Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toronto Raptors. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toronto Raptors. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 listopada 2016

Plusy i Minusy (3) - Łapanie lobów z Clintem Capelą

Prawdopodobnie największym wygranym przesunięcia Jamesa Hardena na pozycję pełnoprawnego rozgrywającego jest Clint Capela. 22-letni center wytworzył sobie znakomitą chemię z liderem Rockets. W końcu, każdy Chewbacca potrzebuje swojego Hana Solo. Harden rzuca loby, a Capela pakuje je z góry. Nic prostszego.
Houston Rockets grają zasadniczo nieskomplikowaną koszykówkę. Znajdź gwiazdę, otocz ją trzema strzelcami za 3 i wysokim, biegającym od kosza do kosza, kończącym podania z góry i broniącym obręczy. Wyłączasz w ten sposób nieefektywne w kanciapach ludzi z kartką i ołówkiem rzuty z półdystansu, a skupiasz się wyłącznie na więcej wartych trójkach i mało ryzykownych punktach tuż spod kosza. Może wydawać się, że ten mocno analityczny styl gry wyłącza wszelką zabawę z piękna sportu, ale Capela i przede wszystkim Harden sprawili, że oglądanie koszykówki Rockets przynosi dużo przyjemności.
Duet Harden&Capela na 100 posiadań zdobywa dobre 114,4 punktu, a traci można z tym żyć 102,6. Na 58 asystowanych trafień szwajcarskiego centra, aż 41 kończących podań pochodziło od Brody. Jednym z najbardziej imponujących zagrań tej dwójki są podania Jamesa Hardena niemal z połowy parkietu do latającego nad obręczą Capeli. Naprawdę niewielu zawodników w lidze byłoby w stanie dograć piłkę z równie ogromną precyzją, z tak dużej odległości. Szalenie efektywne, a przy tym niesamowicie efektowne.
Przy uwalnianiu się Capeli widoczny jest schemat. Jeden ze strzelców Rockets stoi w rogu, Harden kozłuje przy linii środkowej, a trójka pozostałych zawodników wykonuje małą zagrywkę bez piłki. W sytuacji 3vs3 ważne jest to jak uwalnia się Szwajcar. Ryan Anderson rozbiega się na dystans, tym samym wyciągając swojego obrońcę, a pozostały strzelec – w tym wypadku Eric Gordon – biegnie w stronę przeciwnika kryjącego w danym przypadku centra Rockets. W ten sposób, Capela obiega gracza swojej drużyny, który właśnie postawił mu zasłonę bez piłki, na której zostaje przeciwnik. Dzięki temu, 22-latek może bez przeszkód skończyć fantastyczne podanie Hardena. Jeszcze raz, droga do uwolnienia Capeli pozostaje ta sama.
Jest fun. Wysoki Rockets sprawia wrażenie inteligentnego koszykarsko gościa, co widać po sposobie w jaki urywa się obronie rywala, czy jak ku temu wykorzystuje ustawienie przeciwnika. To jest w dużej mierze możliwe także ze względu na zagrożenie jakie stwarza Anderson swoją trójką i tym, że w zasadzie nie można byłego zawodnika Pelicans zostawić wolnego na dystansie. Szczegóły, o których piszę, można dostrzec na poniższym obrazku. Capela wskazuje Andersonowi, gdzie ma się ustawić. Pokazuje, by rozciągnął na linię za 3, co silny skrzydłowy robi. Kryjący Andersona obrońca wychodzi za nim, a Capela wykorzystuje zawodnika Spurs jako swego rodzaju zasłonę i go obiega na łatwe punkty.
Dużą rolę w tej sytuacji odegrał fakt, że Kyle Anderson, który w tej konkretnej sytuacji pilnował Capelę, postanowił pomóc Aldridge’owi, który odpowiadał za Hardena. Przez to dwóch graczy miał na sobie brodaty lider Rockets, a Capela pozostał sam, co sprytnie wykorzystał, kończąc lob od gwiazdy Rockets.
Jeszcze jedną ciekawą rzeczą, którą często wykorzystują Rockets są posiadania, gdy Anderson&Capela stawiają równocześnie zasłony dla Hardena i się rozbiegają – pierwszy na dystans, drugi do kosza.
Jest to o tyle trudna sytuacja do obrony, że w razie podwojenia ball-handlera ktoś pozostanie wolny. Więc defensywa wybiera w zasadzie mniejsze zło: zostawić bez krycia gracza trafiającego 40% swoich trójek, czy pozwolić na łatwe punkty tuż spod kosza. Pick your, prawda, poison.
