Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dallas Mavericks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dallas Mavericks. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lutego 2017

Yogi Ferrell: Lutowa Esencja Koszykówki

Długość sezonu NBA sprawia, że oglądanie kolejnych meczów koszykówki może stać się trudne. W pewnym momencie dochodzimy do momentu, gdzie tak naprawdę widzieliśmy już wszystko: znamy przekrój drużyn, wiemy jak grają i czego się po nich spodziewać. Dlatego tak fajne są niespodziewane historie zespołów (Miami Heat), czy poszczególnych zawodników, którzy znienacka zaznaczają swoją obecność w lidze.
To właśnie te nowe rzeczy powodują, że dalsze obserwowanie NBA ponownie sprawia tak po ludzku frajdę. Taką narracją dla mnie w trwających rozgrywkach na tym etapie jest Yogi Ferrell, który na dziesięciodniowym kontrakcie stał się jedną z największych niespodzianek. Mój rówieśnik młodszy o równy miesiąc, ze względu na zbitą, niską posturę pośród gigantów, przypominający z wyglądu bardziej najmniejszego z Gumisiów (Kabiego, jak podpowiedział Google), aniżeli przydomkowego misia Yogi (tak nazwała go mama w dzieciństwie, bo za dużo jadł) pomógł Dallas Mavericks wygrać 6 z ostatnich 8 meczów.
Być może, podopieczni Ricka Carlisle’a powinni skupić się w tym sezonie na zgarnięciu jak najwyższego wyboru w drafcie – tutaj jednak wiąże się pewna historia: m.in. tak szeroki dostęp do treści wyssał z nas pewne emocje i do pewnych decyzji podchodzimy bardziej pragmatycznie, a mniej po prostu jako zwykli kibice.
Z perspektywy monitora możemy ocenić, co dla danej drużyny mogłoby być najlepsze i wiemy, że w szerszej perspektywie dla Dallas korzystniej byłoby skupić się na dodaniu potencjalnej gwiazdy poprzez draft, tylko cholera! Jaką przyjemność przynosi oglądanie zespołu, który na przekór losowi wygrywa kolejne spotkania, z przeżywającym jeszcze jedną wiosnę Dirkiem, pokazującym potencjał nawet na All-Stara Harrisona Barnesa i zadaniowcami, którzy – klisza – w każdym meczu pokazują charakter i grają z wyróżniającym zaangażowaniem (spora przewaga w styczniu/ lutym).
Mavs są trochę jak stare filmy Woody’ego Allena (piszę stare, bo widziałem 18 jego filmów – „najmłodszy” z 2001 roku, ranking filmów Allena: 1. Hannah i jej siostry, 2. Annie Hall, 3. Śpioch, 4. Zelig, 5. Bierz forsę i w nogi), gdzie scenariusz opiera się na zdradzie męża, który przekonuje swoją nową kochankę, że wkrótce odejdzie od żony: „rozmawiałem z adwokatem, za tydzień składam papiery o rozwód”, a i tak po tygodniu, miesiącu, roku wraca do małżonki (rutyny, sprawdzonych rzeczy), próbując jeszcze raz naprawić swój związek. Chce wprowadzić zmiany w swoim życiu, ale koniec końców z różnych przyczyn z nich rezygnuje. Podobnie jest z Dallas, którzy być może chcieliby dodać do drużyny młodą gwiazdę poprzez draft, wiedzą przecież, że organizacja po Dirku też będzie musiała jakoś funkcjonować, ale ostatecznie i tak próbują z różnym skutkiem wygrywać jak najwięcej meczów, i spróbować, jeszcze raz, namieszać w play-offach. Wychodzą z założenia „może tym razem będzie inaczej”, i żyjąc wspomnieniami, ten ostatni raz, chcą zapewnić sobie szansę, mimo, że końcowy efekt jest zapewne znany. Z perspektywy analityki to złe podejście, ale jako zwykli kibice, czy nie możemy po prostu cieszyć się czystą esencją gry?
