Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sacramento Kings. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sacramento Kings. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2017

Lot nad kukułczym gniazdem

„Pacjenci pogrążeni w letargu. Dokładnie zaplanowany i wyegzekwowany rozkład codziennych zajęć. W tle kojąca muzyka klasyczna. Nagle do tego spokojnego świata wkracza symulujący chorobę psychiczną kryminalista. Zaczyna burzyć porządek szpitalnej struktury, a jednocześnie budzić pozostałych pacjentów z uśpienia. Uśpienia wywołanego po części przez leki, ale chyba w większym stopniu przez monotonię i wygodę życia za murami szpitala psychiatrycznego” – to fragment z tekstu Jana Maciejewskiego z 5. tegorocznego numeru „Plus Minus”, opisujący pokrótce znakomity film „Lot nad kukułczym gniazdem”.
Ten opis poniekąd skojarzył mi się ze sposobem myślenia Sacramento Kings – koszykarskim wariatkowem (pomijając, że kukułki nie zakładają gniazd, a pojedynczo podrzucają je innym ptakom, co w przypadku tytułu może oznaczać coś nieistniejącego, przez co niemożliwego, to angielskie Cuckoo znaczy również wariat), całkowicie odciętym od tego „normalnego” świata NBA. Organizacja zupełnie inna, zamknięta, nie zdająca sobie sprawy z własnej śmieszności, prowadzona przez człowieka, żyjącego w bańce – Vivka Ranadive – do którego sygnały o własnej pokraczności nie dochodzą: „Mimo tylu błędów, mógłbyś pomyśleć, że zaufa grupie ludzi koszykarsko mądrzejszych – bynajmniej, ten ufa tylko sobie” – stwierdziło o właścicielu Kings dobrze poinformowane źródło w tekście Kevina Arnovitza.
Maciejewski napisał, że szpital psychiatryczny w filmie Milosa Formana to „odpowiedź na fakt, że nie potrafimy zaakceptować i wyciągnąć konsekwencji z własnej nieracjonalności z szaleństwa, które tkwi w każdym z nas”. Kings poszli o krok dalej: w swoim szaleństwie całkowicie się zatracili. Nie jestem zły, że 9. ekipa konferencji zachodniej wymieniła Boogiego Cousinsa: jestem zły, że Sacramento zrobiło ze mnie – i osób, które do koszykówki podchodzą mniej lub bardziej pragmatycznie – głupka.
W dalszej części tekstu „Wszyscy jesteśmy wariatami”, Maciejewski przywołuje dwa nurty filozoficzne, które na przestrzeni lat zupełnie się ze sobą wykluczały. Oświecenie, którego głównym myślicielem był Immanuel Kant, gdzie „człowiek jest wolny i autentyczny jedynie wtedy, kiedy podlega prawu – uniwersalnym zasadom postępowania, które sam sobie narzuca. Cała naturalna, przyrodnicza sfera ludzkiej osobowości (popędowość, lęk, ambicję, wszystko co burzy porządek naszego życia, wtrąca nas z powrotem do stanu natury) jest czymś niższym, gorszym, co powinno zostać poddane kontroli czystego rozumu. Dojrzałość ma polegać na tym, że tłumimy całą nieracjonalną stronę naszej osobowości”.
W sporcie przykładem powyższej racjonalności wydają się np. Boston Celtics (zniwelowanie ryzyka u Danny’ego Ainge’a poprzez potencjalne wymiany, wręcz skąpstwo, przy negocjacjach z innymi klubami, które może doprowadzić do tego, że klub będzie wszędzie i nigdzie) lub piłkarski Arsenal (tkwimy z Arsene’em Wengerem, bo wiemy czego się po nim spodziewać – lepiej może nie być, ale Francuz zapewnia przynajmniej stabilność. A co jeżeli bez niego będzie lepiej? Tylko zawsze może być gorzej, a poskromienie ciekawości ze strony właścicieli powoduje, że klub stoi poniekąd w miejscu, i gra trochę jeden i ten sam sezon, co jest ceną bezpieczeństwa).
