Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Los Angeles Clippers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Los Angeles Clippers. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 marca 2017

Złote czasy rzutu za trzy

Patrick Beverley odegrał piłkę do Erica Gordona, po czym szybkim ruchem wybiegł do prawego rogu, otrzymał podanie zwrotne i oddał całkowicie niepilnowaną trójkę. Trafił. Na zegarze widniało półtorej minuty do końca trzeciej kwarty, a Houston Rockets prowadzili w Staples Center z Los Angeles Clippers już 28 punktami. Po meczu. Co więcej, trafienie rozgrywającego 3. drużyny zachodu było 20 celną trójką Rakietek w środowym spotkaniu. Występ podopiecznych Mike’a D’Antoniego można uznać za stempel zmian jakie przechodzi liga, nastawienia na jak największą liczbę rzutów za 3, pod przywództwem jej największych rewolucjonistów.
W historii NBA było do tej pory 39 spotkań, w których jedna z drużyn trafiła co najmniej 20 trójek. 9 z nich należy do Rockets w tym sezonie, czyli dokładnie tyle samo ile w zeszłych rozgrywkach uzbierały wszystkie zespoły. By w LA dobrnąć do okrągłej dwudziestki, Houston potrzebowało zaledwie 37 rzutów w niecałe 35 minut gry. To oznacza, że każda trójka – nieważne czy celna – złożyła się średnio na 1,62 punktu na rzut. Czysta ekonomia, mając na uwadze – upraszczając – że na 60 punktów, przy podobnej skuteczności (54%), musiałoby złożyć się około 55 dwójek. Natomiast zachowując proporcję – punkt/ rzut – należałoby przyjąć, że aby odnaleźć podobną efektywność, trzeba by było po prostu trafić 80% oddawanych rzutów za dwa.
Nawet jeżeli najpewniejszy sposób zdobywania punktów pochodzi tuż spod kosza – lay-upy/ wsady – to wciąż niemal niemożliwym jest odpowiedzieć na klinikę jaką przeprowadzili Rockets na Clippers. Średnia zdobywanych punktów na rzut z Restricted Area w tym sezonie wynosi 1,22, dla najlepszej drużyny w tym aspekcie – Golden State Warriors – to nadal „tylko” 1,36 – wciąż mniej niż 1,62 za 3 Rakietek przez trzy kwarty w Staples Center. Coraz większa liczba trójek w meczach to pewne ryzyko dla ligi, że każdy będzie chciał grać w ten sam sposób. Czysta matematyka, z którą trudno będzie wygrać, szczególnie, że z każdym rokiem do NBA – przez wymagania i standardy – będą przychodzić jeszcze lepsi strzelcy z dystansu.
Coraz częściej możemy spotkać się z sytuacją, w której zawodnik decyduje się na zrezygnowanie z niemal pewnego lay-upu na rzecz 3 z rogu i choć na twarzach części z nas pojawia się grymas, to z analitycznego punktu widzenia zdarza się, że nie zawsze jest to złe rozwiązanie. Spójrz na poniższy, nie aż tak ekstremalny przykład, gdzie Kyrie Irving ma bardzo dobrą okazję do zdobycia łatwych punktów spod obręczy, lecz wybiera rozrzucenie piłki do niepilnowanego Kyle’a Korvera w rogu.
Korver w tym sezonie z lewego rogu trafił 23 z 38 rzutów, co w przełożeniu daje absurdalne 1,82 punktu na rzut. Irving z Restricted Area zdobywa średnio 1,09 punktu i choć było ogromne prawdopodobieństwo, że rozgrywający Cavs trafi ze swojej pozycji, to jego decyzję można usprawiedliwić. Warto również zaznaczyć, że mistrz NBA jest jedną z kilku drużyn, która z jednego z rogów – w tym wypadku lewego – jest efektywniejsza niż tuż spod kosza. Każdy rzut za 3 z lewej strony przekłada się na najlepsze w lidze 1,38 punktu – z RA jest to 1,27.
Właściwy wybór związany jest z niebywałą koszykarską inteligencją, szybkim przełożeniem konkretnej sytuacji boiskowej na rzecz korzystniejszego rozwiązania dla zespołu. W tym szaleństwie należy zachować umiar – wiedzieć, kto czeka z boku, żeby oddanie pewnych punktów nie prowadziło do niezrozumiałego ryzyka, jak choćby na poniższym przykładzie, gdzie niepilnowany pod koszem Nene, pozbywa się piłki na rzecz Coreya Brewera (33% za 3, 31% z prawego rogu), który popisuje się airballem.
Od kilku lat zmienia się pojęcie dobrego rzutu. Łatwo dojść do wniosku, że trójki – szczególnie te z rogów – to znakomite pozycje, a rzuty z półdystansu, czy nawet paint (bez RA) już niekoniecznie. W NBA jest tylko jedna drużyna – Dallas Mavericks – która z pomalowanego/ mid-range zdobywałaby więcej punktów na rzut niż jakikolwiek klub z dowolnego miejsca za 3. Średnio jeden rzut Mavs z pomalowanego to 0,95 punktu (2. wynik wynosi 0,9) i gorszy rezultat za 3 osiągają tylko Orlando Magic (0,91 z prawego rogu), Chicago Bulls (0,9 ze szczytu) i Brooklyn Nets (0,95 z lewego rogu). W tych obliczeniach jest pewna luka – nie są uwzględnione rzuty wolne po akcjach „and-one”, lecz nawet po ich zsumowaniu trudno oczekiwać znaczącego wzrostu w efektywności zwyczajnie nieefektywnych rzutów.