DeMar DeRozan, król półdystansu
Rzucający obrońca Toronto Raptors to całkowite przeciwieństwo tego na czym swoją koszykówkę opierają Houston Rockets. DeMar DeRozan żyje tam, gdzie Rockets mają swoją strefę 51, czyli na półdystansie. Wystarczy powiedzieć, że 27-latek oddał więcej rzutów z mid-range w tym sezonie, niż dwie drużyny w NBA. Pierwszą jest właśnie drużyna z Teksasu, a drugą Brooklyn Nets, którzy pod Kennym Atkinsonem starają się grać nowoczesną koszykówkę.
Jednak to co robi DeRozan jest o tyle niesamowite, że w czasach analityki, dopracował do perfekcji wydawałoby się tak nieanalityczny rzut jakim jest jump-shot z półdystansu. Gdyby zawodnik Raptors miał przydomek z „Gry o Tron” to byłoby to coś w stylu: „DeMar DeRozan – King of the North, Midrange of the Truth”.
Rzucający obrońca Toronto trafia 47,4% z półdystansu i balansuje na cienkiej granicy, gdzie 2>3 (w uproszczeniu: 50% za 2 = 33% za 3, tylko takie podejście wyklucza np. rzuty wolne). Do tego znajduje się w gronie czterech zawodników, którzy wywalczają więcej niż 10 rzutów osobistych na mecz. Już w poprzednim sezonie DeRozan rozwinął ogrom cyrkowych ruchów, które w obecnym jeszcze bardziej dopracował do perfekcji. Spin-move’y, herky-jerky rzuty, kołowrotki – to wszystko ułatwia w tak wysokim % z gry i nieustannym przedostawaniu się na linię wolnych.
Ale to także prowadzi do tego, że DeRozan częściej musi walczyć z większą liczbą kryjących go zawodników. W sytuacjach 1vs1 defensor, szczególnie w sezonie regularnym, zazwyczaj jest ugotowany. Dlatego gracz jedynaka z Kanady musiał nauczyć się wychodzenia z podwojeń. Nie zawsze się udaje, ale gdy DeRozan wydostanie się z pułapki Raptors mogą skarcić przeciwnika, za to, że któregoś ich koszykarza zostawili wolnego. Jak tutaj, gdy DDR podaje do Bebe Nougeiry, który uwalnia na czystą trójkę Terrence’a Rossa.
Raptors wykorzystali za późny powrót do obrony Warriors.
Cavaliers traktowali momentami DeRozana jeszcze agresywniej, nawet potrajając 27-latka. Mistrzowie NBA starali się uniemożliwiać skuteczną możliwość rzutu dla zawodnika Raptors i zamykali praktycznie wszystkie rozwiązania do rozegrania. To przykład świetnej defensywy Cavs w pick and rollu, gdzie nastąpiła zmiana krycia. Droga do kosza jest niemal zamknięta, a gracze Cavs sprytnie ustawili się, by wyłączyć DeRozanowi wszystkie „passing lanes”.
Cała sytuacja kończy się przechwytem podania LeBrona Jamesa i dunkiem w kontrze.
To jednak kolejny sezon, gdy Raptors opierają swój atak na grze 1vs1 i to wychodzi (kopiuj, wklej). W dużej mierze dlatego, że DeRozan jest znowu odrobinę lepszy.
Kolejna „jak ją zatrzymać?!” akcja Warriors – Zaza jako Bogut
Steve Kerr wymyślił dosyć prosty, i przy dostępnym personelu bardzo skuteczny, sposób na wykorzystanie w ataku Zazy Pachulii. W akcji bierze udział 3 zawodników. Center Warriors dostaje piłkę w okolicy post, a dwójka graczy – nazwijmy ich Steph Curry i Draymond Green – robiega się w przeciwległe strony: jeden na dystans, drugi do kosza. Początek wygląda tak:
I tutaj są dwie wersje. W pierwszej zawodnik, który ma potencjalnie zaatakować obręcz, stawia zasłonę dla bombardiera z dystansu. Automatycznie obrońca, który kryje Curry’ego powinien zgubić się na zasłonie, przez co nastąpi switch/ podwojenie i Green będzie przez chwilę wolny. Boom:
Drugi wariant jest bardzo podobny, tyle tylko, że strzelec za 3 stawia zasłonę dla ścinającego. W tym wypadku Curry postawił pick dla Duranta – jeszcze gorzej dla rywala – i choć Giannis nie dał się nabrać na zagrywkę, to i tak skrzydłowy Warriors był za szybki, a Grek miał za daleką drogę do kosza. Boom x2:

Być może lepsza defensywa będzie w stanie przynajmniej spowolnić tę zagrywkę, szczególnie przy wariancie z Greenem. Najlepiej tak, by Zaza musiał oddać rzut. Problem polega przede wszystkim na tym, że bierze udział w niej Splasz Brat (Durant, czy Klay mogą występować w roli Curry’ego z tych akcji) i kolejne defensywy skupiają się na odcięciu mu trójki. Dzięki temu otwiera się droga dla innych zawodników, a Gruzin, trochę z podobną funkcją jak Bogut, ma na tyle dobre podanie, by odpowiednio zagrać piłkę do wybiegającego kolegi.
Giannis znajdujący igłę w stogu siana
Jakiś czas temu wspominałem o sytuacjach, gdy Giannis Antentokounmpo jest podwojony, czy potrojony przez obrony rywala i jak próbował pokonywać takie przeszkody rozrzutami do wolnych kolegów. Skrzydłowy Bucks, im bliżej obręczy się znajduje, tym większą uwagę obrońców skupia na sobie, bo tam stanowi największe zagrożenie. Prócz przeglądu pola, który stopniowo się poprawia, point-Giannis ma od czasu do czasu podania w tłoku, które przechodzić nie powinny – a przechodzą – na łatwe punkty dla innych graczy Milwaukee. Przy koordynacji Greek Freaka, jego zasięgu i wielkich susach, te zagrania są warte tego, by Grecja nadal pozostała państwem.
Drugie połowy Timberwolves
Nie mam wytłumaczenia na to co wyprawiają szczeniaczki w drugich połowach (głównie w trzecich kwartach, choć z Celtics wypuścili zwycięstwo w 4. kwarcie, gdy przez jedenaście i pół minuty trafili dwa rzuty na sześć punktów). Aż tak wychodzi brak doświadczenia, by po przerwie zapomnieć jak się gra w koszykówkę? A może to nieobecność w szatni Kevina Garnetta? Spójrzcie na te liczby:
To wygląda jak statystyki dwóch zupełnie innych zespołów. Nie chcę na ten temat więcej pisać, bo jest to dosyć przygnębiające, że taka fajna drużyna – która pokazuje jak dobrze potrafi grać – przegrywa kolejne mecze w niewytłumaczalny sposób.
Dziękuję za przeczytanie.

czwartek, 17 marca 2016

Jak „Moreyball” tłumaczy wyniki poszczególnych drużyn

Analityka. Przystępna forma. Spróbuję.

NBA zmierza w kierunku jak największej ilości trójek i rzutów tuż spod kosza. Celem jest wymazanie mid-range. Rzuty z półdystansu to analityczny Wietnam – swego rodzaju pułapka, da się, tylko coraz częściej można usłyszeć „nie idź tam, tam nic nie ma”. W ciasnych kanciapach ludzi z kartką, ołówkiem i Excelem liczy się trójka, restricted area i jeszcze jakiś wolny. Ma być efektywnie. Witaj w świecie Moreyballu. 

