Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Golden State Warriors. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Golden State Warriors. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 marca 2017

Złote czasy rzutu za trzy

Patrick Beverley odegrał piłkę do Erica Gordona, po czym szybkim ruchem wybiegł do prawego rogu, otrzymał podanie zwrotne i oddał całkowicie niepilnowaną trójkę. Trafił. Na zegarze widniało półtorej minuty do końca trzeciej kwarty, a Houston Rockets prowadzili w Staples Center z Los Angeles Clippers już 28 punktami. Po meczu. Co więcej, trafienie rozgrywającego 3. drużyny zachodu było 20 celną trójką Rakietek w środowym spotkaniu. Występ podopiecznych Mike’a D’Antoniego można uznać za stempel zmian jakie przechodzi liga, nastawienia na jak największą liczbę rzutów za 3, pod przywództwem jej największych rewolucjonistów.
W historii NBA było do tej pory 39 spotkań, w których jedna z drużyn trafiła co najmniej 20 trójek. 9 z nich należy do Rockets w tym sezonie, czyli dokładnie tyle samo ile w zeszłych rozgrywkach uzbierały wszystkie zespoły. By w LA dobrnąć do okrągłej dwudziestki, Houston potrzebowało zaledwie 37 rzutów w niecałe 35 minut gry. To oznacza, że każda trójka – nieważne czy celna – złożyła się średnio na 1,62 punktu na rzut. Czysta ekonomia, mając na uwadze – upraszczając – że na 60 punktów, przy podobnej skuteczności (54%), musiałoby złożyć się około 55 dwójek. Natomiast zachowując proporcję – punkt/ rzut – należałoby przyjąć, że aby odnaleźć podobną efektywność, trzeba by było po prostu trafić 80% oddawanych rzutów za dwa.
Nawet jeżeli najpewniejszy sposób zdobywania punktów pochodzi tuż spod kosza – lay-upy/ wsady – to wciąż niemal niemożliwym jest odpowiedzieć na klinikę jaką przeprowadzili Rockets na Clippers. Średnia zdobywanych punktów na rzut z Restricted Area w tym sezonie wynosi 1,22, dla najlepszej drużyny w tym aspekcie – Golden State Warriors – to nadal „tylko” 1,36 – wciąż mniej niż 1,62 za 3 Rakietek przez trzy kwarty w Staples Center. Coraz większa liczba trójek w meczach to pewne ryzyko dla ligi, że każdy będzie chciał grać w ten sam sposób. Czysta matematyka, z którą trudno będzie wygrać, szczególnie, że z każdym rokiem do NBA – przez wymagania i standardy – będą przychodzić jeszcze lepsi strzelcy z dystansu.
Coraz częściej możemy spotkać się z sytuacją, w której zawodnik decyduje się na zrezygnowanie z niemal pewnego lay-upu na rzecz 3 z rogu i choć na twarzach części z nas pojawia się grymas, to z analitycznego punktu widzenia zdarza się, że nie zawsze jest to złe rozwiązanie. Spójrz na poniższy, nie aż tak ekstremalny przykład, gdzie Kyrie Irving ma bardzo dobrą okazję do zdobycia łatwych punktów spod obręczy, lecz wybiera rozrzucenie piłki do niepilnowanego Kyle’a Korvera w rogu.
Korver w tym sezonie z lewego rogu trafił 23 z 38 rzutów, co w przełożeniu daje absurdalne 1,82 punktu na rzut. Irving z Restricted Area zdobywa średnio 1,09 punktu i choć było ogromne prawdopodobieństwo, że rozgrywający Cavs trafi ze swojej pozycji, to jego decyzję można usprawiedliwić. Warto również zaznaczyć, że mistrz NBA jest jedną z kilku drużyn, która z jednego z rogów – w tym wypadku lewego – jest efektywniejsza niż tuż spod kosza. Każdy rzut za 3 z lewej strony przekłada się na najlepsze w lidze 1,38 punktu – z RA jest to 1,27.
Właściwy wybór związany jest z niebywałą koszykarską inteligencją, szybkim przełożeniem konkretnej sytuacji boiskowej na rzecz korzystniejszego rozwiązania dla zespołu. W tym szaleństwie należy zachować umiar – wiedzieć, kto czeka z boku, żeby oddanie pewnych punktów nie prowadziło do niezrozumiałego ryzyka, jak choćby na poniższym przykładzie, gdzie niepilnowany pod koszem Nene, pozbywa się piłki na rzecz Coreya Brewera (33% za 3, 31% z prawego rogu), który popisuje się airballem.