Pojawia się korelacja między liczbą oddawanych przez zespół trójek, a jego wynikami – 4 z 5 najlepszych pod tym względem drużyn należy do top5 NBA. Wyjątkiem są San Antonio Spurs, którzy plasują się na 3. miejscu wśród prób z półdystansu i 27. w rzutach za 3, lecz Ostrogi są wyjątkowo skuteczne na dystansie: najlepsza efektywność w trójkach ze szczytu (1,18 punktu na rzut – średnia 1,06) i 6. pozycja z poszczególnych rogów (1,31 z lewego, 1,18 z prawego). Podopieczni Gregga Popovicha należą obok Golden State Warriors do zespołu, który w każdym z sześciu elementów – RA, paint, mid-range, 2x corner 3 i trójki ze szczytu – osiąga wynik powyżej średniej.
Jeszcze większą korelację widać przy bezpośredniej efektywności poszczególnych klubów za 3 – z 12 najskuteczniejszych z dystansu zespołów tylko Milwaukee Bucks znajduje się obecnie poza play-offami. Tutaj dochodzi wspomniana wcześniej standaryzacja. Po pierwsze: istnieje duże ryzyko, że każdy będzie chciał grać w ten sam sposób; po drugie: pewni zawodnicy (nawet pewien styl gry drużyn) mogą zostać wypchnięci spoza ligi. Trudno walczyć z trendem, który działa i w większości przypadków przekłada się bezpośrednio na wyniki: inaczej, przy wyrównanych umiejętnościach, trudno postawić się matematyce – będą zdarzać się wyjątki, gdy w zetknięciu stylów gry wygra old-schoolowy, lecz na 100 takich przypadków zwycięży analityka.
Jednak sam zamysł nowoczesnej gry nie wystarczy, potrzebni są także odpowiedni wykonawcy, czego dowodem mogą być Brooklyn Nets. Kenny Atkinson wraz z GM-em Seanem Marksem starają się wprowadzić moreyballowy system z naciskiem na 3 (4. miejsce) i ograniczeniem prób z półdystansu (29.). Posiadania Nets zdarzają się kończyć w ten sposób, gdy żaden z zawodników nie przekracza nawet linii za 3:
Problem polega na tym, że ograniczeń w umiejętnościach poszczególnych koszykarzy nie da się oszukać – najgorsza drużyna w NBA jest nieefektywna w teoretycznie najlepszych rzutach: ostatnie miejsce w punktach na rzut z lewego rogu, 20. pozycja z prawego, 23. ze szczytu i 26. tuż pod koszem. Przy nastawieniu na półdystans, Nets mogliby przy takim składzie nie mieć nawet tych 9 zwycięstw: nikt nie zdobywa mniej punktów na rzut z mid-range niż Brooklyn. Jedyny jasny punkt to punkty z paint: 11. efektywność przy 12. miejscu pod względem oddawanych rzutów z tej strefy. Więc nawet, gdy znajdzie się słuszny schemat, potrzebny jest odpowiedni personel, a przy możliwościach Nets: czas.
Swoją drogą, Billy King, główny winowajca obecnej sytuacji na Brooklynie, cztery lata temu z jednej strony przewidział, że Brook Lopez w końcu zacznie regularnie oddawać trójki, z drugiej: był na tyle przeciwny trójkowej rewolucji, że optował za całkowitym zakazem oddawania rzutów z dystansu przez drużyny licealne, tak by młodzi zawodnicy skupili się na rozwoju gry z mid-range.
Czas jest także potrzebny, by zespoły mogły w pełni przenieść się na moreyball: w lidze nie ma wystarczającej liczby strzelców dla wszystkich, czołówka jest zmonopolizowana przez najlepszych. Jednak każdy kolejny sezon pokazuje, że NBA zmierza w kierunku życia na dystansie. Phoenix Suns Mike’a D’Antoniego i Steve’a Nasha oddawali 25,6 trójki na mecz w sezonie 05/06 i to było jak na tamte czasy dużo. Z takim wynikiem zespół z Arizony plasowałby się w trwających rozgrywkach na 19. miejscu ex aequo z Magic i Knicks.
Panuje boom, który zatrzymać mogłaby np. niemal nierealna zmiana przepisów, by rzut z rogu był liczony za 2 (ewentualnie choćby 2,5 punktu) lub równie trudna do znalezienia przeciwwaga dla trójek. Pytanie, czy w widocznej transformacji istnieje granica. Każdy mecz Rockets, ich nastawienie mówiące „z naszym stylem gry możemy rzucić więcej punktów od dowolnego przeciwnika”, wskazuje, że nie. Bo mogą mieć rację.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Poradnik Pozytywnego Myślenia

