czwartek, 17 marca 2016

Jak „Moreyball” tłumaczy wyniki poszczególnych drużyn

Analityka. Przystępna forma. Spróbuję.

NBA zmierza w kierunku jak największej ilości trójek i rzutów tuż spod kosza. Celem jest wymazanie mid-range. Rzuty z półdystansu to analityczny Wietnam – swego rodzaju pułapka, da się, tylko coraz częściej można usłyszeć „nie idź tam, tam nic nie ma”. W ciasnych kanciapach ludzi z kartką, ołówkiem i Excelem liczy się trójka, restricted area i jeszcze jakiś wolny. Ma być efektywnie. Witaj w świecie Moreyballu. 

Tak więc, jeżeli rzuty z dystansu i restricted area są cenniejsze niż reszta, a coraz więcej drużyn szuka tego typu gry to należy przywiązywać większą wagę do obrony tych stref. Istnieje prosta statystyka, która zbiera % trafianych i bronionych rzutów za 3 i z RA do jednej liczby, określana jako „Moreyball efficiency (ME)”. Ta formuła nie uwzględnia ilości poszczególnych rzutów, a jedynie ich jakość.

W zeszłych trzech latach ME całkiem dobrze sprawdzało się pod względem przewidywania sukcesu poszczególnych zespołów. W sezonie 2012/13 Miami Heat miało najlepszy współczynnik ME, w 13/14 San Antonio Spurs, natomiast w 14/15 Golden State Warriors. Każda z tych drużyn potem zdobywała mistrzostwo. Próbowałem znaleźć gdzieś tę statystykę z tego sezonu, ale nie udało mi się. Stąd postanowiłem ją wyliczyć. Tak to wygląda: 


Na podstawie tych liczb można wysnuć kilka ciekawych spostrzeżeń. Dlatego też wypunktuje wybrane drużyny, z uwzględnieniem innych czynników czy rozbiciem tej statystyki na ofensywę i defensywę.

1. Efektywność San Antonio Spurs
Zespół Gregga Popovicha w żadnym wypadku nie pasuje pod definicję moreyballu. Tylko dwie drużyny szukają więcej rzutów z mid-range od drużyny z Teksasu – Timberwolves i Knicks. Przeciętny zespół w NBA oddaje 25% rzutów z mid-range. Najgorszy pod tym względem – 12.7%. Natomiast aż 33% rzutów Spurs pochodzi z półdystansu. San Antonio zdobywa najwięcej punktów w NBA właśnie z tej strefy. Jeżeli chodzi o moreyballowe rzuty, czyli trójki i RA, tylko Brooklyn Nets oddają ich mniej, co przedstawia poniższy wykres.

To też pokazuje jak efektywni są Spurs. Tylko Warriors trafiają na lepszym % trójki, natomiast nikt tak dobrze nie przetwarza rzutów tuż spod kosza jak Spurs. Ale to przede wszystkim defensywa wyniosła ich na drugą pozycje w ME – zaraz po Boston Celtics bronią najlepiej rzuty za 3 i samodzielnie przewodzą w rim-protection.

2. Zabójcza ofensywa Golden State Warriors
ME jest w pewien sposób kłamliwe. SAS są wymiennie z GSW pierwsi w tej statystyce, ale jak wspominałem – ten współczynnik nie uwzględnia ilości wymienionych rzutów. A tylko dwa zespoły – Rockets i Hawks – oddają więcej moreyballowych rzutów od Warriors. GSW mają najefektywniejszy atak w lidze, bo nikt tak dobrze nie trafia przede wszystkim za 3. Robią to na znacznie lepszym % niż reszta – 41.5%, gdy średnia wynosi lekko ponad 35%. Zdobywają najwięcej punktów, które są po prostu cenniejsze – 3>2. Jest kilka drużyn, które broni lepiej od GSW, ale to nie ma takiego znaczenia – ich atak wynosi ich ponad resztę zespołów.

3. Mizeria Houston Rockets
Czasem koszykówka sprowadza się do prostych rzeczy i wytłumaczenie problemów jest zaskakująco łatwe. Najbardziej moreyballowa drużyna jest zła w tym co robi. Naprawdę zła. Trafia trójki na % poniżej przeciętnej, natomiast rzuty z RA minimalnie ponad średnią (60.5%, średnia to 60.1%). Rockets nie przetwarzają rzutów, które nieustannie forsują. A ich obrona jest jeszcze gorsza. Drużyna z Teksasu w dużym stopniu gra to samo co sezon temu. Wtedy jednak te rzuty po prostu wpadały, wiosna była ciepła, a drugi sezon „True Detective” jeszcze nie powstał.  