Historia Yogiego może być w gruncie rzeczy tylko styczniowo-lutowym przebłyskiem. 183 centymetrowy rozgrywający nie ma do końca warunków by być plusowym obrońcą, bo troszeczkę brakuje mu wzrostu, tak by ludzie nie rzucali mu przez ręce. Dallas z Yogim tracą na parkiecie 108 punktów na 100 posiadań, bez niego najlepsze 95,6. Ten jest jednak zadziornym, cały czas zaangażowanym zawodnikiem, który pomimo swoich braków fizycznych, robi wszystko, by nie zgubić atakującego i jak najbardziej utrudnić mu życie. To są małe rzeczy, takie jak np. statystyka „deflections”, w której Yogi z wynikiem 2,9 jest najlepszy spośród całej drużyny.
W ataku gra mądrze, pod drużynę i mimo fizycznych niedociągnięć pokazuje sporą różnorodność. Jego zachowania na parkiecie są podyktowane obroną rywala i tutaj wychodzi właśnie czytanie gry oraz spokój (4 lata na uniwersytecie robią swoje).
Spójrz jak z głową w górze Yogi patrzy na to co robi obrona wokół – widzi kątem oka, że Evan Turner wyszedł delikatnie do pomocy, przez co odpuścił Barnesa i ten na moment stał się wolny – tam idzie podanie.
Yogi potrafi trafić trójkę – 46,3% - szczególnie, gdy defensywa przeciwnika zostawia mu miejsce w pick and rollu, kryjący zgubi się na zasłonie, a wysoki pozostaje głębiej. Nieco gorzej radzi sobie z agresywniejszą obroną, gdy wysoki potraktuje Yogiego jak dobrego strzelca i zdecyduje się na zamknięcie rzutu za 3 poprzez wyjście („hedge”), czy założenie pułapki. Rozgrywający Mavs nie podpala się w takich sytuacjach i zdarza się, że podaniem tworzy przewagę 4vs3, a jeżeli nie to zwyczajnie wraca do punktu wyjścia i rozpoczyna akcję na nowo. Ma także szybki pierwszy krok, którym udaje mu się mijać mniej zwinnych obrońców, szczególnie przy zmianach krycia, gdy rywal musi wybrać, czy zostać i bronić kosza, czy wyjść na półdystans i utrudnić potencjalny rzut, ale odpuścić wjazd pod obręcz.
Rick Carlisle to także jeden z tych trenerów, który jak mało kto potrafi pomóc swoim zawodnikom mądrymi zagrywkami. To jedna z nich – i widziałeś ją tysiące razy, tylko w zestawie z innym rozgrywającym – gdzie Dirk po koszyczku i natychmiastowym postawieniu zasłony oddaje piłkę Yogiemu na łatwy wjazd do kosza.
Mavs próbowali również typowej podwójnej zasłony dla rozgrywającego (w stylu Rockets, pisałem o tym tutaj i tutaj <punkt o Gordonie>), gdzie jeden z zawodników robi pop na linię za 3 (Dirk), a drugi atakuje obręcz (Dwight Powell, czerwona strzałka).
W tym wypadku akcja skończyła się stratą, głównie dlatego, że Dirk zdecydował się nie rozciągać na trójkę, a daleki półdystans – Yogi posyła back-pass za Niemca, spodziewając się, że ten będzie krok wstecz.
Jest mnóstwo akcji, które chciałbym pokazać z wykorzystaniem drobnego rozgrywającego, ale te wydały mi się najciekawsze – starałem się też wstawiać je na bieżąco na Twittera. Urzekło mnie wejście Yogiego, który przypomina, dlaczego warto oglądać NBA także w lutym i pomaga wyjść z trybu „autopilota”. Mam nadzieję, że wbrew przeciwnościom, ugruntuje swoją pozycję w lidze i przy powrotach po kontuzjach pozostałych kolegów z drużyny, nadal znajdzie się dla niego miejsce w rotacji Carlisle’a. Bo jeżeli ten sezon i tak w przypadku Mavs z analitycznego punktu widzenia nie ma specjalnie sensu, to, jako kibic koszykówki, proszę o fun.