Kwestią póki co nierozwiązywalną jest odpowiedź na Draymonda Greena grającego jako fałszywy center. Jego unikalny skillset sprawia, że jest drugim najważniejszym graczem Warriors. Bo jak skontrować gościa, który grając jako piątka podaje i sieka trójki lepiej niż niejeden guard, a do tego może kryć zarówno rozgrywających, jak i najlepszych podkoszowych.

Warriors grając na papierze 4-out basketball – czterech skrzydłowych i jeden wysoki – de facto grają w ataku 5-out basketball z pięcioma snajperami, nie tracąc przy tym na obronie. Dlatego tak cenny będzie Anthony Davis (duh) i dlatego też w każdym momencie wybrałbym Karla Townsa i Kristapsa Porzingisa nad Jahlilem Okaforem.

Być może, jak pisał Zach Lowe, liga próbuje kopiować model, którego skopiować się nie da. Po prostu w NBA zawodników mogących pełnić funkcję Greena można policzyć na palcach jednej ręki. Do tego poszczególne drużyny nie posiadają wystarczająco wielu dobrych skrzydłowych, by grać tak nowoczesną koszykówkę. Gdy już spełnisz te warunki może zabraknąć ci szczęścia, zdrowia czy umiejętności by pokonać Dubs.

Ale zdając sobie sprawę z problemu masz dwie podstawowe opcje. Możesz tłamsić go i kontynuować robienie czegoś w kółko i kółko źle, oszukując siebie, że przyniesie to inny rezultat niż poprzednio. Możesz też, właściwie, zaakceptować trudności i przynajmniej spróbować znaleźć ich rozwiązanie.  

Więc którą opcję wybierze Doc Rivers?

Clippers mają problem. Nie wydostaną się z zachodu nie pokonując w playoffach Golden State Warriors, na których nie mają żadnego rozwiązania. Oczywiście, na Warriors sposobu nie ma nikt i nie wiadomo czy w najbliższym czasie ktoś go w ogóle znajdzie. Z tym, że potentaci – Spurs, Cavs, Thunder, Porzingis – jeszcze nie mieli sposobności grać z Gwiazdą Śmierci NBA. Clippers natomiast starli się z Dubs już dwukrotnie i były to naprawdę dwa mocne ostrzegawcze ciosy po nerach. Ale z każdej porażki da się wynieść lekcję. Bo rzecz w tym, że jeżeli nie znajdziesz optymalnego ustawienia przeciwko small-ballowi Warriors to zostaniesz rozjechany. Półśrodki w tym wypadku nie zadziałają. 