Tak więc, jeżeli rzuty z dystansu i restricted area są cenniejsze niż reszta, a coraz więcej drużyn szuka tego typu gry to należy przywiązywać większą wagę do obrony tych stref. Istnieje prosta statystyka, która zbiera % trafianych i bronionych rzutów za 3 i z RA do jednej liczby, określana jako „Moreyball efficiency (ME)”. Ta formuła nie uwzględnia ilości poszczególnych rzutów, a jedynie ich jakość.

W zeszłych trzech latach ME całkiem dobrze sprawdzało się pod względem przewidywania sukcesu poszczególnych zespołów. W sezonie 2012/13 Miami Heat miało najlepszy współczynnik ME, w 13/14 San Antonio Spurs, natomiast w 14/15 Golden State Warriors. Każda z tych drużyn potem zdobywała mistrzostwo. Próbowałem znaleźć gdzieś tę statystykę z tego sezonu, ale nie udało mi się. Stąd postanowiłem ją wyliczyć. Tak to wygląda: 


Na podstawie tych liczb można wysnuć kilka ciekawych spostrzeżeń. Dlatego też wypunktuje wybrane drużyny, z uwzględnieniem innych czynników czy rozbiciem tej statystyki na ofensywę i defensywę.

1. Efektywność San Antonio Spurs
Zespół Gregga Popovicha w żadnym wypadku nie pasuje pod definicję moreyballu. Tylko dwie drużyny szukają więcej rzutów z mid-range od drużyny z Teksasu – Timberwolves i Knicks. Przeciętny zespół w NBA oddaje 25% rzutów z mid-range. Najgorszy pod tym względem – 12.7%. Natomiast aż 33% rzutów Spurs pochodzi z półdystansu. San Antonio zdobywa najwięcej punktów w NBA właśnie z tej strefy. Jeżeli chodzi o moreyballowe rzuty, czyli trójki i RA, tylko Brooklyn Nets oddają ich mniej, co przedstawia poniższy wykres.

To też pokazuje jak efektywni są Spurs. Tylko Warriors trafiają na lepszym % trójki, natomiast nikt tak dobrze nie przetwarza rzutów tuż spod kosza jak Spurs. Ale to przede wszystkim defensywa wyniosła ich na drugą pozycje w ME – zaraz po Boston Celtics bronią najlepiej rzuty za 3 i samodzielnie przewodzą w rim-protection.

2. Zabójcza ofensywa Golden State Warriors
ME jest w pewien sposób kłamliwe. SAS są wymiennie z GSW pierwsi w tej statystyce, ale jak wspominałem – ten współczynnik nie uwzględnia ilości wymienionych rzutów. A tylko dwa zespoły – Rockets i Hawks – oddają więcej moreyballowych rzutów od Warriors. GSW mają najefektywniejszy atak w lidze, bo nikt tak dobrze nie trafia przede wszystkim za 3. Robią to na znacznie lepszym % niż reszta – 41.5%, gdy średnia wynosi lekko ponad 35%. Zdobywają najwięcej punktów, które są po prostu cenniejsze – 3>2. Jest kilka drużyn, które broni lepiej od GSW, ale to nie ma takiego znaczenia – ich atak wynosi ich ponad resztę zespołów.

3. Mizeria Houston Rockets
Czasem koszykówka sprowadza się do prostych rzeczy i wytłumaczenie problemów jest zaskakująco łatwe. Najbardziej moreyballowa drużyna jest zła w tym co robi. Naprawdę zła. Trafia trójki na % poniżej przeciętnej, natomiast rzuty z RA minimalnie ponad średnią (60.5%, średnia to 60.1%). Rockets nie przetwarzają rzutów, które nieustannie forsują. A ich obrona jest jeszcze gorsza. Drużyna z Teksasu w dużym stopniu gra to samo co sezon temu. Wtedy jednak te rzuty po prostu wpadały, wiosna była ciepła, a drugi sezon „True Detective” jeszcze nie powstał.  