niedziela, 22 stycznia 2017

Plusy i Minusy (6) – Dallas Mavericks są gospodarzami parku rozrywki Westworld

Dolores budzi się. Idzie na ganek porozmawiać ze swoim ojcem, który ostrzega ją przed niebezpieczeństwami czyhającymi na zewnątrz. 
Niektórzy wybierają dostrzeganie tylko brzydoty tego świata, nieładu. Ja wybieram dostrzeganie piękna. Wierzę, że w naszym bycie panuje porządek. Cel. Wiem, że wszystko obróci się tak jak powinno – odpowiada Dolores. 
Potem wyrusza na miasto, gdzie robi zakupy, by pod sklepem upuścić butelkę mleka. I zależnie od tego, kto podniesie ową butelkę – obcy, ukochany Teddy, czy sama Dolores – tak potoczy się scenariusz, którego zakończenie za każdym razem pozostawało identyczne. Reset. Tak więc, następnego dnia Dolores budziła się i niczego nieświadoma powtarzała te same czynności, tkwiąc w pętli. <spoiler> Na wzór powtarzalności zaprogramowany był każdy gospodarz parku rozrywki Westworld i mnóstwo czasu zajęło poszczególnym robotom przypominających ludzi zorientować się, że ich utopijna wizja rzeczywistości to iluzja i wielki przekręt. <koniec spoilera>
Czy Dallas Mavericks – którzy grają od 2011 roku jeden ten sam sezon – są w stanie doznać podobnego olśnienia?
Drużyna z Teksasu ma niepokojąco wiele wspólnego z gospodarzami wspaniałego serialu stacji HBO (Clippers z "Serią Niefortunnych Zdarzeń" od Netflixa). Spójrzcie na to w ten sposób: rokrocznie obserwujemy jak grupa weteranów, zadaniowców i Dirka za wszelką cenę heroicznie próbuje awansować do play-offów, by potem z nich zgodnie z przewidywaniami odpaść już w pierwszej rundzie. Pod wodzą Ricka Carlisle, wyłączając sezon mistrzowski, Mavs wygrali całą jedną serię od 2008 roku, mimo posiadania na ławce top-2 szkoleniowca w NBA. Dallas to po prostu od lat typowy zespół za dobry na czołowy wybór w drafcie – wait for it – a za słaby, by w najważniejszej fazie sezonu sprawić kłopoty klubom z górnej części tabeli. Powstała pętla, która rozgrywki w rozgrywki się powtarza.
Dlaczego więc nie spróbować wyjść z tej martwej strefy na jeden sezon i dać sobie szansę na wyciągnięcie zawodnika potencjalnie zmieniającego oblicze klubu? Mark Cuban wprawdzie takiego gracza w nadchodzącej klasie draftu nie widzi, bo gdyby takowych było dwóch lub trzech, to wtedy WIERZCIE MI skończylibyśmy z dwunastoma zwycięstwami. Jednak okoliczności na wystawienie białej flagi są sprzyjające dla Dallas jak współcześnie nie były nigdy.
Sufit Mavs jest wyjątkowo nisko, przez co ta drużyna aż się prosi o młody talent, który mógłby pomóc w przyszłości osiągnąć coś więcej niż tak cenne do widzenia na początku drabinki. Rozumiem też cel podejścia „byle wejść do play-offów, by poszukać okazji na przejście dalej, bo np. rywalowi przydarzy się kontuzja”, ale tabela na zachodzie ułożyła się tak, że jedyną niewiadomą jest to kto zajmie 8. pozycję i odpadnie po szybkim 0-4 z Warriors. Mavs nie są jedną z tych drużyn jak choćby Timberwolves, dla których awans do play-offów byłby naturalnym krokiem w rozwoju młodzieży i nawet szybkie odpadnięcie w ich przypadku wydaje się nieocenione. Co więcej, draft wygląda na niesamowicie silny, dzięki czemu przy odrobinie szczęścia doszedłby do Harrisona Barnesa drugi zawodnik wokół, którego potencjalnie można by było budować zespół.
Zabawna rzecz jest taka, że Mavericks są na tyle słabi jako całość, że ostatecznie mogą i tak skończyć z top-5 pickiem w drafcie. Byłoby to piękne przekazanie pałeczki od Dirka dla być może nowej twarzy Dallas, tylko ta nieświadomość w walce o cele może doprowadzić, że drużyna wygra 3-4 mecze więcej, dzięki czemu spadnie nieco w loterii. Detale, ale to one decydują, czy kończysz z Justise’em Winslowem, czy Terrym Rozierem (oczywiście musiał trafić rzut na dogrywkę z Portland po tym jak to napisałem).
Harrison Barnes w post
Skrzydłowy Dallas ma bardzo dobry sezon i jest jednym z niewielu jasnych młodzików Mavs – obok Doriana Finneya-Smitha – w rozgrywkach, w których Justin Anderson i Dwight Powell zatrzymali się w koszykarskim rozwoju. Barnes spędza większość czasu na parkiecie, grając jako niska 4 i przepychając się często z silniejszymi od siebie zawodnikami, zupełnie przy tym nie odpuszczając.
Ważnym elementem w arsenale 24-latka są akcje tyłem do kosza. Dla graczy, którzy mają więcej niż trzy posiadania w post na mecz, Barnes zdobywa 4. najwyższą średnią punktów – 0.99. Statystycznie więc, skrzydłowy notuje więcej punktów na posiadanie w post niż tacy gracze jak Boogie Cousins, LeBron James, Anthony Davis lub Al Jefferson, czy Marc Gasol. HB je przede wszystkim w sytuacjach, gdy po prostym pick and rollu wypracowany zostanie switch na niższego zawodnika i mamo jesteś ugotowany – a już szczególnie, kiedy Barnes otrzyma piłkę na lewym bloku skąd trafia 50%. 
Przeciwnik musi wybrać, czy podwajać 24-latka – co dla Mavs powinno być wodą na młyn – czy żyć z trafianymi rzutami Barnesa z post. Gracz Mavs pokazał kilkukrotnie, że potrafi uwolnić się z podwojeń – tych niezdecydowanych, w których chcesz podejść, ale nie wiesz, czy powinieneś – i wypracować czyste trójki dla pozostawianych zawodników, przez co nagle rywal nie oddaje już analitycznie złego rzutu z post, a znakomitą open-3.
Barnes to mądry koszykarz: często wybiera właściwe rozwiązania i dobrze widzieć, że po hejcie, który spadł na niego w koszulce Warriors odnalazł się szybko w nowym klubie.
Są rzadkie sytuacje, gdy center Jazz rozejrzy się wokół i uzna, że najlepszym rozwiązaniem jest wjazd w piłką do kosza.
To nowość w arsenale Francuza i kilka razy w tym sezonie pokazał, że potrafi zaatakować obręcz, jednocześnie kozłując piłkę. Jak wspominał Zach Lowe - piszcząc o Stevenie Adamsie, który wprowadził podobną nowość tylko z większą liczbą kozłów - jest to szczególnie trudne dla 7-footerów, a perfekcja w tym elemencie zajmuje lata.
Mała rzecz, ale kolejne zagrożenie dla przeciwnika i jeszcze jeden czynnik w ogromnym progresie głównego kandydata do nagrody DPOY. Spójrz jak łatwo Gobert wyżej dostał się do kosza: jeden kozioł, ale na tyle długie kroki, że z łatwością minął obrońcę.
Log-jam Sixers aka „gdy wraca Ben Simmons, ale masz za dużo zawodników na jedną pozycję”