Po drugiej stronie stoi psychoanaliza Zygmunta Freuda, gdzie „nieświadome pragnienia zostały uznane za źródło naszej kreatywności i intensywności wszystkich procesów psychicznych. Tam, gdzie oświecenie widziało błąd i zakłócenie, psychoanaliza zaczęła dostrzegać główną siłę napędową naszego życia. To nocny, mroczny, nieświadomy aspekt ludzkiej natury miał tworzyć i określać życie. Nieświadomość okazała się siłą, której intelekt nie jest w stanie zanegować ani poskromić”.
I to jest miejsce, w którym znajdują się – a nawet dalej – Kings: instynkt, emocje, impulsy, brak realnego planu zdają się kierować procesem myślowym Vivka. Fiksacja właściciela drużyny ze stolicy Kalifornii na punkcie Buddy’ego Hielda sprawiła, że Sacramento zgodziło się na odejście swojego najważniejszego gracza za grupę wypierdków, kilogram gruszek i pół paczki Skittlesów.
Przyjmijmy, że w wymianie zawodnika z top-10 NBA chcesz dostać koszykarza ukształtowanego (Evans, choć solidny, to w tym wypadku jest zapychaczem kontraktu, Galloway tylko porządnym zadaniowcem), talent (Buddy) i dobre wybory w drafcie (jakim cudem Vlade Divac nie wynegocjował chociaż wyboru Pelicans bez protekcji, ten pick przecież pójdzie w okolicy 10.- 15. miejsca?) Jaki jest plan Kings na najbliższe lata ?
Odkąd w klubie pojawił się Boogie, Sacramento próbowało budować zespół na już, byle tylko awansować do play-offów z 8. pozycji. Każdy ruch, który wykonywali był pomyślany właśnie pod ten cel. I teraz spójrzcie, Kings zrobili zupełnie coś innego, zaprzeczyli wszystkiemu co do tej pory robili.
Nie chodzi do końca o to, że wejście w przebudowę jest złym rozwiązaniem, tylko w przypadku Sacramento nie ma ono do końca podstaw racji bytu. Zapomnijmy na chwilę o złych wyborach w kolejnych draftach Kings – rzecz w tym, że zespół Vivka nie jest w dużej mierze zależny od siebie. Sactown w tym sezonie musi być w dziesiątce najgorszych drużyn, jeżeli nie - oddaje pick do Chicago Bulls. Dodajmy do tego, że nawet jeżeli warunek zostanie spełniony, to Sixers mają możliwość zamiany wyboru z Kings, o ile ten będzie dla nich bardziej korzystny – wszystko przez tragiczną w skutkach wymianę na wyczyszczenie cap-space’u z 2015 roku. Sacramento posiada swój wybór w przyszłym roku, lecz traci już go w 2019 roku, właśnie na rzecz Sixers.
Vivek na tyle głęboko wierzy w Buddy’ego Hielda, że liczy jakoby ten miał stać się osobą, na której można oprzeć swoją drużynę. Nie można. To nie ta półka w grze na piłce, warunkach fizycznych, kreowaniu i stabilności rzutowej. Do tego jest grupka raczkujących graczy, z ograniczonym sufitem: Willie-Cauley Stein, Skal Labbisere, Georgios Papagiannis, Malachi Richardson – nie wiadomo, czy poza WCS, któryś z nich stanie się wartościowym ligowcem. Ba, nie wiadomo, jaka przyszłość czeka Buddy’ego i czy będzie kimś więcej – o ile – niż solidnym starterem. Ma już 23 lata, a w swoim pierwszym roku jeszcze nie pokazał czegoś, co sprawiłoby, że można by było zaufać mu w przyszłości z powierzeniem ważnej funkcji w zespole. Kultura organizacji ma znaczenie przy młodych zawodnikach, co w przypadku Kings poniekąd jest jedynie oksymoronem: inaczej gracz A rozwinie się – skrajny przykład – w San Antonio Spurs, a inaczej właśnie w Sacramento. Kolejni koszykarze nie przedostają się przez sitko tak złej organizacji i są po prostu z niej wypluwani - tyle, że straconego czasu już się nie odzyska.
Ta wymiana – niespodziewana – dla Pelicans była po prostu „no-brainerem”, nie dało się przejść obok niej obojętnie, bo takie okazje nie powinny zdarzać się nigdy. Jak pisał Maciejewski: „chodzi o to, żeby odnaleźć rozum w szaleństwie”. Vivkowi zabrakło rozumu w swoim szaleństwie. Została tylko destrukcja i spalona ziemia.