4. Obrona Sacramento Kings to żart
Objazdowy cyrk George’a Karla jest 5 jeżeli chodzi o ofensywną ME. Jeżeli spojrzysz jeszcze raz na wykres ME zauważysz, że Kings znajdują się gdzieś w dolnej połowie stawki. To dlatego, że rim-proctection tej drużyny jest najgorszy w lidze. Pod koszem rywale Sacramento trafiają 65%, co jest o tyle zaskakujące że przecież ta drużyna ma tłok na pozycjach 4/5. Jest Boogie czy Willie-Cauley Stein m.in. po to, by nie mieć takich problemów. 
Obaj nie są złymi obrońcami obręczy (49%), stąd wygląda to jeszcze dziwniej.
Może trzeba zwalić na system w defensywie George’a Karla, który patrząc na Kings prawdopodobnie nie istnieje, czy jakieś dziwne ustawienia. Był mecz, w którym Karl decydujące posiadanie w obronie postanowił bronić Rudym Gayem na centrze, trzymając WCS na ławce. Skończyło się punktami, zgadliście, spod kosza. Sacramento ten mecz ostatecznie przegrało po dogrywce.

5. Przeciętność defensywna Raptors na tle wschodu
Jest kilka drużyn ze wschodu, które są w low 10 jeżeli chodzi o rzuty moreyballowe, ale nadrabiają znacznie ich obroną – Knicks, Bulls lub jakością po obu stronach parkietu – Heat, Pacers. Jeżeli chodzi o przetwarzanie rzutów za 3 i z RA Raptors są na wysokim 6 miejscu. Problem pojawia się nie tyle z całą defensywą, co z obroną trójek. Tylko Suns i Wizards pozwalają trafiać rywalom na lepszym % z dystansu niż Raptors To będzie niepokojące w playoffach przeciwko zespołom skupiających się na rzucie za 3 jak np. Cleveland czy Charlotte.

6. Rewolucja Hornets
To najlepsza drużyna jaką Michael Jordan zbudował w Charlotte. Mogą spokojnie powalczyć o drugą rundę playoffów czy przy idealnym rozstawieniu (muszą zająć 3 miejsce) o finał konferencji. Steve Clifford na tle reszty ligi wprowadził najbardziej rewolucyjne zmiany, przede wszystkim skupiając się na rzucie za 3. Tylko Warriors i Rockets oddają więcej trójek na mecz niż Hornets. Nawet, gdy Al Jefferson – żyjący z półdystansu – znajduje się na parkiecie, Clifford stara się grać obok niego 4 strzelcami z dystansu – 3 skrzydłowych i Frank Kamiński, czyli wysoki z trójką. Big Al nie jest już tak potrzebny tej drużynie, ale w playoffach będzie swego rodzaju nadwyżką. Nowa koszykówka Hornets działa i jest przyjemna dla oka, nawet w marcu. Ich średnia pozycja w ME wynika głównie ze słabego przetwarzania rzutów tuż spod kosza – 23 miejsce, znacznie poniżej przeciętnej.

7. Awersja Pacers do small-ballu
Paul George nie lubi grać jako small-ballowa 4, a Frank Vogel nie lubi small-ballu. To widać. Pacers nie przeszli zapowiadanej przed sezonem przemiany, pozostając przy ustawieniach z dwoma wysokimi. Indiana wciąż smaży się w słońcu półdystansu. Tylko 3 drużyny zdobywają w ten sposób więcej punktów, a w moreyballu Pacers są w dolnej 10 NBA.

To nie jest zła rzecz, tylko trochę szkoda niewykorzystanego potencjału. Indiana ma w sobie line-up, gdzie każdy może rzucać za 3, ale z niego nie korzysta. Myles Turner spędza większość czasu z drugim nierzucającym za 3 wysokim lub po prostu jako 4. Vogel kombinuje z line-upami – Pacers raczej nie mają problemu ze spacingiem, ale mogliby go znacznie poprawić. Zdarza się, że Paul George gra nawet jako rzucający obrońca obok Solomona – 24% za 3 – Hilla, Mylesa Turnera i Jordana Hilla, co nie powiem jest zaskakujące.

Ciekaw jestem czy w playoffach Vogel w końcu zdecyduje się na grę debiutantem na centrze i Paulem George’em jako niską 4, bo to może być potencjalnie game-changer dla tego zespołu. Szczególnie w końcówkach spotkań i docelowo to powinno przynieść najwięcej korzyści Indianie. Zdaje się jednak, że trener Pacers „umrze” z Charlesem Barkleyem na big-ballowym wzgórzu.