4. Obrona Sacramento Kings to żart
Objazdowy cyrk George’a Karla jest 5 jeżeli chodzi o ofensywną ME. Jeżeli spojrzysz jeszcze raz na wykres ME zauważysz, że Kings znajdują się gdzieś w dolnej połowie stawki. To dlatego, że rim-proctection tej drużyny jest najgorszy w lidze. Pod koszem rywale Sacramento trafiają 65%, co jest o tyle zaskakujące że przecież ta drużyna ma tłok na pozycjach 4/5. Jest Boogie czy Willie-Cauley Stein m.in. po to, by nie mieć takich problemów. 
Obaj nie są złymi obrońcami obręczy (49%), stąd wygląda to jeszcze dziwniej.
Może trzeba zwalić na system w defensywie George’a Karla, który patrząc na Kings prawdopodobnie nie istnieje, czy jakieś dziwne ustawienia. Był mecz, w którym Karl decydujące posiadanie w obronie postanowił bronić Rudym Gayem na centrze, trzymając WCS na ławce. Skończyło się punktami, zgadliście, spod kosza. Sacramento ten mecz ostatecznie przegrało po dogrywce.

5. Przeciętność defensywna Raptors na tle wschodu
Jest kilka drużyn ze wschodu, które są w low 10 jeżeli chodzi o rzuty moreyballowe, ale nadrabiają znacznie ich obroną – Knicks, Bulls lub jakością po obu stronach parkietu – Heat, Pacers. Jeżeli chodzi o przetwarzanie rzutów za 3 i z RA Raptors są na wysokim 6 miejscu. Problem pojawia się nie tyle z całą defensywą, co z obroną trójek. Tylko Suns i Wizards pozwalają trafiać rywalom na lepszym % z dystansu niż Raptors To będzie niepokojące w playoffach przeciwko zespołom skupiających się na rzucie za 3 jak np. Cleveland czy Charlotte.

6. Rewolucja Hornets
To najlepsza drużyna jaką Michael Jordan zbudował w Charlotte. Mogą spokojnie powalczyć o drugą rundę playoffów czy przy idealnym rozstawieniu (muszą zająć 3 miejsce) o finał konferencji. Steve Clifford na tle reszty ligi wprowadził najbardziej rewolucyjne zmiany, przede wszystkim skupiając się na rzucie za 3. Tylko Warriors i Rockets oddają więcej trójek na mecz niż Hornets. Nawet, gdy Al Jefferson – żyjący z półdystansu – znajduje się na parkiecie, Clifford stara się grać obok niego 4 strzelcami z dystansu – 3 skrzydłowych i Frank Kamiński, czyli wysoki z trójką. Big Al nie jest już tak potrzebny tej drużynie, ale w playoffach będzie swego rodzaju nadwyżką. Nowa koszykówka Hornets działa i jest przyjemna dla oka, nawet w marcu. Ich średnia pozycja w ME wynika głównie ze słabego przetwarzania rzutów tuż spod kosza – 23 miejsce, znacznie poniżej przeciętnej.

7. Awersja Pacers do small-ballu
Paul George nie lubi grać jako small-ballowa 4, a Frank Vogel nie lubi small-ballu. To widać. Pacers nie przeszli zapowiadanej przed sezonem przemiany, pozostając przy ustawieniach z dwoma wysokimi. Indiana wciąż smaży się w słońcu półdystansu. Tylko 3 drużyny zdobywają w ten sposób więcej punktów, a w moreyballu Pacers są w dolnej 10 NBA.

To nie jest zła rzecz, tylko trochę szkoda niewykorzystanego potencjału. Indiana ma w sobie line-up, gdzie każdy może rzucać za 3, ale z niego nie korzysta. Myles Turner spędza większość czasu z drugim nierzucającym za 3 wysokim lub po prostu jako 4. Vogel kombinuje z line-upami – Pacers raczej nie mają problemu ze spacingiem, ale mogliby go znacznie poprawić. Zdarza się, że Paul George gra nawet jako rzucający obrońca obok Solomona – 24% za 3 – Hilla, Mylesa Turnera i Jordana Hilla, co nie powiem jest zaskakujące.

Ciekaw jestem czy w playoffach Vogel w końcu zdecyduje się na grę debiutantem na centrze i Paulem George’em jako niską 4, bo to może być potencjalnie game-changer dla tego zespołu. Szczególnie w końcówkach spotkań i docelowo to powinno przynieść najwięcej korzyści Indianie. Zdaje się jednak, że trener Pacers „umrze” z Charlesem Barkleyem na big-ballowym wzgórzu.