czwartek, 17 marca 2016

Jak „Moreyball” tłumaczy wyniki poszczególnych drużyn

Analityka. Przystępna forma. Spróbuję.

NBA zmierza w kierunku jak największej ilości trójek i rzutów tuż spod kosza. Celem jest wymazanie mid-range. Rzuty z półdystansu to analityczny Wietnam – swego rodzaju pułapka, da się, tylko coraz częściej można usłyszeć „nie idź tam, tam nic nie ma”. W ciasnych kanciapach ludzi z kartką, ołówkiem i Excelem liczy się trójka, restricted area i jeszcze jakiś wolny. Ma być efektywnie. Witaj w świecie Moreyballu. 

Tak więc, jeżeli rzuty z dystansu i restricted area są cenniejsze niż reszta, a coraz więcej drużyn szuka tego typu gry to należy przywiązywać większą wagę do obrony tych stref. Istnieje prosta statystyka, która zbiera % trafianych i bronionych rzutów za 3 i z RA do jednej liczby, określana jako „Moreyball efficiency (ME)”. Ta formuła nie uwzględnia ilości poszczególnych rzutów, a jedynie ich jakość.

W zeszłych trzech latach ME całkiem dobrze sprawdzało się pod względem przewidywania sukcesu poszczególnych zespołów. W sezonie 2012/13 Miami Heat miało najlepszy współczynnik ME, w 13/14 San Antonio Spurs, natomiast w 14/15 Golden State Warriors. Każda z tych drużyn potem zdobywała mistrzostwo. Próbowałem znaleźć gdzieś tę statystykę z tego sezonu, ale nie udało mi się. Stąd postanowiłem ją wyliczyć. Tak to wygląda: 


Na podstawie tych liczb można wysnuć kilka ciekawych spostrzeżeń. Dlatego też wypunktuje wybrane drużyny, z uwzględnieniem innych czynników czy rozbiciem tej statystyki na ofensywę i defensywę.

1. Efektywność San Antonio Spurs
Zespół Gregga Popovicha w żadnym wypadku nie pasuje pod definicję moreyballu. Tylko dwie drużyny szukają więcej rzutów z mid-range od drużyny z Teksasu – Timberwolves i Knicks. Przeciętny zespół w NBA oddaje 25% rzutów z mid-range. Najgorszy pod tym względem – 12.7%. Natomiast aż 33% rzutów Spurs pochodzi z półdystansu. San Antonio zdobywa najwięcej punktów w NBA właśnie z tej strefy. Jeżeli chodzi o moreyballowe rzuty, czyli trójki i RA, tylko Brooklyn Nets oddają ich mniej, co przedstawia poniższy wykres.

To też pokazuje jak efektywni są Spurs. Tylko Warriors trafiają na lepszym % trójki, natomiast nikt tak dobrze nie przetwarza rzutów tuż spod kosza jak Spurs. Ale to przede wszystkim defensywa wyniosła ich na drugą pozycje w ME – zaraz po Boston Celtics bronią najlepiej rzuty za 3 i samodzielnie przewodzą w rim-protection.

2. Zabójcza ofensywa Golden State Warriors
ME jest w pewien sposób kłamliwe. SAS są wymiennie z GSW pierwsi w tej statystyce, ale jak wspominałem – ten współczynnik nie uwzględnia ilości wymienionych rzutów. A tylko dwa zespoły – Rockets i Hawks – oddają więcej moreyballowych rzutów od Warriors. GSW mają najefektywniejszy atak w lidze, bo nikt tak dobrze nie trafia przede wszystkim za 3. Robią to na znacznie lepszym % niż reszta – 41.5%, gdy średnia wynosi lekko ponad 35%. Zdobywają najwięcej punktów, które są po prostu cenniejsze – 3>2. Jest kilka drużyn, które broni lepiej od GSW, ale to nie ma takiego znaczenia – ich atak wynosi ich ponad resztę zespołów.

3. Mizeria Houston Rockets
Czasem koszykówka sprowadza się do prostych rzeczy i wytłumaczenie problemów jest zaskakująco łatwe. Najbardziej moreyballowa drużyna jest zła w tym co robi. Naprawdę zła. Trafia trójki na % poniżej przeciętnej, natomiast rzuty z RA minimalnie ponad średnią (60.5%, średnia to 60.1%). Rockets nie przetwarzają rzutów, które nieustannie forsują. A ich obrona jest jeszcze gorsza. Drużyna z Teksasu w dużym stopniu gra to samo co sezon temu. Wtedy jednak te rzuty po prostu wpadały, wiosna była ciepła, a drugi sezon „True Detective” jeszcze nie powstał.  