Końcowe wnioski
Trudno sprowadzać powodzenie drużyn do zasadniczo dwóch elementów gry. Z drugiej strony nie można ich też spłycać, mając na uwadze w jakim kierunku podąża liga. NBA coraz bardziej kręci się wokół spacingu i rim-protection. Przypadek Spurs – tak różny od czołówki – pokazuje że nie zawsze chodzi o ilość, a jakość wypracowanych pozycji. Ale ta trójka i tak gdzieś wraca. Nawet gdy zdaje się, że robisz coś zupełnie innego.  

niedziela, 31 stycznia 2016

Dobrzy i źli Toronto Raptors

Atak Toronto Raptors nie jest tak dobry jak ich bilans. Albo i jest. W pewnym sensie.

Jeżeli oglądacie od czasu do czasu domowe mecze Raptors to dwójka komentatorów ekscytuje się – jak nigdzie indziej – świetnym ruchem piłki. To pięta achillesowa tej drużyny. Nie komentatorzy, ball-movement. Raptors są najgorzej asystującą drużyną w lidze, okupując ostatnie miejsce wraz z Los Angeles Lakers. Wszystkie statystyki, w których jesteś blisko Lakers świadczą, że coś robisz źle. Średnio na mecz zaliczają 18.4 asyst. To prowadzi do tego, że tylko 51% rzutów Raptors jest zdobywanych po asyście – drugi za Pistons najgorszy wynik w lidze.

I to jest o tyle dziwne – albo i nie – że Raptors pod względem podań na posiadanie zajmują 7 miejsce. W jeden akcji notują średnio 3.31 podań, więc problemem jest jakość tych podań. Często są to po prostu puste akcje, gdzie zawodnicy grają w piłka parzy. Są posiadania w Toronto, przy których zastanawiasz się po co jest jakikolwiek ruch piłki – często to po prostu do niczego prowadzi. Albo inaczej, prowadzi do strat/ trudnych pozycji rzutowych. To jeden z przykładów, gdzie kolejne podania nie posuwały akcji niemal w ogóle do przodu.

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest niewielki ruch zawodników nieuczestniczących bezpośrednio w akcji. Raptors brakuje trochę graczy, którzy mogą generować zagrożenie samym swoim ruchem, widzę potrzebę na spot-up shootera. Najbliżej do tego chyba jest wnoszący dużo energii z ławki Terrence Ross lub grający głównie na piłce Kyle Lowry. Poniższa akcja obrazuje mniej więcej marazm, jaki często wkrada się w szeregi Toronto.

Kyle Lowry próbuje zagrać pick and rolla z Bismackiem Biyombo, który dwa razy stawia zasłonę w powietrze (to jest rzecz u centrów Raptors), ale obrona Knicks odcina drogę rozgrywającemu Toronto. Ten wycofuje akcję do swojego centra i Biyombo oddaje rzut z mid-range. Niby nie można się specjalnie przyczepić, ale jeżeli przyjrzysz się dokładniej co robią trzej zawodnicy poza akcją, zobaczysz że w zasadzie drepczą. Niby coś tam się poruszają, ale Twitter na Androidzie ładuje się szybciej niż oni startują do piłki. Chodzi o to, że obrona przeciwnika może się ustawić, tutaj nie ma elementu zaskoczenia, ta akcja jest zbyt statyczna.

To może być w playoffach problem, bo zaledwie 40% rzutów Raptors jest niekontestowanych i tylko Milwaukee Bucks są pod tym względem gorsi. To jest też o tyle niepokojące, że Toronto w tym aspekcie od 2 sezonów stoi w miejscu (13/14 – 40.9%, 14/15 – 39.9%). Po części przyczyną takiego stanu rzeczy jest to o czym pisałem wcześniej – statyczność/ brak zaskoczenia/ nieefektywne podania – ale wynika to też z tego kim są Raptors – drużyną opierającą swój atak w dużej mierze na izolacjach i grze 1v1.