Spróbuję odpowiedzieć na pytanie co Clippers mogą zrobić by rzucić rękawicę Warriors. Nie twierdzę, że przyniosłoby to jakiś inny rezultat – Warriors są po prostu jeszcze lepsi niż sezon temu. Uważam jednak, że Clippers muszą poszukać czegoś nowego, bo w tradycyjny sposób nie są w stanie pokonać Warriors.

To na czym stoją Clippers?

1. Nie ma specjalnie możliwości by gra dwoma wysokimi – Blake Griffin i DeAndre Jordan – przeciwko small-ballowi Warriors była w którymś momencie opłacalna. DeAndre nie może zaoferować niczego kreatywnego w ataku, dzięki czemu Warriors bez szwanku mogą wrzucić Barnesa na Jordana. Mogą też dzięki temu podwajać Blake’a Griffina i odcinać mu możliwości do podań.
Podwojenie Blake’a i zamknięcie passing lanes przez obronę Warriors. Jamal stoi niepilnowany w rogu, ale nie ma możliwości by Blake mu tam podał. Akcja kończy się nietrafionym rzutem Griffina, który wymusiła defensywa GSW.
Przy trzech strzelcach i jednym DeAndre, Blake ma utrudnione zadanie by wydostać się z podwojeń. Bo jeśli uda mu się przekazać piłkę Jordanowi do post, to ten jest niegroźny, głównie dlatego, że na swoim koncie ma więcej wykiwań Marka Cubana niż ruchów tyłem do kosza. Przy czterech snajperach jest to trochę łatwiejsze – Warriors przeciwko Pistons, podwajali momentami Drummonda w post, chcąc tym samym na słabym podającym wymusić straty. Ale w kilku sytuacjach centrowi Tłoków udawało się znaleźć otwartego kolegę z drużyny (3 razy, jego career high asyst to 4).

Blake jest nieporównywalnie lepszym podającym i być może Warriors stanęliby wtedy przed dylematem – zostawić Blake’a 1v1 czy podwajać go, tym samym zostawiając na dystansie wolnego strzelca.

Dodatkowo Jordan jest wolny w obronie. To sprawia, że przy pick and rollach granych między 1 a 5 (Curry-Green) zostawia Curry’ego całkowicie niekrytego. And that’s just turrible, Kjenny.

Z DeAndre kwestia jest też taka, że nie robi aż tak dużej różnicy na ofensywnej tablicy jak można by się spodziewać. A to byłby właśnie główny argument za tym by trzymać Jordana na parkiecie. Ponownie Zach Lowe: „Jeżeli drużyna grająca wysoko walczy o zbiórkę ofensywną, ale niczego nie osiąga, to drużyna grająca nisko wychodzi z kontrą 5v3” i jest to coś co też mogliśmy zaobserwować w 4kwarcie pojedynku Clippers-Warriors.

(Może pick and rolle grane między Griffinem a Jordanem miałby sens, nie wiem -> coś ala Josh Smith i Dwight Howard z zeszłych playoffów.)

2. Musisz zrezygnować z gry Jamalem Crawfordem i Paulem Piercem. Są za starzy i po prostu nie nadążają w obronie za szybkimi skrzydłowymi Warriors. Zastanowiłbym się też nad Austinem Riversem, który jest po prostu słabym koszykarzem. Nie ma opcji byś grał nim po 25 minut i kończył spotkania, jeżeli syn trenera będzie trafiał na 24% skuteczności za 3.

3. Clippers mają też problem z pozycją niskiego skrzydłowego. Odbiegając od Warriors, można mówić, że drużyna z Los Angeles nie ma stopera na Durantów i LeBronów tej ligi, ale hej – HEJ – Clippers nie mogą zatrzymać – niczego nie umniejszając – Haywardów NBA. Match-upując się każda lepiej wyszkolona trójka jest w stanie skarcić Clippers. Skrzydłowy Jazz w Staples Center zdobył 14 punktów w 4 kwarcie i tak wyglądał departament obrony Doca Riversa: 2+1 na CP3, 2+1 na Reddicku i 2 trafione rzuty przeciwko synowi trenera. Łatwo zauważyć, że wszystkie punkty Hayward zdobył przeciwko niskim guardom. Tutaj pojawia się moje pytanie: dlaczego Doc nie gra Stephensonem/ Johnsonem? Obaj są kluczowi dla powodzenia tego sezonu Clippers, o ile GM Doc nie znajdzie jakiejś rekompensującej wymiany.

