott.

Do czasu myślałem, że Porucznik jest niczym więcej jak maskotką, swego rodzaju gąbką, która wszystko wchłonie, bo po prostu nie chcesz by ten podejmował jakiekolwiek decyzje wiążące. Ale niespodziewanie Lakers liczą się ze zdaniem Byrona bardziej niż powinni.

Bo skoro ten sezon i tak jest spisany na straty, daj się rozwijać młodym. Daj im grać w końcówkach spotkań, niech popełniają swoje błędy, nie strasz ich że jak nie poprawią skuteczności to wylądują na ławce – nie o to chodzi. 500 cegieł D’Angelo Russella lepiej zrobi dla przyszłości Lakers niż 500 usprawiedliwionych cegieł Kobiego Bryanta – te nie prowadzą ciebie donikąd. Nie udawaj, że próbujesz wygrywać mecze, bo jeżeli tak, tym gorzej dla ciebie. Nie bądź też zdziwiony, gdy twój rookie rozgrywający nie ma takiego wpływu na drużynę, gdy:

1)gra ze skrzydłowymi, którzy nie pokazują się w obronie, a do tego potrzebują piłkę w rękach – Lou Williams, Kobe, Clarkson, Swaggy P – Russell przez to jest nikim więcej jak widzem, spot-up shooterem, który ma się dostosować.

2)nie ma w składzie wysokich, którzy mogą rozciągnąć grę i rzucić z dystansu ->nie ma miejsca pod koszem, przez co Russell ma utrudnione zadanie, by wjeżdżać pod obręcz.

Nie wiemy jakim zawodnikiem jest D’Angelo Russell w tej NBA i dopóki pewne osoby nie odejdą z tego Los Angeles, możemy się nie dowiedzieć. Wiemy tyle, że ma potencjał. Ale jak niektórzy zawodnicy czy trenerzy sprawiają, że wszyscy wokół są lepsi niż w rzeczywistości – suma większa niż liczba składników – tak Byron Scott sprawia, że jest na odwrót. Czy Byron Scott miał coś wspólnego z drugim sezonem True Detective?

Efekt Franka Kamińskiego/ Zaborczość George’a Karla
Trójka Kemba Walker-Frank Kamiński-Cody Zeller grała ostatnie 20 minut meczu z Kings i w tym czasie była +25. To jest o tyle niesamowite, że to trio wraz z Linem/Lambem/Batumem całkowicie zamordowało small-ball Sacramento, który do momentu pojawienia się na parkiecie Kamińskiego i Zellera działał świetnie. Kamiński krył Rudy’ego Gaya i z wyjątkiem jednej in-your-face trójki radził sobie nadspodziewanie dobrze w defensywie. Do tego wniósł flow w ataku, lepszy ball-movement, a Kings całkowicie gubili się na zasłonach i bezmyślnie zmieniali krycie jak np. tu, gdzie Collison zeswitchował na Kamińskiego.

George Karl próbował prawie wszystkiego – ustawienia z dwoma wysokimi, dwóch rozgrywających, small-ballu czy ultra-small-ballu, który jest jedną z głupszych decyzji trenerskich tego sezonu. W ostatnim posiadaniu Karl zdecydował się na bronienie remisu ustawieniem bez żadnego wysokiego, gdzie Rudy Gay niejako był odpowiedzialny za protekcje obręczy. Nie muszę pisać jak to się skończyło – Kemba minął Rajona Rondo, po czym wjechał pod kosz jak w masło i łatwo zdobył dwa punkty.

Nie żeby Kings w drafcie wybrali centra, który jest stworzony do gry defensywnej… Niechęć Karla do gry Willie Cauley-Steinem jest niewytłumaczalna, szczególnie w momencie, gdy – hej – musimy bronić wyniku, Boogie nie może grać przez uraz i nie mamy obrońcy obręczy. Domyślam się, że po części wynika to z archaicznego podejścia Karla, gdzie każdy rookie musi zasłużyć sobie na grę czy niech czeka na swoją szansę. Dlatego najlepiej go zgnoić, mimo że całe Sacramento krzyczy graj Willie Cauley-Steinem.

Mogliśmy narzekać, że w Sacramento nie było widać ręki trenera, ale czwarta kwarta tego meczu to mały im back George’a Karla.

Zbiórki w Milwaukee
W Milwaukee na początku sezonu szwankuje mnóstwo rzeczy i jedną z nich niezmiennie są zbiórki. Bucks w zeszłym sezonie byli siódmym najgorzej zbierającym teamem w NBA, ale wraz z przyjściem Grega Monroe miało się to zmienić. I owszem, faktycznie coś w tym względzie drgnęło, niestety w drugą stronę. Kozły są najgorzej zbierającą drużyną w lidze i to wygląda naprawdę źle. By to jakoś uzmysłowić, spójrzcie na to posiadanie.