Czekam na debiut Bena Simmonsa jak Cartman na debiut Nintento Wii. Najlepszy młody duet w lidze ze zjawiskowym Joelem Embiidem, Australijczykiem, potencjalnie top-5 – miejmy nadzieję rozgrywającym – draftu i ewentualnym wyborem Lakers. Jestem zapisany odkąd Ish Smith z Jahlilem Okaforem w styczniu zeszłego roku byli przez 3 tygodnie moją ulubioną drużyną do oglądania. Ale! W tym dobrobycie nieco problematyczną sytuacją już za chwileczkę będzie podzielenie minut na pozycjach 3 i 4. Spójrzmy jak wygląda to teraz:
Ersan Ilyasova – 28 min / mecz
Dario Sarić – 24min / mecz
Robert Covington – 30 min / mecz
Timothe Luwawu – 10 min/ mecz
Łącznie – 92 min / mecz
Do rozdania 96 minut: resztki, które stąd nie wyszły należą do Jeriana Granta, czy Hollisa Thompsona, ale ich już w klubie nie ma. I teraz pytanie, gdzie w tym wszystkim wcisnąć Simmonsa, który z czasem według zapowiedzi Bretta Browna ma grać również jako rozgrywający, nie point-forword. Załóżmy jednak, że początkowo będzie występował jako priorytetowa 4. Dodajmy do tego limit minut, niech będzie jak u Embiida na wejściu – 24. Więc:
PF, 48 min:
Simmons – 24 min
Ilyasova – 18 min
Sarić – 6 min
SF, 48 min:
Covington – 30 min
Sarić – 18 min
Hm? Ktoś może być poszkodowany. Sariciowi zdarza się grać od przyjścia Ilyasovy poza pozycją, jako niski skrzydłowy, a idealnie by był niską 4. Tylko to miejsce Simmonsa, który jest po Embiidzie najważniejszym zawodnikiem Sixers. Najłatwiej byłoby wyrzucić minuty Ilyasovy, tyle tylko, że:
NetRtg
Embiid, Ilyasova +9.9 w 427 min
Embiid, Sarić +4.6 w 313 min
Kameruńczyk ma nie tyle co świetną koneksję z Turkiem, a po prostu dobrze jest mu grać z kimś kto zapewnia spacing i jest jakimś tam zagrożeniem za 3. Ale trzeba będzie zrezygnować z minut – szczególnie, gdy Simmons zacznie grać ich po 30 – Saricia jako 4 – i wrzucić go poza pozycję na stałe, co nie jest dobrym rozwiązaniem dla nikogo – albo powiedzieć po turecku do widzenia Ilyasovie. I wtedy Sarić – który pokazuje kwadratowo wszystko po trochu, ale jejku jak brakuje mu szlifu – grałby już te 18 minut jako silny skrzydłowy przy wypoczynku Simmonsa i 1/4 czasu poza pozycją. Zobaczymy na co zdecyduje się Brown, bo jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem to pojawi się log-jam. Ktoś straci minut, ktoś wypadnie – jak choćby Okafor – poza rotację, bo jest za dużo graczy na jedną pozycję, czy może dojdzie do jakiejś wymiany.
Przesadne rotacje w obronie Bucks
Milwaukee lubi sobie pomagać. W defensywie. I często przesadza w tym aspekcie, przez co atak przeciwnika sprawia wrażenie, że może być jeszcze lepszy niż w rzeczywistości. Chciałem pokazać pewne posiadanie, z którego już zrezygnowałem, ale zmieniłem zdanie, gdy je jeszcze raz zobaczyłem. Jedna z najdziwniejszych akcji w obronie, którą w tym sezonie widziałem. Zaczyna się tak:
Monroe boi się ewentualnego drive’u/ trójki Hardena i czeka wysoko – Giannis wyszedł do Harrella, za którego odpowiada center Bucks, zostawiając wysoko Arizę, co przy szybkości Greka jest zrozumiałe. Lider Rockets gra pick and rolla i oddaje piłkę do wysokiego, ale podejrzane jest to co zrobił w tej akcji Brogdon: czemu wyszedł do pomocy i zostawił wolnego w rogu Beverleya. Czy Harrell został z kimś pomylony, że czterech graczy skupiło na nim swoją uwagę?