Końcowe wnioski
Trudno sprowadzać powodzenie drużyn do zasadniczo dwóch elementów gry. Z drugiej strony nie można ich też spłycać, mając na uwadze w jakim kierunku podąża liga. NBA coraz bardziej kręci się wokół spacingu i rim-protection. Przypadek Spurs – tak różny od czołówki – pokazuje że nie zawsze chodzi o ilość, a jakość wypracowanych pozycji. Ale ta trójka i tak gdzieś wraca. Nawet gdy zdaje się, że robisz coś zupełnie innego.  

czwartek, 10 marca 2016

Co siedzi w głowie Gregga Popovicha

- You can’t out-Hibbert Hibbert – zwykł mawiać Eric Spoelstra w 2012 roku.

W drugiej rundzie playoffów Miami Heat mierzyli się przeciwko Indianie Pacers i nie mieli odpowiedzi na centra rywala. Po pierwszych dwóch meczach było 1-1, a trener Heat zdał sobie sprawę, że konwencjonalne sposoby nie zadziałają:

- Nie uda nam się wygrać tej serii bez myślenia poza schematami.

Stąd w trzecim meczu Spoelstra postanowił przejść niżej i wstawił do pierwszej piątki Shane’a Battiera, kolejnego strzelca za 3, który miał niejako odciągnąć duet wysokich Pacers spod kosza.

- W klubie kazali mi się z tym pomysłem przespać – wspomina Spoelstra. - Myśleli, że jestem szalony.

Heat ostatecznie przegrali to spotkanie 94-75 i Indiana zyskała przewagę parkietu. Trener Spoelstra pozostawał jednak pewny siebie:

- Mimo wyniku, wiedziałem że tak powinniśmy grać. Wyłączyłem od siebie wszelki szum. Wszyscy uważali, że nie możemy wygrać w ten sposób, szczególnie mistrzostwa. Nie obchodziło mnie to.

Ostatecznie trener Heat postawił na swoim i jak się okazało, postąpił słusznie. Miami wygrało kolejne 3 spotkania z Battierem jako starterem, tym samym awansując do finałów konferencji. Ale był to przede wszystkim sukces niestandardowego podejścia. Spoelstra miał rację – szczególnie patrząc na problem z perspektywy czasu – ale co by było, gdyby się mylił?

Czytając ten świetny tekst o rewolucji rzutu za 3 punkty, pomyślałem sobie – parafrazując słowa Spoelstry –„you can’t out-Warriors Warriors”. Trudno pokonać kogoś używając tej samej broni, gdy wiesz że twój rywal jest w tym elemencie zdecydowanie lepszy. Siła Warriors i ich small-ballowej piątki śmierci nie tkwi w samej istocie grania nisko, ale w tym że każdy zawodnik na parkiecie potrafi zrobić niemal wszystko. Każdy zapewnia rzut za 3, nadaje się do switchowania w obronie czy jest plusowym podającym. Ustawienie Curry-Thompson-Barnes-Iguodala-Green ma najlepszy net rating w lidze i przyczyna jest prosta. Nikt w NBA nie ma tak uniwersalnego line-upu. Patrząc kolejno na drużyny z czołówki, przy wszystkich pojawia jakieś „ale”. Któryś z ważniejszych trybików działa w gorszym stopniu niż odpowiednik Warriors. Więc dlaczego by nie spróbować tego obrócić? Czy to jest to co robi od początku sezonu Gregg Popovich?

Gdy liga przesuwa się w stronę linii za 3 punkty, San Antonio Spurs idą w przeciwnym kierunku. Ostrogi oddają średnio 18.7 trójek na mecz, co jest 6 najgorszym wynikiem w NBA. Liderujący w tej kategorii Houston Rockets rzucają średnio 31.3 za 3, drudzy Warriors 30.9. Jednak zaraz po GSW, Spurs trafiają na najlepszym % - wpada 38.5% oddanych trójek. Te posiadania są odrabiane w inny sposób.

Tylko Knicks grają częściej przez post-up od Spurs. To wprawdzie nadal ważny element koszykówki, przydany w postseason, ale mimo wszystko trend się odwraca. W top 10 drużyn najczęściej wykorzystujących grę tyłem do kosza tylko trzy z nich, prócz Spurs, znajdują się obecnie na miejscu gwarantującym playoffy – Grizzlies, Mavericks i Bulls.

Oczywiście, posiadanie w składzie takich zawodników jak LaMarcus Aldridge, Boris Diaw czy David West niejako wymusza na tobie granie w ten sposób. Ale ciekawi mnie czy jest to bardziej dopasowane pod posiadany skład, czy szerszy plan Spurs na pokonanie Warriors. Pewnie jedno wynika z drugiego. Nawet nie chodzi mi też o samo powodzenie tej misji, tylko czysty sposób jako inne rozwiązanie.