Od kilku lat zmienia się pojęcie dobrego rzutu. Łatwo dojść do wniosku, że trójki – szczególnie te z rogów – to znakomite pozycje, a rzuty z półdystansu, czy nawet paint (bez RA) już niekoniecznie. W NBA jest tylko jedna drużyna – Dallas Mavericks – która z pomalowanego/ mid-range zdobywałaby więcej punktów na rzut niż jakikolwiek klub z dowolnego miejsca za 3. Średnio jeden rzut Mavs z pomalowanego to 0,95 punktu (2. wynik wynosi 0,9) i gorszy rezultat za 3 osiągają tylko Orlando Magic (0,91 z prawego rogu), Chicago Bulls (0,9 ze szczytu) i Brooklyn Nets (0,95 z lewego rogu). W tych obliczeniach jest pewna luka – nie są uwzględnione rzuty wolne po akcjach „and-one”, lecz nawet po ich zsumowaniu trudno oczekiwać znaczącego wzrostu w efektywności zwyczajnie nieefektywnych rzutów.
Pojawia się korelacja między liczbą oddawanych przez zespół trójek, a jego wynikami – 4 z 5 najlepszych pod tym względem drużyn należy do top5 NBA. Wyjątkiem są San Antonio Spurs, którzy plasują się na 3. miejscu wśród prób z półdystansu i 27. w rzutach za 3, lecz Ostrogi są wyjątkowo skuteczne na dystansie: najlepsza efektywność w trójkach ze szczytu (1,18 punktu na rzut – średnia 1,06) i 6. pozycja z poszczególnych rogów (1,31 z lewego, 1,18 z prawego). Podopieczni Gregga Popovicha należą obok Golden State Warriors do zespołu, który w każdym z sześciu elementów – RA, paint, mid-range, 2x corner 3 i trójki ze szczytu – osiąga wynik powyżej średniej.
Jeszcze większą korelację widać przy bezpośredniej efektywności poszczególnych klubów za 3 – z 12 najskuteczniejszych z dystansu zespołów tylko Milwaukee Bucks znajduje się obecnie poza play-offami. Tutaj dochodzi wspomniana wcześniej standaryzacja. Po pierwsze: istnieje duże ryzyko, że każdy będzie chciał grać w ten sam sposób; po drugie: pewni zawodnicy (nawet pewien styl gry drużyn) mogą zostać wypchnięci spoza ligi. Trudno walczyć z trendem, który działa i w większości przypadków przekłada się bezpośrednio na wyniki: inaczej, przy wyrównanych umiejętnościach, trudno postawić się matematyce – będą zdarzać się wyjątki, gdy w zetknięciu stylów gry wygra old-schoolowy, lecz na 100 takich przypadków zwycięży analityka.
Jednak sam zamysł nowoczesnej gry nie wystarczy, potrzebni są także odpowiedni wykonawcy, czego dowodem mogą być Brooklyn Nets. Kenny Atkinson wraz z GM-em Seanem Marksem starają się wprowadzić moreyballowy system z naciskiem na 3 (4. miejsce) i ograniczeniem prób z półdystansu (29.). Posiadania Nets zdarzają się kończyć w ten sposób, gdy żaden z zawodników nie przekracza nawet linii za 3:
Problem polega na tym, że ograniczeń w umiejętnościach poszczególnych koszykarzy nie da się oszukać – najgorsza drużyna w NBA jest nieefektywna w teoretycznie najlepszych rzutach: ostatnie miejsce w punktach na rzut z lewego rogu, 20. pozycja z prawego, 23. ze szczytu i 26. tuż pod koszem. Przy nastawieniu na półdystans, Nets mogliby przy takim składzie nie mieć nawet tych 9 zwycięstw: nikt nie zdobywa mniej punktów na rzut z mid-range niż Brooklyn. Jedyny jasny punkt to punkty z paint: 11. efektywność przy 12. miejscu pod względem oddawanych rzutów z tej strefy. Więc nawet, gdy znajdzie się słuszny schemat, potrzebny jest odpowiedni personel, a przy możliwościach Nets: czas.
Swoją drogą, Billy King, główny winowajca obecnej sytuacji na Brooklynie, cztery lata temu z jednej strony przewidział, że Brook Lopez w końcu zacznie regularnie oddawać trójki, z drugiej: był na tyle przeciwny trójkowej rewolucji, że optował za całkowitym zakazem oddawania rzutów z dystansu przez drużyny licealne, tak by młodzi zawodnicy skupili się na rozwoju gry z mid-range.
Czas jest także potrzebny, by zespoły mogły w pełni przenieść się na moreyball: w lidze nie ma wystarczającej liczby strzelców dla wszystkich, czołówka jest zmonopolizowana przez najlepszych. Jednak każdy kolejny sezon pokazuje, że NBA zmierza w kierunku życia na dystansie. Phoenix Suns Mike’a D’Antoniego i Steve’a Nasha oddawali 25,6 trójki na mecz w sezonie 05/06 i to było jak na tamte czasy dużo. Z takim wynikiem zespół z Arizony plasowałby się w trwających rozgrywkach na 19. miejscu ex aequo z Magic i Knicks.
Panuje boom, który zatrzymać mogłaby np. niemal nierealna zmiana przepisów, by rzut z rogu był liczony za 2 (ewentualnie choćby 2,5 punktu) lub równie trudna do znalezienia przeciwwaga dla trójek. Pytanie, czy w widocznej transformacji istnieje granica. Każdy mecz Rockets, ich nastawienie mówiące „z naszym stylem gry możemy rzucić więcej punktów od dowolnego przeciwnika”, wskazuje, że nie. Bo mogą mieć rację.