4. Obrona Sacramento Kings to żart
Objazdowy cyrk George’a Karla jest 5 jeżeli chodzi o ofensywną ME. Jeżeli spojrzysz jeszcze raz na wykres ME zauważysz, że Kings znajdują się gdzieś w dolnej połowie stawki. To dlatego, że rim-proctection tej drużyny jest najgorszy w lidze. Pod koszem rywale Sacramento trafiają 65%, co jest o tyle zaskakujące że przecież ta drużyna ma tłok na pozycjach 4/5. Jest Boogie czy Willie-Cauley Stein m.in. po to, by nie mieć takich problemów. 
Obaj nie są złymi obrońcami obręczy (49%), stąd wygląda to jeszcze dziwniej.
Może trzeba zwalić na system w defensywie George’a Karla, który patrząc na Kings prawdopodobnie nie istnieje, czy jakieś dziwne ustawienia. Był mecz, w którym Karl decydujące posiadanie w obronie postanowił bronić Rudym Gayem na centrze, trzymając WCS na ławce. Skończyło się punktami, zgadliście, spod kosza. Sacramento ten mecz ostatecznie przegrało po dogrywce.

5. Przeciętność defensywna Raptors na tle wschodu
Jest kilka drużyn ze wschodu, które są w low 10 jeżeli chodzi o rzuty moreyballowe, ale nadrabiają znacznie ich obroną – Knicks, Bulls lub jakością po obu stronach parkietu – Heat, Pacers. Jeżeli chodzi o przetwarzanie rzutów za 3 i z RA Raptors są na wysokim 6 miejscu. Problem pojawia się nie tyle z całą defensywą, co z obroną trójek. Tylko Suns i Wizards pozwalają trafiać rywalom na lepszym % z dystansu niż Raptors To będzie niepokojące w playoffach przeciwko zespołom skupiających się na rzucie za 3 jak np. Cleveland czy Charlotte.

6. Rewolucja Hornets
To najlepsza drużyna jaką Michael Jordan zbudował w Charlotte. Mogą spokojnie powalczyć o drugą rundę playoffów czy przy idealnym rozstawieniu (muszą zająć 3 miejsce) o finał konferencji. Steve Clifford na tle reszty ligi wprowadził najbardziej rewolucyjne zmiany, przede wszystkim skupiając się na rzucie za 3. Tylko Warriors i Rockets oddają więcej trójek na mecz niż Hornets. Nawet, gdy Al Jefferson – żyjący z półdystansu – znajduje się na parkiecie, Clifford stara się grać obok niego 4 strzelcami z dystansu – 3 skrzydłowych i Frank Kamiński, czyli wysoki z trójką. Big Al nie jest już tak potrzebny tej drużynie, ale w playoffach będzie swego rodzaju nadwyżką. Nowa koszykówka Hornets działa i jest przyjemna dla oka, nawet w marcu. Ich średnia pozycja w ME wynika głównie ze słabego przetwarzania rzutów tuż spod kosza – 23 miejsce, znacznie poniżej przeciętnej.

7. Awersja Pacers do small-ballu
Paul George nie lubi grać jako small-ballowa 4, a Frank Vogel nie lubi small-ballu. To widać. Pacers nie przeszli zapowiadanej przed sezonem przemiany, pozostając przy ustawieniach z dwoma wysokimi. Indiana wciąż smaży się w słońcu półdystansu. Tylko 3 drużyny zdobywają w ten sposób więcej punktów, a w moreyballu Pacers są w dolnej 10 NBA.

To nie jest zła rzecz, tylko trochę szkoda niewykorzystanego potencjału. Indiana ma w sobie line-up, gdzie każdy może rzucać za 3, ale z niego nie korzysta. Myles Turner spędza większość czasu z drugim nierzucającym za 3 wysokim lub po prostu jako 4. Vogel kombinuje z line-upami – Pacers raczej nie mają problemu ze spacingiem, ale mogliby go znacznie poprawić. Zdarza się, że Paul George gra nawet jako rzucający obrońca obok Solomona – 24% za 3 – Hilla, Mylesa Turnera i Jordana Hilla, co nie powiem jest zaskakujące.