Na papierze LaMarcus Aldridge to dobra odpowiedź na defensywę Draymonda Greena, choć nie widzieliśmy tego w pierwszym meczu między SAS, a GSW. Popovich niemal całkowicie odsuwa silnego skrzydłowego od linii za 3 – kiedy ten w Portland w zeszłym sezonie oddał 105 trójek, trafiając 35% z nich, w San Antonio Aldridge rzucił tylko 15 razy za 3. Nie trafiał żadnej ze swoich prób. LMA to przede wszystkim bestia w post, a Green miał już w tym sezonie problemy broniąc np. Grega Monroe w przegranym meczu z Milwaukee. Efektywność byłego zawodnika Blazers to jeden z kluczy do myślenia o powodzeniu Spurs przeciwko Warriors.

Ponadto San Antonio robią standardowe rzeczy w dalszej perspektywie z myślą o GSW – zwolnienie tempa (23 miejsce) czy nastawienie na defensywę (top 1). Wciąż nie mam pojęcia jak Spurs chcą bronić z Tonym Parkerem czy Pattym Millsem przeciwko Warriors. Obrona w playoffach będzie mniej polegała na zmianach krycia i wypracowanie korzystniejszego match-upu powinno być trudniejsze. Zakładając też, że Green/ Kawhi będą kryć Splasz Braci, rozgrywający Spurs zostanie schowany na Barnesie, Livingstonie lub Iguodali. Jest to niby jakieś rozwiązanie, ale tak czy siak skrzydłowi Warriors mają znaczną przewagę wzrostu i siły. Mogą wtedy szukać gry np. w post, coś co robili np. Clippers w meczu przeciwko Spurs. Chodzi o zwykłe znajdywanie przewag.

Teoretycznie San Antonio mogą polegać na obronie z pomocy – tutaj wyszedł do podwojenia Tim Duncan, ale wtedy ktoś zostaje wolny. Błędem w tej sytuacji było podejście przez Danny’ego Greena pod DeAndre Jordana, który z półdystansu zagrożenia nie stwarza żadnego. Center Clippers to wykorzystał i znalazł dzięki temu w rogu niepilnowanego Redicka.

Spurs być może zostaną w pewnym momencie zmuszeni do gry bez PG, na co w zasadzie mogliby sobie pozwolić. Wtedy musieliby po prostu szukać dystrybuowania piłką u innych zawodników jak np. Manu Ginobili czy Boris Diaw. To wciąż przecież świetny zespół jeżeli chodzi o ruch piłki – są trzeci zarówno pod względem podań i asyst na mecz. Co ważniejsze, prowadzi to też do czystych pozycji – tylko 5 drużyn oddaje więcej niekontestowanych rzutów.

Problem jest taki, że nie jestem pewien czy Spurs mogą na swoich warunkach pokonać Warriors w 4 meczach. Pewne rzeczy przeciwko najlepszej drużynie w NBA nie działają i kilkukrotnie widzieliśmy, że ofensywa na dwie wieże nie do końca jest skutecznym rozwiązaniem. Steve Kerr uruchamia wtedy swój small-ballowy line-up i pojawia się kłopot. Spurs mogliby wprawdzie szukać szczęścia, grając niską wariacją ustawienia Manu-Green-Simmons/Anderson-Kawhi-Boris, tylko… ta sama niska piątka rywala wygląda po prostu lepiej. Stąd czy Spurs mogą się dostosowywać do GSW?

Wydaje mi się, że drużyna z Teksasu, mimo pozycji i liczb, jest przez cały sezon o półkę niżej od obecnych mistrzów. Jak zresztą 28 pozostałych drużyn w NBA i nie ma w tym nic złego. Coś co jednak wyróżnia San Antonio to koncepcja Popa, tak przecież różna od czołówki. Staram się gdzieś racjonalizować działania trenera Spurs, ale może to jak doszukiwanie się głębi w strumyku? Tylko z drugiej strony to Pop. Wszystko ma jakiś większy cel. On znowu musi wiedzieć co robi, prawda? 

czwartek, 3 marca 2016

Dwie niekompatybilne części 76ers

Jahlil Okafor i Nerlens Noel to potencjalnie bardzo dobrzy zawodnicy NBA. Jest tylko jeden problem. Zupełnie do siebie nie pasują.

Budując drużynę poprzez draft, w sporym uproszczeniu, musisz odpowiedź sobie na podstawowe pytanie. Mianowicie czy korzystniej jest wybrać najlepszego dostępnego zawodnika i zgarnąć teoretycznie najcenniejszy asset, czy też lepiej dopasować swój wybór wyłącznie pod potrzeby drużyny.