piątek, 2 grudnia 2016

Najlepszy mecz sezonu. Sam Dekker!

Warriors - Rockets było najlepszym starciem tego sezonu do tej pory, więc jeżeli nie widziałeś meczu przerwij czytanie i włącz w wolnej chwili to widowisko, nie zawiedziesz się.
Sam Dekker zagrał tak dobrze przeciwko Warriors, że postanowiłem o tym napisać. Drugoroczniak miał kilka kluczowych akcji, które pozwoliły Rockets odnieść najbardziej spektakularne zwycięstwo w sezonie regularnym od… chyba bożonarodzeniowego meczu z San Antonio Spurs.
Choć tempo meczu było szalone, to Rockets na 100 posiadań generowali tylko 103,8 punktu. Ważną rolę w wygranej odegrała obrona, bo z drugiej strony Houston tracili 102,2 punktu na 100 posiadań – lepiej niż ich średnia (107.2/100). Rakietki mają w składzie kilku dobrych indywidualnie obrońców, nawet James Harden jak na siebie wygląda nie najgorzej – z pojedynczego vine’a można udowodnić każdą tezę. Defensywny Real Plus Minus (wpływ na defensywę danego zawodnika liczony na 100 posiadań) Brody wynosi -0.72. Dla porównania: DRPM Curry’ego -0.93, Westbrooka -1.11, Kyriego -2.02, a Lillarda -2,60. Ale do rzeczy.
Rockets wykorzystywali przez nieco ponad 8 minut ustawienie Harden-Gordon-Ariza-Dekker-Anderson, które było +8. Zdarzało się, że piłka – po zużyciu prawie całego czasu na akcję – nawet nie opuszczała dystansu. Wszystko odbywało się wzdłuż linii za 3 i to mogło Houston zgubić, szczególnie gdy w kluczowych momentach rzuty przestały wpadać. Rockets byli jak mem z Kermitem, gdzie rozsądek podpowiada „możemy rzucać także za 2, otworzyły się driving-lanes”, a podświadomość sugeruje „ciii, dalej bombardujemy rywala trójkami”.
Wspomniane ustawienie było o tyle zaskakujące, że Dekker funkcjonował jako swego rodzaju wolny strzelec i wcielił się w rolę Motrezla Harrella (także świetnego w tym meczu), zastawiając deskę, czy ścinając do kosza. Dekker miał absolutnie kluczową ofensywną zbiórkę na 1:30 do końca dogrywki, gdy zebrał piłkę i chwilę później odegrał na trójkę dla Erica Gordona.
Drugoroczniak miał łącznie 8 zbiórek, w tym 4 na deskach rywala (co jest trochę przekłamaniem, bo dwie były po pudłach z bliska w jednej akcji). Houston było blisko, by niebezpieczeństwo, które generuje swoim spacingiem wprowadziło ich w kłopoty. Czy Anderson wcześniej oddał dobry rzut? Dekker umiejętnie urwał się do obręczy, przez co był niepilnowany, ale tak grają Rockets – szczególnie w końcówkach, za wszelką cenę szukając trójek, co często odbija się czkawką na Rakietkach (22. miejsce w fg% w clutch). Obrona Warriors właśnie te rzuty chciała odcinać, podwajając strzelców, przez co drugoroczniak stał się wolny w tej akcji, a w dalszej perspektywie nie miał kto zastawić deski. Draymond Greena krył Andersona na dystansie i w rezultacie Klay Thompson musiał zostawić Gordona na linii za 3, by przepychać się o zbiórkę z Dekkerem. Na doskok do zawodnika Rockets było już za późno.
Reggie Miller krzyczał, by Houston szukało gry bliżej kosza i w tej kanonadzie trójek, Rockets kilka razy zaskoczyli w ten sposób Warriors. Bo jak wspominałem, driving-lanes często były wolne, wystarczyło – jak to prosto brzmi – w nie zagrać, poszukać ścinającego do kosza zawodnika. Tak jak tutaj, gdy Dekker wykorzystuje, że desygnowany mu Durant skupia swoją uwagę na Hardenie. Zobacz kto broni kosza w Warriors (rywal trafia 41,7%, gdy KD broni obręczy).

To jeszcze jedna sytuacja, gdzie przytomne ścięcie Dekkera pozwoliło Rockets na zdobycie punktów. Widać jak agresywnie Warriors doskakują do strzelców na dystansie, starają się ich natychmiastowo podwajać, ale ruchem piłki gości udało się znaleźć dobrą pozycję do rzutu. Warto zwrócić uwagę, że drugoroczniak był wolny już wcześniej, a nieustannie switchująca defensywa GSW doprowadziła do sytuacji, gdzie Curry kończy na Dekkerze.
Sam Dekker w systemie Mike’a D’Antoniego wygląda zaskakująco dobrze. W zeszłym sezonie zaliczył przecież łącznie 6 minut w NBA, w których miał zbiórkę i przechwyt. Teraz gra prawie po 18 minut – w ostatnich 2 meczach dostał 27 i 26 minut – i notuje średnio 6 punktów, 3.7 zbiórki, 1.1 asysty, trafiając 49,5% swoich rzutów i 42,5% za 3. Robi małe rzeczy, które podnoszą wartość zespołu, tak jak z Warriors, gdzie jego walka zaprocentowała w decydujących posiadaniach meczu. Będzie dobrym zadaniowcem, takim co trafi trójkę, zetnie do kosza, powalczy na tablicach, czy zapracuje w obronie. W Houston więcej nie potrzeba.