To są trudne rzuty, które najlepsi zawodnicy trafiają, bo... są jednymi z najlepszych. To jest też o tyle skomplikowane, że DeMar DeRozan – zawodnik czerpiący najwięcej korzyści z pojedynków 1v1 – jest skomplikowany. Nie jest elitarnym strzelcem z dystansu, wprawdzie nie zabija już spacingu, ale lubi rzuty z mid-range, na papierze najmniej efektywne ze wszystkich. Lubi też te długie dwójki i teoretycznie w erze spacingu nie jest do końca idealnym rzucającym obrońcą do budowania zespołu. Ale rzecz w tym, że DeRozan stał się w tych wszystkich pozostałych elementach swojego rzemiosła na tyle skuteczny, że póki co nie ma to znaczenia.

DeRozan potrafi mnóstwo rzeczy w ofensywie, które sprawiają, że atak Toronto zajmuje 6 miejsce w lidze i może oprzeć swoją grę po części na izolacjach. A ten jest świetny w tym sezonie. Operuje w post, mid-range, dostaje się na linię, wymusza wolne – all-star Raptors może karcić obrony rywali na szereg sposobów.

77% akcji DeMara to jump shoty, z których trafia 38%. Liczba rzutów z mid-range w porównaniu z zeszłym sezonem nieco się zmniejszyła – z 48 do 40%. To dobry znak. Rzuca dzięki temu więcej trójek, na 32% - szału nie ma, ale nie możesz go już zostawiać niekrytego.

Chlebem powszednim DeRozana są rzuty wolne - tutaj wychodzi jego chyba największa zaleta. W tym aspekcie tylko Boogie Cousins i James Harden wymuszają ich więcej. Gracz zespołu z Kanady ma łatwość w dostawaniu się do kosza, co prowadzi do osobistych, akcji 2+1, zwykłych punktów czy asyst do niekrytego kolegi. Trafia też nad wyraz dużo takich cyrkowych rzutów, w pewnym sensie robi pod koszem to co James Harden w zeszłym sezonie - był jednoosobowym czołgiem w wymuszaniu fauli na rywalach. 

Warto jeszcze wspomnieć o pick and rollach, które DeRozan gra na piłce. W takich akcjach zdobywa najlepsze po Currym 0.98 punktu na posiadanie (dla zawodników, którzy zagrali więcej niż 200 takich akcji). Ku temu wykorzystuje głównie swoją szybkość, dzięki której może dostać się do kosza - ale co ważne jest także coraz lepszym podającym w takich sytuacjach. Im więcej DeRozan i Lowry będą generować podwojeń na sobie, tym lepiej dla Toronto, bo wtedy zawsze ktoś będzie wolny (duh).

Dużo wymienionych sytuacji to akcje 1v1. Lowry, Joseph, Carroll, Jonas – wszyscy także potrafią wykreować sobie pozycje rzutową. W ogromnym stopniu Raptors polegają na indywidualnym talencie w ataku i mając na uwadze jak kończyły się losy drużyny z Kanady w poprzednich playoffach to może – może – być problem. W zeszłym sezonie Raptors też mieli jeden z czołowych ataków (ale grali bez obrony) w NBA i opierał się na podobnych schematach co teraz – daj piłkę najlepszym. Jest trochę nowych rzeczy, ale nadal zdobywają punkty dzięki talentowi poszczególnych zawodników. I pytanie czy w playoffach opieranie się na grze 1v1 i dostawaniu się na linię rzutów wolnych to nie będzie znowu za mało. Lepsze obrony spróbują zamknąć paint i wypchnąć Raptors na linię za 3, tym samym odcinając drogę DeRozanowi.

Być może, te wątpliwości są niepotrzebne, jestem po prostu nad wyraz wyczulony po wcześniejszych niepowodzeniach tej ekipy – może Lowry i przede wszystkim DeRozan to zawodnicy na tyle lepsi, by zrobić z całą Kanadą run po finały konferencji. A może to obroną i uniwersalnością będą wygrywać mecze? Jestem niezmiernie ciekaw, czy będą w stanie wskoczyć na ten wyższy poziom - tego zabrakło w poprzednich latach. Bo póki co wygrywają w dużym stopniu, mimo niedociągnięć w ataku.