Akcja kończy się czystą trójką z prawego rogu. Za dużo pomocy – Bucks naprawdę lubią to przedawkowywać – co jest szczególnie niebezpieczne z taką drużyną jak Rockets, która trafia najwięcej trójek w NBA, a decydujesz się zostawiać strzelców na dystansie kosztem nawet trudno stwierdzić czego. Spooky.

czwartek, 4 lutego 2016

Dylemat Ricka – Chandler, a Dirk

Dla Z Krainy NBA napisałem o Dallas Mavericks i nietypowym problemie z jakim się zmagają - Chandler Parsons lepiej czuje się jako small-ballowa 4. Ale na 4 gra Dirk. Dirk nie może grać jako center. Co może zrobić Rick Carlisle? 

wtorek, 17 listopada 2015

Plusy i minusy NBA (2) - Luka w procesie Sixers

Jak bardzo jestem zainteresowany samym procesem i tym czy uda się Samowi Hinkiemu przenieść Dolinę Krzemową do NBA, tak samo jestem zdegustowany kolejnymi porażkami Sixers. 

Wiem, obie te sprawy są ze sobą nierozłączne, ale mam wrażenie, że gdzieś po drodze zapominany jest czynnik ludzki. Nie chodzi mi nawet o kolejne przegrane, one są wpisane w część tankowania, ale o to, że zarząd Sixers nie zapewnia tym młodym chłopakom odpowiednich warunków do rozwoju. Seryjne porażki odbierają chęć walki na parkiecie w kolejnych meczach, niszczą morale, wchodzą do głowy – to się zapamiętuje. Mam pretensje do Sama Hinkiego – przeczytasz o tym po raz 18737 – że nie ściągnął do drużyny jakiegoś weterana.

Młodzi zawodnicy zbierają doświadczenie grając mecze o coś i słuchając rad lepszych od siebie zawodników - takich którzy w tej lidze coś znaczyli, coś widzieli, coś wygrali. I wprawdzie jest to klisza, jednak słuchając wypowiedzi starszych zawodników - od kogo się uczyli, kto im pomagał w pierwszych latach gry – ci niemal zawsze wspominali o wpływie jakiegoś weterana. Spójrz teraz na Karla Townsa, Andrew Wigginsa i Kevina Garnetta czy pozostałych weteranów Timberwolves i widzisz podczas meczów ich wpływ na młodych graczy. Czytasz o tym jak pomagają, udzielają rad, zostają po treningach. Robią to, bo zależy im na rozwoju tych zawodników. Wiedzą też, że w początkowych latach ich kariery ktoś w podobny sposób także im pomógł.  

W Sixers tego nie ma. Ich najlepszym graczem już na starcie kariery musi być albo Jahlil Okafor albo drugoroczniak Nerlens Noel. Od początku to oni muszą ciągnąć tę losową zbieraninę Sixers w górę. I patrząc na mowę ciała Okafora, mógłbym dostrzec że powoli ma dość organizacji. Dla niego jest to jak pójście na maraton filmów z Batmanem, tylko by trafić na seans „Batman i Robin”.

Oczywiście, posiadanie takich doświadczonych graczy jak Kevin Garnett, Tim Duncan czy Dwyane Wade to niewyobrażalny luksus, którego nie kupisz. Ale wpływ tych słabszych doświadczonych graczy jak np. Andre Miller, Tayshaun Prince czy Mike Miller byłby wskazany. Inną sprawą pozostaje to czy któryś z tych graczy chciałby w ogóle mieszać się w organizację Sixers, jednak tutaj rolą GM-a jest by takiego zawodnika ściągnąć. O to mam żal do Hinkiego, bo pod tym względem nie ułatwił debiutantom asymilacji z ligą.

Jak mówi Jay-Z – on to the next one.

Carlisle i Mavs znowu to robią
Tuż przed startem sezonu napisałem, że jeżeli coś trzyma mnie przy nieskreśleniu Mavs z playoffów, to zdecydowanie jest to Rick Carlisle. Coach Dallas to taki trenerski odpowiednik Harveya Spectera z serialu „Suits” - zawsze znajdzie drogę do zwycięstwa. Nie wiem jak, ale ten znowu to robi. Wyciska ze swoich zawodników maksimum i Dallas wygląda jak przyzwoita drużyna.