wtorek, 22 listopada 2016

Plusy i Minusy (3) - Łapanie lobów z Clintem Capelą

Prawdopodobnie największym wygranym przesunięcia Jamesa Hardena na pozycję pełnoprawnego rozgrywającego jest Clint Capela. 22-letni center wytworzył sobie znakomitą chemię z liderem Rockets. W końcu, każdy Chewbacca potrzebuje swojego Hana Solo. Harden rzuca loby, a Capela pakuje je z góry. Nic prostszego.
Houston Rockets grają zasadniczo nieskomplikowaną koszykówkę. Znajdź gwiazdę, otocz ją trzema strzelcami za 3 i wysokim, biegającym od kosza do kosza, kończącym podania z góry i broniącym obręczy. Wyłączasz w ten sposób nieefektywne w kanciapach ludzi z kartką i ołówkiem rzuty z półdystansu, a skupiasz się wyłącznie na więcej wartych trójkach i mało ryzykownych punktach tuż spod kosza. Może wydawać się, że ten mocno analityczny styl gry wyłącza wszelką zabawę z piękna sportu, ale Capela i przede wszystkim Harden sprawili, że oglądanie koszykówki Rockets przynosi dużo przyjemności.
Duet Harden&Capela na 100 posiadań zdobywa dobre 114,4 punktu, a traci można z tym żyć 102,6. Na 58 asystowanych trafień szwajcarskiego centra, aż 41 kończących podań pochodziło od Brody. Jednym z najbardziej imponujących zagrań tej dwójki są podania Jamesa Hardena niemal z połowy parkietu do latającego nad obręczą Capeli. Naprawdę niewielu zawodników w lidze byłoby w stanie dograć piłkę z równie ogromną precyzją, z tak dużej odległości. Szalenie efektywne, a przy tym niesamowicie efektowne.
Przy uwalnianiu się Capeli widoczny jest schemat. Jeden ze strzelców Rockets stoi w rogu, Harden kozłuje przy linii środkowej, a trójka pozostałych zawodników wykonuje małą zagrywkę bez piłki. W sytuacji 3vs3 ważne jest to jak uwalnia się Szwajcar. Ryan Anderson rozbiega się na dystans, tym samym wyciągając swojego obrońcę, a pozostały strzelec – w tym wypadku Eric Gordon – biegnie w stronę przeciwnika kryjącego w danym przypadku centra Rockets. W ten sposób, Capela obiega gracza swojej drużyny, który właśnie postawił mu zasłonę bez piłki, na której zostaje przeciwnik. Dzięki temu, 22-latek może bez przeszkód skończyć fantastyczne podanie Hardena. Jeszcze raz, droga do uwolnienia Capeli pozostaje ta sama.
Jest fun. Wysoki Rockets sprawia wrażenie inteligentnego koszykarsko gościa, co widać po sposobie w jaki urywa się obronie rywala, czy jak ku temu wykorzystuje ustawienie przeciwnika. To jest w dużej mierze możliwe także ze względu na zagrożenie jakie stwarza Anderson swoją trójką i tym, że w zasadzie nie można byłego zawodnika Pelicans zostawić wolnego na dystansie. Szczegóły, o których piszę, można dostrzec na poniższym obrazku. Capela wskazuje Andersonowi, gdzie ma się ustawić. Pokazuje, by rozciągnął na linię za 3, co silny skrzydłowy robi. Kryjący Andersona obrońca wychodzi za nim, a Capela wykorzystuje zawodnika Spurs jako swego rodzaju zasłonę i go obiega na łatwe punkty.
Dużą rolę w tej sytuacji odegrał fakt, że Kyle Anderson, który w tej konkretnej sytuacji pilnował Capelę, postanowił pomóc Aldridge’owi, który odpowiadał za Hardena. Przez to dwóch graczy miał na sobie brodaty lider Rockets, a Capela pozostał sam, co sprytnie wykorzystał, kończąc lob od gwiazdy Rockets.
Jeszcze jedną ciekawą rzeczą, którą często wykorzystują Rockets są posiadania, gdy Anderson&Capela stawiają równocześnie zasłony dla Hardena i się rozbiegają – pierwszy na dystans, drugi do kosza.
Jest to o tyle trudna sytuacja do obrony, że w razie podwojenia ball-handlera ktoś pozostanie wolny. Więc defensywa wybiera w zasadzie mniejsze zło: zostawić bez krycia gracza trafiającego 40% swoich trójek, czy pozwolić na łatwe punkty tuż spod kosza. Pick your, prawda, poison.
DeMar DeRozan, król półdystansu
Rzucający obrońca Toronto Raptors to całkowite przeciwieństwo tego na czym swoją koszykówkę opierają Houston Rockets. DeMar DeRozan żyje tam, gdzie Rockets mają swoją strefę 51, czyli na półdystansie. Wystarczy powiedzieć, że 27-latek oddał więcej rzutów z mid-range w tym sezonie, niż dwie drużyny w NBA. Pierwszą jest właśnie drużyna z Teksasu, a drugą Brooklyn Nets, którzy pod Kennym Atkinsonem starają się grać nowoczesną koszykówkę.
Jednak to co robi DeRozan jest o tyle niesamowite, że w czasach analityki, dopracował do perfekcji wydawałoby się tak nieanalityczny rzut jakim jest jump-shot z półdystansu. Gdyby zawodnik Raptors miał przydomek z „Gry o Tron” to byłoby to coś w stylu: „DeMar DeRozan – King of the North, Midrange of the Truth”.
Rzucający obrońca Toronto trafia 47,4% z półdystansu i balansuje na cienkiej granicy, gdzie 2>3 (w uproszczeniu: 50% za 2 = 33% za 3, tylko takie podejście wyklucza np. rzuty wolne). Do tego znajduje się w gronie czterech zawodników, którzy wywalczają więcej niż 10 rzutów osobistych na mecz. Już w poprzednim sezonie DeRozan rozwinął ogrom cyrkowych ruchów, które w obecnym jeszcze bardziej dopracował do perfekcji. Spin-move’y, herky-jerky rzuty, kołowrotki – to wszystko ułatwia w tak wysokim % z gry i nieustannym przedostawaniu się na linię wolnych.
Ale to także prowadzi do tego, że DeRozan częściej musi walczyć z większą liczbą kryjących go zawodników. W sytuacjach 1vs1 defensor, szczególnie w sezonie regularnym, zazwyczaj jest ugotowany. Dlatego gracz jedynaka z Kanady musiał nauczyć się wychodzenia z podwojeń. Nie zawsze się udaje, ale gdy DeRozan wydostanie się z pułapki Raptors mogą skarcić przeciwnika, za to, że któregoś ich koszykarza zostawili wolnego. Jak tutaj, gdy DDR podaje do Bebe Nougeiry, który uwalnia na czystą trójkę Terrence’a Rossa.
Raptors wykorzystali za późny powrót do obrony Warriors.
Cavaliers traktowali momentami DeRozana jeszcze agresywniej, nawet potrajając 27-latka. Mistrzowie NBA starali się uniemożliwiać skuteczną możliwość rzutu dla zawodnika Raptors i zamykali praktycznie wszystkie rozwiązania do rozegrania. To przykład świetnej defensywy Cavs w pick and rollu, gdzie nastąpiła zmiana krycia. Droga do kosza jest niemal zamknięta, a gracze Cavs sprytnie ustawili się, by wyłączyć DeRozanowi wszystkie „passing lanes”.
Cała sytuacja kończy się przechwytem podania LeBrona Jamesa i dunkiem w kontrze.
To jednak kolejny sezon, gdy Raptors opierają swój atak na grze 1vs1 i to wychodzi (kopiuj, wklej). W dużej mierze dlatego, że DeRozan jest znowu odrobinę lepszy.
Kolejna „jak ją zatrzymać?!” akcja Warriors – Zaza jako Bogut
Steve Kerr wymyślił dosyć prosty, i przy dostępnym personelu bardzo skuteczny, sposób na wykorzystanie w ataku Zazy Pachulii. W akcji bierze udział 3 zawodników. Center Warriors dostaje piłkę w okolicy post, a dwójka graczy – nazwijmy ich Steph Curry i Draymond Green – robiega się w przeciwległe strony: jeden na dystans, drugi do kosza. Początek wygląda tak:
I tutaj są dwie wersje. W pierwszej zawodnik, który ma potencjalnie zaatakować obręcz, stawia zasłonę dla bombardiera z dystansu. Automatycznie obrońca, który kryje Curry’ego powinien zgubić się na zasłonie, przez co nastąpi switch/ podwojenie i Green będzie przez chwilę wolny. Boom:
Drugi wariant jest bardzo podobny, tyle tylko, że strzelec za 3 stawia zasłonę dla ścinającego. W tym wypadku Curry postawił pick dla Duranta – jeszcze gorzej dla rywala – i choć Giannis nie dał się nabrać na zagrywkę, to i tak skrzydłowy Warriors był za szybki, a Grek miał za daleką drogę do kosza. Boom x2:

Być może lepsza defensywa będzie w stanie przynajmniej spowolnić tę zagrywkę, szczególnie przy wariancie z Greenem. Najlepiej tak, by Zaza musiał oddać rzut. Problem polega przede wszystkim na tym, że bierze udział w niej Splasz Brat (Durant, czy Klay mogą występować w roli Curry’ego z tych akcji) i kolejne defensywy skupiają się na odcięciu mu trójki. Dzięki temu otwiera się droga dla innych zawodników, a Gruzin, trochę z podobną funkcją jak Bogut, ma na tyle dobre podanie, by odpowiednio zagrać piłkę do wybiegającego kolegi.
Giannis znajdujący igłę w stogu siana
Jakiś czas temu wspominałem o sytuacjach, gdy Giannis Antentokounmpo jest podwojony, czy potrojony przez obrony rywala i jak próbował pokonywać takie przeszkody rozrzutami do wolnych kolegów. Skrzydłowy Bucks, im bliżej obręczy się znajduje, tym większą uwagę obrońców skupia na sobie, bo tam stanowi największe zagrożenie. Prócz przeglądu pola, który stopniowo się poprawia, point-Giannis ma od czasu do czasu podania w tłoku, które przechodzić nie powinny – a przechodzą – na łatwe punkty dla innych graczy Milwaukee. Przy koordynacji Greek Freaka, jego zasięgu i wielkich susach, te zagrania są warte tego, by Grecja nadal pozostała państwem.
Drugie połowy Timberwolves
Nie mam wytłumaczenia na to co wyprawiają szczeniaczki w drugich połowach (głównie w trzecich kwartach, choć z Celtics wypuścili zwycięstwo w 4. kwarcie, gdy przez jedenaście i pół minuty trafili dwa rzuty na sześć punktów). Aż tak wychodzi brak doświadczenia, by po przerwie zapomnieć jak się gra w koszykówkę? A może to nieobecność w szatni Kevina Garnetta? Spójrzcie na te liczby:
To wygląda jak statystyki dwóch zupełnie innych zespołów. Nie chcę na ten temat więcej pisać, bo jest to dosyć przygnębiające, że taka fajna drużyna – która pokazuje jak dobrze potrafi grać – przegrywa kolejne mecze w niewytłumaczalny sposób.
Dziękuję za przeczytanie.

czwartek, 3 listopada 2016

Plusy i Minusy (1)

Dla tych co pamiętają początki mojego bloga to cykl „plusy i minusy” jest powrotem, dla tych co nie – nowością. Jak sama nazwa wskazuje, wpisy będą oparte na tym co mi się podobało w NBA, a co nie. Teksty nie mają bezpośredniego podziału, ale przy lekturze łatwo domyślić się co było plusem, a co minusem. Wracam do tej formuły, bo jest wygodna: chciałbym napisać o wydarzeniu x, ale jest za krótkie na oddzielny wpis, a za długie na tweeta. To miejsce pasuje do tego idealnie.
Uwaga: uzbierało mi się wyjątkowo dużo obrazków.
Julius Randle bandwagon
Lakers na początku sezonu są moją ulubioną drużyną do oglądania (Sixers z JoJo spadli na drugie miejsce, Nuggets awansowali na trzecie). Czuć powiew świeżości po Byronie Scotcie. Choć młodzi zawodnicy popełniają błędy to wygrywają i przegrywają razem – ogrywają się, co na pewno jest plusem.
Najbardziej na starcie zdziwił mnie Julius Randle, który ma czoło na tyle duże, że mogłoby służyć jako pas startowy dla samolotów. Skrzydłowy Lakers przede wszystkim ma przyjemne czucie piłki i widać, że dobrze czuje się w rozegraniu. Ogólnie dużo widzi na parkiecie i potrafi odegrać piłkę w odpowiednim momencie – tutaj też wykazuje sporą uniwersalność, bo są to nie tylko podania ze szczytu, ale też w tłoku, czy transition.

Druga rzecz, która zwróciła moją uwagę to łatwość Randle’a przy atakowaniu kosza w sytuacjach 1v1. Tutaj pomaga mu płynny kozioł. Potrafi wykorzystać korzystny dla siebie match-up i przepchać się do kosza w tłoku, zachowując przy tym zaskakującą jak na wysokiego grację. Wprawdzie Randle nie jest dobrym obrońcą – w końcu to dla niego dopiero drugi sezon w NBA – ale w ataku umie już dużo i jest na czym zawiesić oko.

Innymi słowy, Randle mnie kupił i czekam na dalszy progres. Mały bonusowy plusik dla Larry’ego Nance’a za tę zasłonę.