Ciekaw jestem czy w playoffach Vogel w końcu zdecyduje się na grę debiutantem na centrze i Paulem George’em jako niską 4, bo to może być potencjalnie game-changer dla tego zespołu. Szczególnie w końcówkach spotkań i docelowo to powinno przynieść najwięcej korzyści Indianie. Zdaje się jednak, że trener Pacers „umrze” z Charlesem Barkleyem na big-ballowym wzgórzu.

Końcowe wnioski
Trudno sprowadzać powodzenie drużyn do zasadniczo dwóch elementów gry. Z drugiej strony nie można ich też spłycać, mając na uwadze w jakim kierunku podąża liga. NBA coraz bardziej kręci się wokół spacingu i rim-protection. Przypadek Spurs – tak różny od czołówki – pokazuje że nie zawsze chodzi o ilość, a jakość wypracowanych pozycji. Ale ta trójka i tak gdzieś wraca. Nawet gdy zdaje się, że robisz coś zupełnie innego.  

wtorek, 6 października 2015

Zrozumieć Sacramento



Kilka luźnych przemyśleń o najbardziej fascynującej drużynie przed startem sezonu NBA – Sacramento Kings:

1. W zasadzie łatwiej jest rozszyfrować kod enigmy niż przewidzieć jak potoczy się sezon w wykonaniu Kings. Nie byłbym zdziwiony gdyby nagle wygrali 50 meczów, tak samo jak i nie byłbym zdziwiony gdyby tych meczów wygrali zaledwie 25. Ich celem oczywiście jest awans do playoffów i w tym wyścigu wprawdzie nie są pozbawieni szans, choć należy pamiętać, że Sacramento nie wygrało choćby 30 meczów w sezonie od roku 2008. Więc w tym wszystkim nie chodzi nawet o same playoffy, a o sens rozgrywania meczów na przełomie marca i kwietnia. Sacramento w tym okresie musi grać o coś.

2. Kings wysłali zeszłoroczny pick w drafcie – Nika Stauskasa – do Philadelphii (i przyszłe wybory w drafcie), by pozbyć się zbędnych kontraktów. Ten ruch miał zapewnić im miejsce w salary-cap, dzięki czemu mogliby podpisać Wesa Matthewsa czy Montę Ellisa. I ten cały manewr miałby sens, gdyby Sacramento byłoby z którymś z powyższych zawodników dogadane. A tak zostali wykiwani i skończyli tylko lub aż z Marco Belinellim, który w tym wypadku jest jak koniec oprowadzania po mieszkaniu i pytanie gościa „czy to już wszystko”?

To jest też o tyle ironiczne, że Kings w dwóch kolejnych draftach wybierali shooting-guardów, tylko po to by teraz za wszelką cenę podpisać za spore pieniądze wolnego agenta na tę pozycję. McLemore się wprawdzie nigdzie nie wybiera, ale tak czy siak zakontraktowanie Belinelliego to nie jest wotum zaufania w stronę młodziana.

Jeszcze jedno: jeżeli w dwóch kolejnych draftach wybierasz zawodników na tę samą pozycję, to nie dziw się, że któryś z nich będzie wyglądał jak bust. Posiadanie zbyt wielu utalentowanych młodych graczy w drużynie to wprawdzie dobry problem, ale co by nie mówić wciąż problem.

3. Tuż po drafcie zastanawiało mnie czemu ci biedni Kings nie poszli po rozum do głowy i nie wybrali Emmanuela Mudiaya. Bo skoro chcieli rozgrywającego – o czym świadczy sprowadzenie Rajona Rondo, choć w składzie mieli lepszego PG w postaci Darrena Collisona – to czemu nie wzięli właśnie Mudiaya? Naprawdę lepiej podpisać gościa z bagażem (Rondo), który nie wiadomo czy się odbuduje, kiedy masz i możesz mieć lepszego gościa w drużynie?

Musze tutaj dopisać, że lubię Willie Cauley-Steina i mu kibicuję, tylko po prostu wydaje mi się, że Mudiay pasowałby jak dupa do wiadra w tej drużynie Sacramento. Po prostu.

4. Zastanawiam się jak Karl rozwiąże dylemat z podstawowym składem w Sacramento. Czy iść w small-ball już od początku? Rudy Gay zaczynałby na 4 i pod koniec ubiegłego sezonu wyglądał na tej pozycji naprawdę dobrze. Wtedy na pozycjach 1-3 startowałby ktoś z czwórki Rondo/ Collison/ McLemore/ Belinelli i to wygląda na katastrofę w obronie, jednak – hej – trenerem i tak jest Karl, więc tego raczej nie da się uniknąć. Ewentualnie Omri Casspi mógłby zaczynać na 3, lecz to wydaje się mniej prawdopodobne. Rondo i Collison na pewno będą grać razem w niektórych momentach i może będzie miało to nawet jakiś sens.