Dirk wciąż ma momenty i karci przeciwników za 3, Wes Matthews daje świetny hustle w obronie i trójkę z dystansu, Chandler Parsons będzie w systemie Carlisle’a lepszym zawodnikiem niż faktycznie jest, Zaza Pachulia gra po cichu niezły sezon i nawet Deron Williams nie jest tak bezużyteczny jak bywał na Brooklynie. Dorzuć do tego korpus Raymonda Feltona, zaskakującego Dwighta Powella i produktywnych rezerwowych, o których nie wspomniałem i mamy drużynę, która znowu będzie fun-to-watch.

Prawdopodobnie nie uda się odtworzyć tej ofensywy z czasów pre-Rondo, ale możemy sobie momentami przypomnieć dlaczego na Mavs tak dobrze się patrzyło. Wraz ze stabilizacją minut Matthewsa/ Parsonsa i kolejnymi wymianami będzie jeszcze lepiej. Wprawdzie w żadnym wypadku nie postawimy ich w gronie kontenderów, ale nie spodziewałem się że będzie aż tak dobrze.

Rick Carlisle to pieprzony Jedi.

Ambiwalentny debiutant Jazz
Rookie Trey Lyles na uniwersytecie Kentucky grał jako niski skrzydłowy, ale już po wejściu do NBA Jazz wystawiają go na jego nominalnej pozycji silnego skrzydłowego, ewentualnie jako niskiego centra. Lyles póki co zderzył się lekko ze ścianą, rzuca marne 26,9% z gry, jego net rating to -30 i niczym nie imponuje. Ale w przypadku Lylesa interesuje mnie jedna rzecz, którą kupi sobie czas w NBA – czy będzie w stanie rzucać za trzy na przyzwoitym %. Póki co jest 1/5, w NCAA był 4/29, ale jego shot-release nie jest zły. Rozchodzi się głównie o to czy będzie w stanie grać takie akcje pick n’pop jak tutaj.

Jeżeli tak to byłby dobrą opcją z ławki dla Jazz, którzy trochę-mniej-desperacko-niż-myślałem potrzebują spacingu. Jestem ciekaw.

Niania Bjelica jako small-ballowy center
Zabawne, że taki dinozaur jak Sam Mitchell kończył mecz z Pacers takim teoretycznie nowoczesnym line-upem jak small-ball z Bjelicą na centrze. W ten sposób Timberwolves grali 6,9 minuty w 4 kwarcie i byli +6. Ostatecznie między innymi to ustawienie było jedną z przyczyn ich porażki w końcówce – brak obrony kosza, ale dzięki temu też odrobili straty - w ataku Timbos sprawiali mnóstwo problemów. Tak jak tutaj, gdy defensywa Pacers całkowicie się pogubiła i nie wiedziała kogo kryć, zostawiając niepilnowanego na dystansie Bjelicę.

To właśnie ta zaleta small-ballu: jest dużo miejsca, każdy może trafić trójkę i wygląda to przyjemnie.

Choć nie jestem fanem talentów trenerskich Mitchella, jego rotacji (vide 12 minut Andre Millera w 4q meczu z Pacers, brak KAT-a w końcówce tego spotkania czy krycie Curry’ego Andre Millerem) tak zdecydowanie należy go pochwalić, że stawia na Bjelicę. Kolejny element młodych Timbos. 

Pomyślałem też sobie, że może Scott Brooks byłby dobrym trenerem w Minnesocie? Jest niezłym coachem, wprowadzi cię na odpowiedni poziom i ma świetny kontakt z młodymi zawodnikami. Nie jestem tego całkowicie pewien, ale Brooks ma sens.

Hej, jestem niezłym zawodnikiem Langstona Gallowaya
Langston Galloway ma po cichu świetny sezon z ławki u Knicks. W 11 meczach, jego offensive rating to 132, net rating +27, do tego rzuca 55,6% (!) za trzy przy 3.3 próbach na mecz. Lubię takich graczy, którzy walczą w każdym posiadaniu, ale Galloway to póki co coś więcej niż czysty hustle – to może być bardzo dobry zadaniowiec. Fisher mu zaufał, kończy z nim spotkania na parkiecie i Galloway odpłaca mu się pracą po obu stronach boiska. I nawet jeżeli jego skuteczność z dystansu to fluke, to jest na tyle dobrym obrońcą, że gra nim się po prostu opłaca.

Gallowaya nie byłoby gdyby nie zeszło-sezonowe tankowanie Knicks, więc – hej – kolejny pozytyw obok Porzingisa. W Nowym Jorku jest coraz lepiej, dobrze się to ogląda.

Dziękuje za przeczytanie.