Oba podejścia są zasadniczo ryzykowne. Zgarniesz gościa dobrze pasującego do zespołu, ale w ten sposób być może pominiesz przyszłą gwiazdę ligi. Z drugiej strony, postawisz na gracza całkowicie nie komponującego się z drużyną, przez co wstrzymasz rozwój poszczególnych zawodników, a zespół będzie gorszy niż suma jego części. Przykładem takiego podejścia jest Sam Hinkie, który mając już w składzie Nerlensa Noela, uznał że jakoś to będzie – coś wymyślimy – i do Doliny Krzemowej NBA ściągnął Jahlila Okafora. W pewnym sensie to nastawienie okazuje się błędne.

Bo tak naprawdę nie chodzi o żadną z wymienionych rzeczy. Liczy się, by w konkretnym celu wybrać twoim zdaniem jak najlepszego zawodnika, a potem stworzyć mu najkorzystniejsze warunki do rozwoju. Na nowego gracza musisz mieć przede wszystkim pomysł. W Filadelfii jest z tym w pewnym sensie kłopot. Cierpi Jahlil Okafor i progres Nerlensa Noela, który grając poza swoją pozycją, mam wrażenie trochę zatrzymał się w miejscu. Obecną sytuację szczególnie tego drugiego najlepiej przedstawiają liczby (ppp – punkty na posiadanie).

Zasadniczo możemy zaobserwować, że Noel traci bardzo dużo w ataku, grając z Okaforem. Spada jego skuteczność, jest mniej wykorzystywany, a drużyna z oboma zawodnikami gorzej broni. Łatwo to wytłumaczyć. Od centra Sixers wymaga się robienia rzeczy, których po prostu robić nie potrafi. Mianowicie, ustawia się go dalej od kosza, gdzie jest skazany na dalsze rzuty, a ze swoim niestabilnym jumperem nie wpływa to dobrze na samego zawodnika, jak i drużynę. Nie ma też na tyle płynnego kozła, by po dryblingu wypracowywać sobie czyste pozycje. W obronie często musi bronić czwórki przeciwnika i znowu – grać dalej od kosza. Nie wyciągniesz maksymalnego potencjału z Noela, jeżeli będziesz go notorycznie odsuwał od obręczy. W ten sposób niweluje się jego największe atuty, czyli rim-protection w defensywie, a w ofensywie wymaga się od niego bycia tym kim po prostu nie jest. Nerlens Noel najlepiej sprawdzi się w roli Andre Drummonda lub DeAndre Jordana, czyli centra otoczonego trzema strzelcami z dystansu i dobrym rozgrywającym. Wtedy jest więcej miejsca na parkiecie, by grać akcje, w których Noel czuje się najlepiej – pick and rolle.

Wystarczy rzucić mu loba na dowolnej wysokości, a ten niemal na pewno zapakuje piłkę z góry. Tuż pod koszem trafia 70.5%, co jest jednym z czołowych wyników w lidze. W pick and rollach Noel zdobywa nieoszałamiające 0.92 ppp, gdzie dla przykładu DeAndre Jordan notuje 1.41, a Andre Drummond 1.11. Ale im lepszy rozgrywający, tym lepszym zawodnikiem stanie się Noel.

Także, dzięki koszykówce z czterema rzucającymi tworzy się nieustanne zagrożenie dla drużyny przeciwnej. Pojawia się klasyczny dylemat – pilnować paint czy zaatakować strzelca za 3. Dobrym przykładem jest poniższa akcja, w której Knicks podwajają w post Noela, dzięki czemu niekryty na szczycie znajduje się Ish Smith. Ten następnie atakuje kosz, ale przez to że 3 graczy jednocześnie rozciąga grę, tworzy się przestrzeń. Rywal jest spóźniony. Rozgrywający Sixers ma wybór – może swobodnie zaatakować obręcz na lay-up lub rozrzucić piłkę do rogu. Prosty pick and roll pozwolił Sixers na samym początku wytworzyć korzystny dla siebie mis-match.

Czy to oznacza, że nie da się grać już na dwóch wysokich? Absolutnie nie. To mogłoby zadziałać, gdyby Jahlil Okafor był co najmniej solidnym obrońcą. Ten jednak jest jednym z najgorszych defensorów w lidze, na pozycji która wymaga od niego przede wszystkim obrony. Na 75 centrów, Okafor plasuje się na 74 miejscu w Defensive Real Plus Minus – gorszy jedynie jest Enes Kanter, co by się zgadzało. Ta statystyka promuje wpływ w defensywie wysokich bardziej niż innych graczy i naprawdę trudno jest być w niej na minusie, ale Jahlil to jeden z siedmiu takich przypadków. Do tego często nie nadąża za akcjami, bo po prostu jest wolny.