4. Już tłumaczę dlaczego. Po pierwsze, kolejnym z mankamentów Clippers, coś co ich nieraz zaboli w tym sezonie, to brak w składzie tweenera między trójką a czwórką do niskich ustawień. Zawodnika typu Tobias Harris, DeMarre Carroll czy Danilo Gallinari, chociaż myślę, że w obecnych okolicznościach i Marcus Morris by się nadał. Paradoksalnie może okazać się, że Clippers zaboli brak Matta Barnesa. Ich najlepszym strzałem w tym momencie jest Lance Stephenson, który ma warunki by grać jako 4 w ustawieniu z jednym wysokim i czterema skrzydłowymi.

Takie ustawienie wykorzystywali w zeszłych playoffach Pelicans z Davisem na centrze i choć przegrali wyraźnie 4-0, to pojedyncze mecze były bardziej wyrównane niż wskazywałby wynik serii. Drużyny pokroju Cavs, Thunder, Pacers czy Spurs mogą spróbować zagrać nawet z samymi skrzydłowymi, kolejno z LeBronem, Durantem, PG, Leonardem na teoretycznym centrze, który w praktyce byłby tylko z nazwy. Pytaniem nie jest jak nisko możesz zejść, tylko kiedy to nastąpi. Clippers nie mają luksusu by tak grać, bo Blake Griffin grać musi. Poza tym nie dysponują tyloma dobrymi skrzydłowymi.

To prowadzi do tego, że najlepszy line-up Clippers by skontrować smallball Warriors to moim zdaniem:

Chris Paul – J.J. Redick – Wesley Johnson – Lance Stephenson – Blake Griffin

(Ewentualnie możesz wstawić Josha Smitha zamiast Lance’a, ale ten drugi jest lepszym obrońcą jeden na jednego – to przeważyło).

Blake być może nie ma takiego zasięgu rzutu jak Draymond Green, ale jest w stanie wypełnić pozostałe funkcje – grać twardą obronę w playoffowej serii, wyjść z kontrą i zapewnić świetny przegląd pola. Nie byłby też tak bezużyteczny jak DeAndre przy bronionych pick and rollach między Currym a Greenem, z którymi już radził sobie przyzwoicie. Dodatkowo miałby w końcu więcej miejsca, o ile Lance – myślenie życzeniowe – mógłby wejść w jednego buta Andre Iguodali i trafiać czyste trójki. Jego spacing mógłby nie być takim problemem, bo pozostała czwórka operowałaby na całej szerokości parkietu. Clippers mogliby spróbować gry na Austina Riversa—Redicka—Wesleya Johnsona, ale tutaj zabrakłoby nieco siły i wzrostu w obronie.

Ale wiecie co? Może się okazać, że wszystko co powyżej napisałem będzie można wsadzić między bajki. Wydaje mi się, że po prostu Doc Rivers jest zbyt przywiązany do wymienionych zawodników: Jordana, Jamala, Pierce’a i syna. Mam wrażenie, że Doc szczerze wierzy, że grając wymierającą koszykówkę 3+2 przeciwko Warriors jest w stanie ich pokonać*. Będzie oszukiwał sam siebie i oczekiwał innego rezultatu, popełniając dokładnie te same błędy, które popełnił wcześniej. Chociaż może się mylę. Twój ruch, Glenn.

*Nie twierdzę, że nie da się tak grając pokonać GSW, tylko że Clippers to się nie uda. To temat na inny wpis, ale myślę że Spurs są najbliżej by grając Grit&Grind pokonać GSW. Memphis pokazało w zeszłych playoffach, że można w ten sposób wygrywać pojedyncze mecze z Dubs. Pytanie tylko, czy jesteś w stanie zrobić to w siedmio-meczowej serii.