Emmanuel Mudiay w pick and rollu
Rozgrywający Nuggets dzięki swojej szybkości ma ogromną łatwość w przedostawaniu się do obręczy. Problemem jest wykańczanie akcji pod koszem – w zeszłym sezonie trafił 41,2% swoich rzutów, w obecnym – mała próbka – 39.1%. Wykazuje jednak ogromny potencjał w tym aspekcie i nie sposób mi z niego zrezygnować. Bo, gdy mu żre, to wygląda obiecująco.
Gdy nie, jest straszny.
W pick and rollu na piłce potrafi dużo – rozegrać, trafić szwankującego jumperka, czy właśnie zaatakować obręcz. Te momenty wykazał w meczu z Blazers, gdy pomyślałem to jest to. Tak ma to wyglądać. W 3 kwarcie tego spotkania niszczył dwójkowymi akcjami do spółki z Kennethem Fariedem ekipę z Portland. Poniżej zawarłem wszystko o czym wspomniałem, żeby pokazać tę wszechstronność Mudiaya: atak na kosz, za chwilę rzut z mid-range i przytomne odegranie do Kennetha Farieda.

Gdyby tylko potrafił utrzymać ten poziom, Nuggets – przy kilku mniejszych zmiennych – mogliby śmiało walczyć o play-offy. Naprawdę niewiele zabrakło, by drużyna z Denver wygrała swoje pierwsze 3 mecze.
Obrona Joela Embiida
To ile umie Embiid po niecałych trzech latach rozłąki z koszykówką – wow. Wspomnę o jego defensywie. Sixers z Kameruńczykiem na parkiecie tracą 94,8 punkty na 100 posiadań. Bez? 110,1. Co mi się rzuciło w oczy to czytanie gry przez Embiida.
Poniższy manewr podwojenia rozgrywającego przeciwnika wykonywał także w pre-season. Tutaj zamknął drogę Elfridowi Paytonowi i do spółki z Sergio Rodriguezem odebrał piłkę zawodnikowi Magic.
Druga rzecz – to jak miękko Embiid porusza się na nogach. The Process został przy obronie pick and rolla – wiedział, że Dennis Schroeder nie ma wielkiego zagrożenia rzutowego – i zaczekał na ruch przeciwnika. Gdy Embiid wyszedł z sytuacją 1v1 przeciwko rozgrywającemu Hawks, na tyle szybko się przemieszczał, że ten nie miał jak oddać rzutu.
Jeszcze jedno – Embiid jest wielki. W 3 pierwszych meczach zawodnicy próbujący kończyć na nim akcję tuż przy koszu trafiali 27,3%. Średnia wynosi 55,1%. Po prostu nie bardzo jest jak przerzucić wielkoluda – Millsap na załączonym obrazku próbuje świecą o tablicę zdobyć punkty, ale to się nie udaje. Takich akcji było zdecydowanie więcej, gdzie sam fakt, że jesteś decyduje o przestrzeleniu rzutu przez przeciwnika.
Nikogo nie obchodzi Jeff Teague
Nowy rozgrywający Pacers zaczął ten sezon katastrofalnie. Pomijając, że nie wiem jak można było oddać George’a Hilla za Jeffa Teague’a – będę podkreślał na każdym kroku jak niedoceniany jest Hill – to były gracz Hawks po prostu nie może się wstrzelić. W 4 meczach trafił 12,5% swoich rzutów i 6.7% trójek. Jest 1/15 z dystansu, cóż zdarza się. Tylko niepokojące może być, że pozycje, które ma z reguły czyste. Np.
Albo:
Next one:
Nie będzie odkrywcze jeżeli powiem, że Teague po prostu musi takie sytuacje wykorzystywać. Bez tego Pacers nie staną się taką drużyną jaką oczekują, a Teague dalej nie będzie respektowany na dystansie.
Bucks – tłok pod koszem, a rzut za 3
Śmiesznie wygląda Giannis składający się do rzutu za 3. W meczu z Pelicans był 1 na 6 z dystansu, ale ten jeden rzut, który wpadł okazał się daggerem i zamknął spotkanie dla Bucks. Pelicans przyjęli słuszną taktykę, by odpuszczać koło linii za 3 Greka oraz Jabariego Parkera. Tutaj Greek Freak jest skutecznie prowokowany do rzutu, ale warto zwrócić uwagę jak daleko jest obrońca od Giannisa.
A tutaj Jabari (trafił):
Ta drużyna byłaby lepsza o jakieś 5-10 zwycięstw w sezonie, gdyby któryś z młodych skrzydłowych Bucks zaczął trafiać za 3. Na powyższych obrazkach defensor znacznie się wycofuje, a to neguje miejsce pod koszem do wszelkiego rodzaju ścięć. Nawet niekoniecznie dobra obrona wie o tym i zrobi wszystko, by szczególnie Giannis oddał jump-shot, aniżeli przedostał się do obręczy. Kwestia też na ile Grek będzie w stanie znaleźć strzelców w rogach parkietu.
To sytuacja, gdy obrońca – Buddy Hield – jedynie wycofywał się w stronę kosza, byle tylko zmusić Giannisa do rzutu, a nie lay-upu. Udało się, Greek Freak oddał trudny jumper po obrocie.
Ale. Coś co Bucks i Giannis mogą robić, gdy rywal zadekuje paint to rozrzucenie piłki na dystans. Bo nawet jeżeli drużyna z Milwaukee jest osłabiona przez brak Khrisa Middletona, to wciąż ma kilku niezłych snajperów za 3. Jest Delly, Mirza, czy Malcolm Brogdon, który wprawdzie nie może się wstrzelić z dystansu, ale pokazał się z na tyle dobrej strony, że wolę jego niż Rashada Vaughna.
Wracając do clue, w poniższej akcji na Giannisie skupionych jest pięciu – aż napisałem słownie – obrońców. Aż się prosi, by podać do wołającego o piłkę Delly’ego, co Grek dokładnie robi. Australijczyk trafia za 3 i wykorzystuje, że rywal zrobił wszystko byle tylko Giannis nie dostał się do obręczy.
WTF defensywa Warriors
Dwie podobne sytuację, jak obrona Warriors olała na dystansie strzelca, który w zeszłym sezonie trafiał 42% rzutów za 3. Byłem trochę w szoku jak to widziałem, nawet mając na uwadze, że GSW sobie bimba i fragmentami przechodzi obok meczów.
Zaczyna się od pick and rolla Suns. Dudley stawia zasłonę dla rozgrywającego i Warriors decydują się na podwojenie ball-handlera.
Dudley ucieka na linię za trzy, a Tyson Chandler, który nie nadążył za kontrą, w końcu dotarł na połowę Warriors i postawił kluczową zasłonę na Durancie. Bledsoe dalej kozłuje piłkę i w teorii ma na sobie dwóch obrońców. Biegnie w stronę linii rzutów wolnych. Zaza patrzy w grzybie.  
I to jest najbardziej szokująca część tej akcji. Bledsoe zaatakował przestrzeń między pomalowanym, a linią za 3 i zdecydował się na odegranie do Dudleya, który… jest sam. Jesteś sam to nie przyjdzie pies z kulawą nogą – to o Anthonym Davisie rapował kiedyś Małolat. Ma czystą pozycję i przetwarza ją na trójkę.
Druga sytuacja jest bliźniaczo podobna, różni się drobnymi szczegółami. Tym razem rozgrywający Suns – tutaj Brandon Knight – gra dwójkową akcję z Tysonem Chandlerem. Ball-handler znowu zostaje podwojony w pick and rollu, co naturalne zważywszy na zagrożenie jakie oferuje center Suns swoim rzutem. Kevin Durant odpowiada za Jareda Dudleya.
Tutaj jest kluczowe zagranie ze strony drużyny z Phoenix. Po tym jak Brandon Knight zaatakował pomalowane, Tyson Chandler postawił bardzo mądrą zasłonę bez piłki na KD. Inna sprawa, że Durant był za daleko od krytego zawodnika i nie do końca wiadomo po co decydował się na podążanie za piłką – Knight i tak nie miał jak podać rollującego Tysona.
Reszta jest znana. Knight podaje do wolnego Dudleya, który splaszuje trójkę jakby był złotym chłopcem. Warto pochwalić, że Suns potrafili wykorzystać takie prezenty Warriors.
Dziękuję za przeczytanie.