W przypadku jego powodzenia ważna jest też umiejętność podawania/ zdobywania asyst. Okafor to dobry podający, ma duże dłonie, więc łatwo kontroluje piłkę, ale często jest samolubny i nie za bardzo szuka łatwiejszych opcji. Jak wspominał w swoim niedawnym podcaście Zach Lowe opierając zespół o bestię w post, twoje powodzenie zależy od tego jak dobrym obrońcą i podającym jest ten zawodnik. Okafor może być plusowy w obu elementach, ale wszystko wskazuje, że do tego jeszcze daleka droga. Dużo też zależy od tego kim się go otoczy. Im więcej wstawi się graczy 3&D obok Jahlila, tym spacing drużyny będzie lepszy, a co za tym idzie płynność w ataku pójdzie w górę.

Póki co z nikim na parkiecie Szóstki nie są tak minusowe jak z byłym zawodnikiem Duke. Gdy Okafor gra, Sixers są gorsi od przeciwnika o 15.2 punktu. A gdy Jaha na parkiecie nie ma, 76ers są gorsi już o 5.4 punktu. To poniekąd przykład tego jak świetny zawodnik w ofensywie 1v1 nie przekłada się na atak całego zespołu. Ekipa z Filadelfii z Okaforem na parkiecie zdobywa średnio 90.2 punktu, natomiast bez 102.6.

Wynika to z wielu przyczyn: złe ustawienia, ograniczone rotacje, ale w ogóle budowa zespołu wokół centra operującego głównie w post, szczególnie takiego bez obrony, jest jednym z najtrudniejszych zadań w NBA. Dużo rzeczy musi jednocześnie kliknąć. Potrzebujesz przede wszystkim odpowiednich ludzi i w takich przypadkach potencjalny sufit zespołu zdaje się ograniczony. Być może, jest to jedna z przyczyn dlaczego Orlando Magic nie mogą zrobić kroku naprzód, grając Nikolą Vucevicem.

Nie oznacza to, że nie warto iść w tym kierunku. Nie oznacza to też, że nie da się zbudować dobrego zespołu wokół Jahlila Okafora. To możliwe, tylko jest to znacznie trudniejsze, bardziej czasochłonne i ryzykowne – bo co jeżeli ten nie rozwinie wystarczająco swoich mankamentów? Wtedy zostałby drugim Alem Jeffersonem. Znacznie łatwiej jest stworzyć drużynę obok takiego gracza jak Nerlens Noel, bo jego wady są do przyjęcia i nie rażą tak bardzo na tej pozycji.  

I jeżeli można mieć o coś pretensje do Sama Hinkiego to o to, że ten sezon jest trochę zmarnowany. Gdy można było rozwijać dwójkową grę Noela z kimś bardziej pod niego pasującym – np. Porzingis, Hezonja, Winslow czy Mudiay – GM Sixers postawił na człowieka wykluczającego się z najlepszym posiadanym zawodnikiem.

Nie przeczę, zarówno Noel i Okafor mają swoją wartość na rynku. Zawsze Sixers będą w stanie któregoś z nich za coś konkretnego wymienić. Ale można było zbudować już jakiś fundament, stworzyć coś co przyjęłoby się także w przyszłości. Tego zabrakło. To nie matematyka czy zgarnianie kolejnych assetów, a chemia. Po prostu. A na nią już nie ma wykresów czy innych statystyk. 

środa, 24 lutego 2016

W Utah lubią funk

Nie będzie to bynajmniej wpis o tym, że w stanie Utah jest ogromna szansa, że prędzej legalnie dostaniesz leczniczą marihuanę niż piwo w zwykłym sklepie, które ma więcej niż 4%. Mormoni, huh? Chciałem natomiast poruszyć dwa tematy, niespecjalnie ze sobą połączone, ale związane z jedną drużyną – Utah Jazz. Pierwszy bardziej dla fanów cyferek, kontraktów i horoskopów, drugi dla bandwagonu Borisa Diawa w wersji light. Zapraszam.

1. Sytuacja finansowa Jazz będzie tak skomplikowana do rozwiązania jak tylko się da
Utah to zespół zbudowany od podstaw dobrymi wyborami w drafcie i całkowitym zaufaniem wobec umiejętności młodych zawodników. Wszystko jednak wskazuje, że cena – dosłownie – cena, którą przyjdzie zapłacić za to będzie bardzo wysoka, zakładając oczywiście, że zarząd zdecyduje się utrzymać najważniejszych zawodników. Na początku warto zerknąć jak wygląda sytuacja finansowa Jazz na najbliższe lata. Czerwonym kolorem zaznaczyłem, kiedy nastąpi pora zapłaty poszczególnym zawodnikom.
Trzon zespołu z Salt Lake City tworzy 7 wymienionych graczy, przy czym pierwsza czwórka jest ważniejsza niż reszta. Widzimy, że każdy z nich jest związany kontraktem z Jazz przynajmniej do końca następnego sezonu. To dobra rzecz. Tak więc, ta grupa będzie miała jeszcze przynajmniej rok na wspólną grę.