5. Small-ballowa opcja wydaje się rozsądna przy wystawianiu Rajona Rondo, który jest spacingową kulą u nogi. Przeciwnicy śmiało mogą zostawić Rondo na dystansie i decydować się na podwojenie Cousinsa. W takim przypadku idealnie by było, gdyby Boogie miał komu oddać piłkę.
Boogie zamknięty w izolacji i Rondo zostawiony sam na szczycie prosi o piłkę, którą w końcu dostaje
Jeżeli pamiętasz mój ulubiony sitcom „Przyjaciele”, a na pewno pamiętasz, to przypomnij sobie odcinek, gdy bohaterowie poszli grać w futbol i nikt nie decydował się na podawanie piłki do Rachel, choć ta była cały czas niekryta. Z Rondo jest podobnie, po prostu nie chcesz mu podawać, gdy wiesz, że ten ma oddać – nawet czystą – trójkę.

6. Jeżeli nie idziesz za niskim trendem to decydujesz się stawiać od początku na Willie Cauley-Steina czy Kostę Koufosa? WCS mógłby grać jako 4 obok Boogie Cousinsa, ale pytanie czy wysoki z Kentucky jest czymś więcej niż tylko potencjałem w obronie. W ataku będzie prawdopodobnie minusowym graczem. W tym przypadku musiałbyś oprzeć swoją ofensywę na grillującym w ataku Cousinsie. Z drugiej strony możesz wystawić Kostę Koufosa na centrze i przesunąć Cousinsa do roli silnego skrzydłowego. W ten sposób Boogie otrzyma więcej miejsca i będzie mógł rozciągnąć grę i rzucić za 3, tylko to nie jest coś czego przeciwnicy będą się bać. Jeżeli Kings będą kontynuować taką grę to Boogie, przynajmniej z początku, będzie zostawiany na dystansie, bo to jest rzut, z którym swobodnie możesz żyć.
To o czym pisałem - Boogie, gdy Koufos przebywał na parkiecie, czasami uciekał od kosza i grał akcje pick-and-pop z Rondo by rzucić za 3. Nie jestem pewien czy to w ogóle dobry pomysł.
Karl lubi grać dwoma wysokimi, o ile ci będą biegać, o czym świadczy jego pobyt w Denver i wystawianie właśnie Koufosa wraz z Fariedem. Mimo wszystko, moim zdaniem Boogie powinien grać niemal wyłącznie jako center.

7. No właśnie, jedną rzeczą z której Karl nigdy nie zrezygnuje to tempo. Jego drużyny mają biegać i zamęczyć przeciwnika. Wszystko wskazuje więc, że Kings będą w czołówce posiadań/mecz, tylko pytanie czy takie szybkie granie to styl idealny pod Cousinsa (oczywiście, że nie, ale na to już dawno za późno). Mecz z Blazers wprawdzie specjalnie miarodajny nie jest, ale już można było zauważyć, że Boogie po prostu czasami nie nadążał za akcjami - tak jak poniżej, gdy sobie for-fun rzucił za 3.
Stąd ciekawi mnie jak Karl zbuduje ofensywę wokół Cousinsa. Bo Karlowi można wiele zarzucić, ale na ataku zna się jak mało kto w tej lidze. Tylko czy ma ku temu odpowiednich ludzi?

To już inna wątpliwość.

8. Kings powinni być w tym wszystkim bardzo fun-to-watch, bo Boogie jest gwarantem dobrej koszykówki. Jeżeli to wszystko jakoś kliknie, a znaków zapytania jest sporo mając takie osobowości w drużynie jak Rondo/Karl/Boogie/Gay, to Kings mogą sprawić niespodziankę i być teamem pokroju Warriors 2013, Raptors 2014, czy Bucks 2015. Idealny scenariusz na ten sezon zakłada, że będą tą drużyną, która trochę niespodziewanie wślizgnie się do playoffów.

Tylko tak jak pisałem na początku – w przypadku Kings nie ma półśrodków.

Tak więc albo wszystkich zachwycą, albo znowu zostaną cyrkiem objazdowym.