Paul George oddaje szybką trójkę, nie trafia i piłka odbija się od obręczy. Czterech zawodników Bucks w między czasie patrzy jak piłka zręcznie pada łupem Lavoya Allena. Z tego idą łatwe punkty drugiej szansy PG. Powtórzę, nie może być tak, że czterech graczy patrzy jak Lavoy Allen – samotny Lavoy Allen – zbiera obok piłkę. Brakuje koncentracji, często brakuje siły (np. tutaj Parker nie może wyboksować Allena, chociaż tu powinien być Monroe, mając na uwadze, że Mahinmi nie nadążył za akcją) czy szwankuje ustawienie. To nie jest odosobniony przypadek i momentami Bucks wyglądają jakby nie umieli zbierać. Mając na uwadze zasięg ramion zawodników Milwaukee, ich mobilność i skoczność, nie powiem, to zaskakuje. 

Rzut z jednej nogi Mudiaya
Nie widziałem specjalnie dużo meczów Nuggets w tym sezonie, ale nie trudno zauważyć, że Emmanuel Mudiay potrafi naprawdę sporo w grze drive&kick i ma wielką łatwość w dostawaniu się pod kosz. Ale nie o tym. Moją uwagę przykuł jego komiczny rzut z jednej nogi. Coś takiego.

Podczas ataku na kosz Mudiay próbuje znaleźć sobie wolną przestrzeń i po minięciu pierwszego obrońcy decyduje się na rzut. Wyskakuje z lewej nogi, zatrzymuje się w powietrzu i prawą nogą szuka kontaktu z przeciwnikiem – próba wymuszenia faulu. Im dalej od kosza tym te akcje są trudniejsze do finiszowania, jako że rzut rozgrywającego Nuggets to póki co jeden wielki bałagan. Co lepsi obrońcy będą też po prostu oddawali pozycje rzutowe, szczególnie im właśnie dalej od kosza.

Ale tutaj widać ciąg na kosz Mudiaya, który dzięki swojemu atletyzmowi i szybkości będzie miał takich sytuacji coraz więcej. Kwestia na ile poprawi swój rzut i na ile będzie potrafił wymuszać faule, bo łatwość w kreowaniu sobie pozycji rzutowych możemy już momentami dostrzec. 

Backcourt Phoenix
Cichą historią tego sezonu jest Brandon Knight, który sprawia, że Jason Kidd po każdym treningu z Michaelem Carterem Williamsem gdzieś samotnie chlipie w kącie. To znowu ty? Knight w Phoenix znalazł swoją rolę jako shooter i może skupić się bardziej na zdobywaniu punktów. Wciąż nieźle radzi sobie w kreowaniu innych zawodników, ale nie musi robić tego przez cały mecz – tak jak to miało miejsce w Milwaukee, gdzie był głównym rozgrywającym. Ciekawa sprawa z Knightem jest taka, że ten – statystycznie – gra mniej więcej to samo co grał w Milwaukee tylko częściej rzuca, co przekłada się na jego zdobycze punktowe.

Nie powinno być jednak wątpliwości, że to Eric Bledsoe jest centralnym punktem Suns. Już możemy zaobserwować pewien jakościowy skok u combo-guarda Suns. To tylko 13 meczów, w których Bledsoe rzuca więcej trójek i zdobywa średnio o 6,2 punktów na mecz więcej (17->23.2) przy lepszej skuteczności (44,7% ->48%). He’s the man.

Duet Bledsoe-Knight w 26.9min/mecz jest tylko +2.5, ale ich współpraca wygląda coraz lepiej, bo obaj z każdym meczem robią progres. Najlepszym elementem repertuaru tej dwójki jest po prostu tzw. rzut z dupy. 

Nie możesz zostawić im centymetra przestrzeni, bo każdy z nich może zdobyć punkty praktycznie z niczego. To wymęcza przeciwnika w obronie -> nie możesz na chwilę zrelaksować się w defensywie. Świetnie się to ogląda, szczególnie gdy któryś ma swój dzień. 

Stepback Ryana Andersona
Ryan Anderson wykręca świetne cyferki na początku sezonu w Nowym Orleanie i może zdobywać punkty na szereg sposobów. Jest czymś więcej niż tylko trójką z dystansu. Tak jak tutaj, gdzie wykorzystuje swoją przewagę fizyczną nad niższym PJ Tuckerze. 

Anderson dostaje piłkę na dystansie, wykonuje zwód, odbija się od przeciwnika, kroczek do tyłu, oddaje rzut i myk. Dużą rzeczą w tej akcji jest to, że Tucker zrobił wszystko dobrze – nie zostawił miejsca na trójkę, krył blisko i nisko na nogach. Ale stepback Ryana Andersona jest jak kebab o 2 nad ranem w drodze powrotnej z melanżu. Money

Dziękuje za przeczytanie.