Wtedy też Jazz będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie na ile pewnie czują się z Dante Exumem jako pierwszym rozgrywającym. Obecne rozgrywki byłyby świetnym okresem by to sprawdzić, ale ciężka kontuzja Australijczyka pokrzyżowała te plany. Exum za rok nadal będzie zagadkowym rozgrywającym, tylko już wracającym po zerwanym ACL-u, do tego na trochę innym etapie swojego rozwoju niż reszta. Gdyby zespół z Utah chciał pójść „all in” w przyszłym sezonie, mógłby poszukać na rynku wolnych agentów rozgrywającego w stylu Mike’a Conleya i wprowadzać Exuma z ławki. Nie wiem tylko jak w dalszej przyszłości pomieściliby wszystkich zawodników.

Prognozuje się, że w lato 2017 roku salary cap wystrzeli do absurdalnych 108 mln $, po czym w 2018 zmaleje do 100 mln $ i w 2019 ustabilizuje się na poziomie ~102 mln $. Na sezon 17/18 Hayward ma opcję zawodnika w swoim kontrakcie, dzięki czemu w 2017 zostałby niezastrzeżonym wolny agentem. Raczej na pewno z tego zapisu skorzysta, bo zapanuje prawdziwe finansowe eldorado i będzie mógł liczyć na prawie dwukrotną podwyżkę. Maksymalny kontrakt dla skrzydłowego Utah, który jak nie od Jazz dostanie od kogoś innego, będzie wynosił 30% salary cap czyli ~130 mln $/ 4 lata.

Jeżeli Hayward do tego czasu pozostałby w Utah to Jazz mogliby, dzięki prawom Birda, zaproponować mu rok więcej - aż 175 mln $ za 5 lat. W tym samym roku dojdą jeszcze negocjacje z Rudym Gobertem, który także będzie flirtował z maksem, wynoszącym 25% od salary cap. W jedno lato 55% finansowego miejsca Jazz mogą pożreć dwa kontrakty, ale dzięki temu na kolejny rok utrzymana zostałaby grupa wszystkich zawodników (to brzmi zawile, ale tutaj można znaleźć łatwo wytłumaczone zasady co do kontraktów w NBA, a tutaj kalkulator pokazujący maksy zależnie od salary cap).

W 2018 roku Derrick Favors i Rodney Hood byliby następni w kolejce do zapłaty, którym kolejno przysługiwałoby 30 i 25% od salary cap. Trudno na teraz stwierdzić czy obaj zawodnicy będą graczami na maksymalne kontrakty, ale takie pytania na pewno zadają sobie w Utah. Prędzej postawiłbym, że Hood dostanie maksa niż Favors - przewiduje, że rzucający obrońca Jazz to materiał na all-stara. To już jednak trochę dalsza przyszłość. Tak czy siak jeżeli jeden z nich otrzymałby maksa to 3 kontrakty zapchałyby 80 lub 85% salary cap. Trudno wtedy o finansową elastyczność oraz przedłużenia dla wszystkich istotnych zawodników. Pytanie też ile możesz osiągnąć z trio Gobert-Hayward-Hood czy Favors-Hayward-Hood w swoim absolutnym prime timie.

Utah nigdy nie płaciła podatku od luksusu i jeżeli zdecydowałaby się zatrzymać wymienionych graczy to mógłby być ten pierwszy raz. W 2018, gdyby Jazz zdecydowali się dać solidne podwyżki całej czwórce ich rachunek wyniósłby mniej więcej 112 mln $, zapominając przecież o reszcie zawodników. Upchnięcie całej czwórki za mniejsze kwoty byłoby finansowym majstersztykiem, ale jest mało prawdopodobne.

Bardziej realne wydaje się w pewnym momencie lekkie rozbicie tej grupki i oddanie jednego z wysokich Gobert/ Favors za przyjaźniejsze kontrakty. Jazz nie muszą tego robić oczywiście teraz i mają półtora roku, by sprawdzić ile mogą ugrać ze swoim składem.

2. Trey Lyles to prototypowy wysoki, przynajmniej w ataku, do nowoczesnej NBA
Jazz jak żadna inna drużyna potrafi po cichu wybrać w drafcie odpowiedniego gościa, potem powoli go rozwijać, po czym nagle uświadamiasz sobie, że do Utah znowu trafił dobry zawodnik. Tak właśnie jest z Treyem Lylesem, który na dłuższą metę rozwiąże nieco problem spacingu w Utah.