czwartek, 17 marca 2016

Jak „Moreyball” tłumaczy wyniki poszczególnych drużyn

Analityka. Przystępna forma. Spróbuję.

NBA zmierza w kierunku jak największej ilości trójek i rzutów tuż spod kosza. Celem jest wymazanie mid-range. Rzuty z półdystansu to analityczny Wietnam – swego rodzaju pułapka, da się, tylko coraz częściej można usłyszeć „nie idź tam, tam nic nie ma”. W ciasnych kanciapach ludzi z kartką, ołówkiem i Excelem liczy się trójka, restricted area i jeszcze jakiś wolny. Ma być efektywnie. Witaj w świecie Moreyballu. 

Tak więc, jeżeli rzuty z dystansu i restricted area są cenniejsze niż reszta, a coraz więcej drużyn szuka tego typu gry to należy przywiązywać większą wagę do obrony tych stref. Istnieje prosta statystyka, która zbiera % trafianych i bronionych rzutów za 3 i z RA do jednej liczby, określana jako „Moreyball efficiency (ME)”. Ta formuła nie uwzględnia ilości poszczególnych rzutów, a jedynie ich jakość.

W zeszłych trzech latach ME całkiem dobrze sprawdzało się pod względem przewidywania sukcesu poszczególnych zespołów. W sezonie 2012/13 Miami Heat miało najlepszy współczynnik ME, w 13/14 San Antonio Spurs, natomiast w 14/15 Golden State Warriors. Każda z tych drużyn potem zdobywała mistrzostwo. Próbowałem znaleźć gdzieś tę statystykę z tego sezonu, ale nie udało mi się. Stąd postanowiłem ją wyliczyć. Tak to wygląda: 


Na podstawie tych liczb można wysnuć kilka ciekawych spostrzeżeń. Dlatego też wypunktuje wybrane drużyny, z uwzględnieniem innych czynników czy rozbiciem tej statystyki na ofensywę i defensywę.

1. Efektywność San Antonio Spurs
Zespół Gregga Popovicha w żadnym wypadku nie pasuje pod definicję moreyballu. Tylko dwie drużyny szukają więcej rzutów z mid-range od drużyny z Teksasu – Timberwolves i Knicks. Przeciętny zespół w NBA oddaje 25% rzutów z mid-range. Najgorszy pod tym względem – 12.7%. Natomiast aż 33% rzutów Spurs pochodzi z półdystansu. San Antonio zdobywa najwięcej punktów w NBA właśnie z tej strefy. Jeżeli chodzi o moreyballowe rzuty, czyli trójki i RA, tylko Brooklyn Nets oddają ich mniej, co przedstawia poniższy wykres.

To też pokazuje jak efektywni są Spurs. Tylko Warriors trafiają na lepszym % trójki, natomiast nikt tak dobrze nie przetwarza rzutów tuż spod kosza jak Spurs. Ale to przede wszystkim defensywa wyniosła ich na drugą pozycje w ME – zaraz po Boston Celtics bronią najlepiej rzuty za 3 i samodzielnie przewodzą w rim-protection.

2. Zabójcza ofensywa Golden State Warriors
ME jest w pewien sposób kłamliwe. SAS są wymiennie z GSW pierwsi w tej statystyce, ale jak wspominałem – ten współczynnik nie uwzględnia ilości wymienionych rzutów. A tylko dwa zespoły – Rockets i Hawks – oddają więcej moreyballowych rzutów od Warriors. GSW mają najefektywniejszy atak w lidze, bo nikt tak dobrze nie trafia przede wszystkim za 3. Robią to na znacznie lepszym % niż reszta – 41.5%, gdy średnia wynosi lekko ponad 35%. Zdobywają najwięcej punktów, które są po prostu cenniejsze – 3>2. Jest kilka drużyn, które broni lepiej od GSW, ale to nie ma takiego znaczenia – ich atak wynosi ich ponad resztę zespołów.