środa, 29 kwietnia 2015

I Will Go Down With This Ship



Siedź pod tęczą i napisz wiersz.

W bandwagonie Rockets jest przyjemnie, słońce świeci, wiatr nie wieje, Dwight Howard dogania samochód, puka w przednią szybę i pyta czy może wejść. Wchodzi. Chce więcej. Ja też.

Rockets są w drugiej rundzie PO, tam powietrze jest gęstsze, widoczność na drodze słabsza i zasadniczo łatwo o wypadek. Winter is coming. Inaczej, Spurs are coming.

Ale jedziemy dalej.

Będzie, zgadliście!, głównie o Rockets, serii z Mavs, trochę o Rondo i półfinale zachodu, szansach, nadziejach i słabościach. Pełna losowość, kolejność dowolna. So here we go.

1. W zasadzie widzieliśmy dwie serie Rockets w pierwszej rundzie. Mecz nr 1 i 2 to takie starcia między Rockets, Mavs, a Rajonem Rondo, który nie za bardzo mógł się zdecydować, po której stronie sporu stanąć. Więc dryfował. W końcu Rick Carlisle rozwiązał za niego problem i zdecydował, że Rondo grać już nie musi. A nawet nie może. I tutaj seria skończyła się wynikiem 2-1, wciąż na korzyść Houston. Było na pewno troszkę ciężej Rockets i lżej Mavs, których ofensywa w końcu przypominała tę z początku sezonu.

Tak czy siak, to byli ‘tylko’ Mavs. Ci bez obrony.

Tutaj mała ściągawka przyjętej narracji Mavs i Rondo, just for fun:

a) „Dobry steal, Carlisle jest świetnym coachem, wpasuje go do systemu”.

b) „Oddajemy trochę ofensywy za lepszą obronę, więc będzie ok”.

c) „Jest lekko zardzewiały, ale dajmy mu czas. Pokazuje pojedyncze sygnały, że wpasuje się do stylu zespołu”.

d)Oh man, what the fuck is he doing. Why he’s fighting with our coach. Who the fuck he think he is”? (Czyli zbliżamy się do momentu kulminacyjnego).

e) Wejście w stan „nie oczekuje niczego, a i tak jestem rozczarowany”. Czekanie na koniec sezonu i wiara w playoffowego Rondo. W między czasie pojawia się kilka artykułów w stylu: „ooo, jeżeli Mavs coś chcą osiągnąć w tym sezonie muszą zaufać Rondo”. I było w tym kilka sensownych argumentów, ale… sorry, muszę…

f) Playoffowy Rondo i everybody done.

2. Rockets są w tych playoffach nawet nie tyle underrated, co po prostu się o nich niewiele mówi. Nie są też specjalnie atrakcyjnym zespołem i pewnie, gdyby zrobić taki mały ranking na najmniej lubianą drużynę w PO byliby gdzieś na trzecim miejscu, tuż za Clippers i może Cavaliers. Gdzieś tam jeszcze pałętali by się i Nets, gdyby nie to, że ktoś zapomniał ich wpisać.

Wciąż, Rakietki niezależnie na kogo trafią w drugiej rundzie będą underdogiem, mimo przewagi własnego parkietu. Ale…

Nie ma pewnych rzeczy. Nie ma. Kropka. Stąd to moja największa nadzieja w serii z Clippers/ Spurs. Mam kolegę, który jakiś czas temu poznał dziewczynę i moja ocena ich wspólnej przyszłości wynosiła w skali do 10, jakoś w przybliżeniu 9,34. Spotkali się. Jest super. Potem znowu się spotkali. I znowu. I znowu. Nic się nie dzieje. Są w tym samym miejscu, w którym zaczęli, z tym że widzieli się – nie wiem – 5 czy 6 razy. I moja ocena spadła dość drastycznie, gdzieś do okolic naciąganej czwórki. Mimo że lubią podobne rzeczy i spędzają czas w podobny sposób, po prostu tego nie widzę. Oni też nie. Czegoś brakuje. Myliłem się. Wprawdzie mogę się mylić znowu, ale nie ma pewnych rzeczy. Spytajcie Leonardo di Caprio po jego każdej nominacji do Oscarów. Albo zawodników Chelsea 2012 po zwycięstwie w lidze mistrzów, gdy wielu z nich zrezygnowało.

Dlatego nie skreślajcie Rockets przed startem serii. Będą niebezpiecznym przeciwnikiem, nawet bez Beverleya i D-Mo, niezależnie na kogo trafią.

[Hej!, wszyscy ze mną na czele stracili wiarę w syna pewnego trenera i co się stało? Odpalił w G4, dał to czego Clippers potrzebowali. Niesamowite].

3. To jest jedno z tych zdań, których nigdy nie sądziłem, że użyje, ale Dwight na tle frontcourtu Mavs wyglądał jak „bully”. Znęcał się, przede wszystkim nad Chandlerem, bardziej niż babcia Buttersa z „South Parku” nad nim samym.

Dwight miał swój moment, był twardzielem i przynajmniej na razie muszę odszczekać słowa o tym, że Dwight to „pussy”. Ten kawałek, ze specjalną dedykacją z Los Angeles i Sydney, poczeka więc do końca serii z Clippers/ Spurs. Wiecie, że to się stanie. Na razie Dwight nuci pod nosem „Mamy po 20 lat” i ma własny świat.

To nie był jeszcze Howard z czasów Magic (he’s gone), ale wystarczająco dominował na tablicach, bronił obręczy i zaliczył kilka przyjemnych dunków.

4. Josh Smith jest ważnym ogniwem playoffowej drużyny. Cofnijcie się o pół roku, przeczytajcie to zdanie głośno i nie wybuchnijcie śmiechem. J-Smoove jest póki co świetny i to jeden z tych zawodników, przy którym krzyczysz do monitora: „nie, nie rzucaj” – ten odpowiada trafieniem i mówisz „oh, ok”. Dwie minuty później następuje powtórka tej sekwencji. Potem znowu. „It’s just a Josh thing”.

Zakręcił, w pick n’ rollach wraz z Dwightem, dosyć mocno Dirkiem, Tysonem i Bóg wie jeszcze kim w G2. Nikt w Dallas nie mógł czuć się bezpiecznie. 


5. Corey Brewer jest w „I’ve got 99 problems but the bitch aint one” mode. Niech tak zostanie.

6. Terrence Jones może kreować sobie jakieś małe akcje w ofensywie, surprised?

7. Największy problem Rockets to bez wątpienia pozycja PG. Jak 142-letni Jason Terry i Pablo „Fideo” Prigioni będą bronić CP3, czy Parkera/ Millsa. Boje się. Pat Beverley też się boi i nawet duża ilość alkoholu może nie pomóc. Czy Nick Johnson może być odpowiedzią na jakieś pytanie?

Pat Beverley zaczyna płakać.

O ile jego brak nie był aż tak widoczny w serii z Mavs, tak tutaj będzie kluczowy. W tym match-upie będzie brakowało przede wszystkim szybkości i agresji, więc może jakimś pomysłem byłby Brewer kryjący Parkera albo – jeżeli to będą Clippers – Ariza na CP3. Mówiąc o Arizie…

8. O ile w defensywie Trevor Ariza to jeden z najmocniejszych punktów Rockets to w ofensywie póki co jest zimniejszy niż lód. Nie ścina pod kosz, nie trafia czystych trójek. 0.289% z gry przy 9.0 rzutach na mecz. Wygląda to po prostu źle.

9. Joey Dorsey póki co nie gra poważniejszych minut, więc w tle leci „Happy” Pharella Williamsa. Gra za to młodziutki Clint Capella, który trochę znikąd, a trochę z D-League wylądował w playoffach i wygląda jak zawodnik NBA. Taka historia w wersji mini zeszłorocznego Troya Danielsa, tylko ze zdecydowanie ciekawszą przyszłością.

10. James Harden nie może kryć Chrisa Paula/ Kawhiego Leonarda. Tutaj nie ma się nawet nad czym zastanawiać. Problem jest taki, że Leonard/ Paul mogą kryć Hardena i być jednocześnie skutecznymi w ofensywie. Przede wszystkim Kawhi może zamknąć Brodę do tego stopnia, że ten albo ją zgoli, albo o 4 nad ranem po trzecim meczu obudzi się oblany potem, przed oczami widząc warkoczyki i krzycząc do siebie: „IS HE GONE”.

Przesadzam.

Harden będzie utrudnieniem w defensywie, szczególnie ze Spurs, z którymi nie za bardzo jest gdzie go schować. Chyba, że Danny Green zagra na poziomie G4 z Clippers, wtedy jestem spokojny. Broda musi się wspiąć na wyżyny swojej ofensywy, zarzucić plecak z napisem Rockets i pociągnąć go w górę. W obronie pozostaje modlitwa.

11. Z taką defensywą jak w G3 nie ma czego szukać w serii ze Spurs/ Clippers. Wydaje mi się, że przede wszystkim tempo tych meczów powinno/ musi spaść, trzeba nieco zwolnić akcję i nie szukać rozwiązań typu Pablo „hej, zostało 18s na zegarze, więc czemu by nie oddać kontestowanej trójki”.

Tak więc, potrzebnych jest sporo korekt w grze Rockets, bo mimo awansu, G4 i G5 pokazały wiele niedociągnięć. Jest dużo do poprawy.


12. Na koniec, typ optymistyczny i realny:
Vs Clippers 4-3,  2-4
Vs Spurs 4-3, 2-4 

Białej flagi jeszcze nie widać.