3. Mizeria Houston Rockets
Czasem koszykówka sprowadza się do prostych rzeczy i wytłumaczenie problemów jest zaskakująco łatwe. Najbardziej moreyballowa drużyna jest zła w tym co robi. Naprawdę zła. Trafia trójki na % poniżej przeciętnej, natomiast rzuty z RA minimalnie ponad średnią (60.5%, średnia to 60.1%). Rockets nie przetwarzają rzutów, które nieustannie forsują. A ich obrona jest jeszcze gorsza. Drużyna z Teksasu w dużym stopniu gra to samo co sezon temu. Wtedy jednak te rzuty po prostu wpadały, wiosna była ciepła, a drugi sezon „True Detective” jeszcze nie powstał.  

4. Obrona Sacramento Kings to żart
Objazdowy cyrk George’a Karla jest 5 jeżeli chodzi o ofensywną ME. Jeżeli spojrzysz jeszcze raz na wykres ME zauważysz, że Kings znajdują się gdzieś w dolnej połowie stawki. To dlatego, że rim-proctection tej drużyny jest najgorszy w lidze. Pod koszem rywale Sacramento trafiają 65%, co jest o tyle zaskakujące że przecież ta drużyna ma tłok na pozycjach 4/5. Jest Boogie czy Willie-Cauley Stein m.in. po to, by nie mieć takich problemów. 
Obaj nie są złymi obrońcami obręczy (49%), stąd wygląda to jeszcze dziwniej.
Może trzeba zwalić na system w defensywie George’a Karla, który patrząc na Kings prawdopodobnie nie istnieje, czy jakieś dziwne ustawienia. Był mecz, w którym Karl decydujące posiadanie w obronie postanowił bronić Rudym Gayem na centrze, trzymając WCS na ławce. Skończyło się punktami, zgadliście, spod kosza. Sacramento ten mecz ostatecznie przegrało po dogrywce.

5. Przeciętność defensywna Raptors na tle wschodu
Jest kilka drużyn ze wschodu, które są w low 10 jeżeli chodzi o rzuty moreyballowe, ale nadrabiają znacznie ich obroną – Knicks, Bulls lub jakością po obu stronach parkietu – Heat, Pacers. Jeżeli chodzi o przetwarzanie rzutów za 3 i z RA Raptors są na wysokim 6 miejscu. Problem pojawia się nie tyle z całą defensywą, co z obroną trójek. Tylko Suns i Wizards pozwalają trafiać rywalom na lepszym % z dystansu niż Raptors To będzie niepokojące w playoffach przeciwko zespołom skupiających się na rzucie za 3 jak np. Cleveland czy Charlotte.

6. Rewolucja Hornets
To najlepsza drużyna jaką Michael Jordan zbudował w Charlotte. Mogą spokojnie powalczyć o drugą rundę playoffów czy przy idealnym rozstawieniu (muszą zająć 3 miejsce) o finał konferencji. Steve Clifford na tle reszty ligi wprowadził najbardziej rewolucyjne zmiany, przede wszystkim skupiając się na rzucie za 3. Tylko Warriors i Rockets oddają więcej trójek na mecz niż Hornets. Nawet, gdy Al Jefferson – żyjący z półdystansu – znajduje się na parkiecie, Clifford stara się grać obok niego 4 strzelcami z dystansu – 3 skrzydłowych i Frank Kamiński, czyli wysoki z trójką. Big Al nie jest już tak potrzebny tej drużynie, ale w playoffach będzie swego rodzaju nadwyżką. Nowa koszykówka Hornets działa i jest przyjemna dla oka, nawet w marcu. Ich średnia pozycja w ME wynika głównie ze słabego przetwarzania rzutów tuż spod kosza – 23 miejsce, znacznie poniżej przeciętnej.

7. Awersja Pacers do small-ballu
Paul George nie lubi grać jako small-ballowa 4, a Frank Vogel nie lubi small-ballu. To widać. Pacers nie przeszli zapowiadanej przed sezonem przemiany, pozostając przy ustawieniach z dwoma wysokimi. Indiana wciąż smaży się w słońcu półdystansu. Tylko 3 drużyny zdobywają w ten sposób więcej punktów, a w moreyballu Pacers są w dolnej 10 NBA.

To nie jest zła rzecz, tylko trochę szkoda niewykorzystanego potencjału. Indiana ma w sobie line-up, gdzie każdy może rzucać za 3, ale z niego nie korzysta. Myles Turner spędza większość czasu z drugim nierzucającym za 3 wysokim lub po prostu jako 4. Vogel kombinuje z line-upami – Pacers raczej nie mają problemu ze spacingiem, ale mogliby go znacznie poprawić. Zdarza się, że Paul George gra nawet jako rzucający obrońca obok Solomona – 24% za 3 – Hilla, Mylesa Turnera i Jordana Hilla, co nie powiem jest zaskakujące.

Ciekaw jestem czy w playoffach Vogel w końcu zdecyduje się na grę debiutantem na centrze i Paulem George’em jako niską 4, bo to może być potencjalnie game-changer dla tego zespołu. Szczególnie w końcówkach spotkań i docelowo to powinno przynieść najwięcej korzyści Indianie. Zdaje się jednak, że trener Pacers „umrze” z Charlesem Barkleyem na big-ballowym wzgórzu.

Końcowe wnioski
Trudno sprowadzać powodzenie drużyn do zasadniczo dwóch elementów gry. Z drugiej strony nie można ich też spłycać, mając na uwadze w jakim kierunku podąża liga. NBA coraz bardziej kręci się wokół spacingu i rim-protection. Przypadek Spurs – tak różny od czołówki – pokazuje że nie zawsze chodzi o ilość, a jakość wypracowanych pozycji. Ale ta trójka i tak gdzieś wraca. Nawet gdy zdaje się, że robisz coś zupełnie innego.