Bardzo łatwo można było przeoczyć w drafcie Lylesa kolejnym GM’om. Przyczyna była prosta – ten w NCAA grał bardzo duże minuty całkowicie poza swoją pozycją. W Kentucky wychodził jako niski skrzydłowy. Tak więc, mimo że Lyles to silny skrzydłowy, John Calipari wystawiał go w składzie wraz z Karl-Anthonym Townsem i Willie Cauley-Steinem. Nie pomagał też back-court stworzony przez bliźniaków Harrison – obaj przetrzymywali piłkę, tylko jeden z nich trafiał na solidnym % za trzy, przez co tej drużynie brakowało spacingu. I to odbijało się na obecnym zawodniku Jazz, przede wszystkim na jego rzucie za 3. W NCAA oddał 29 trójek, ale trafił już tylko 4. Jeżeli przywiązywałeś dużą wagę do statystyk to mógł być problem.

W Salt Lake City tego nie zrobili i świetnie na tym wyjdą.

Póki co nie Lyles nie gra wielkich minut, średnio ledwie 17 na mecz, ale wydaje się, że jest świetnym uzupełnieniem wysokiego front-courtu Favors-Gobert. Żaden z dwóch wysokich Jazz nie rzuca za 3, więc dobrze by było mieć chociaż opcję, by ewentualnie któregoś z nich zastąpić strech-4. Kimś takim jest właśnie Lyles, bo po przyjściu do NBA okazało się, że z trójką byłego gracza Kentucky nie jest tak źle. W tym sezonie oddał 50 prób za 3 i trafił solidne 40% z nich. Jazz dzięki temu mogą grać proste akcje pick and pop z wysokim rozciągającym już do linii za 3, czego ani Favors, ani Gobert nie zapewniają. 

Ale nie chodzi tylko o to, że debiutant potrafi rzucić za 3. Może odciągnąć jednego podkoszowego rywala od pomalowanego, co otwiera przestrzeń pod koszem m.in. dla Favorsa lub Goberta w pick and rollach. Dodatkowo jest całkiem niezłym podającym, ma też płynny kozioł i w ataku pokazuje sporą uniwersalność. Np. jak tutaj, gdy skupił na sobie uwagę dwóch obrońców i wypracował czystą trójkę swojemu koledze.

Najważniejszą rzeczą w przypadku Lylesa jest to, że przynosi od siebie coś „do stołu” – dodaje nową umiejętność drużynie, której podstawowy front-court nie może zapewnić. Debiutant Jazz nie jest wprawdzie dobrym obrońcą, więc coś od tego stołu też zabiera. Idealnie byłoby połączyć go z rim-protectorem, ale hej! okazuje się, że w Utah jest dwóch takich gości. Gobert jest najlepszym obrońcą obęrczy w NBA w tym sezonie, Favors jest 8 wśród graczy, którzy rozegrali więcej niż 1000 minut. Stąd obaj centrzy przykrywają niedociągnięcia w defensywie Lylesa, tak by jego mankamenty nie były tak widoczne.  

Już teraz zdarza się, że trener Quin Snyder decyduje się na grę debiutantem w dłuższym wymiarze, odpowiadając w ten sposób na small-ball rywala. Będą przeciwnicy, przeciwko którym gra dwoma tak na dobrą sprawę centrami nie będzie skuteczna i wtedy do gry wchodzi Lyles.

Jego sufit to powiedzmy taki Boris Diaw w wersji light – wysoki, który potrafi rzucić za 3, mogący przejąć rozegranie, z dobrym przeglądem pola i imponującym koszykarskim IQ. Bardzo łatwo takiego gracza wkomponować w zespół. Docelowa pozycja Lylesa to może nawet strech-5. Póki co w Utah raczej tego nie uświadczymy, ale kusząca jest wizja grania na centrze zawodnikiem, który miałby warunki fizyczne podkoszowego, a skill set w ataku charakterystyczny dla guarda lub niskiego skrzydłowego.

Dlatego to potencjalnie jeden z najbardziej unikatowych młodych wysokich w NBA. 

czwartek, 18 lutego 2016

Andrew Wiggins ma przed sobą długą drogę

Porównywanie graczy zazwyczaj nie sprawdza się najlepiej, ale tak czy siak trudno od niego uciec. Dzięki temu możemy stworzyć sobie przybliżony obraz tego kim dany zawodnik może być w przyszłości. Wiadomo, że nie wyjdzie z tego wersja jeden do jednego. Trudno też stwierdzić czy będziemy choć trochę blisko. Ale tak się zastanawiałem: czy złą rzeczą byłoby stawianie kogoś obok DeMara DeRozana?

Wydaje się, że nie. Inna sprawa czy to na pewno dobrze, jeżeli twój sufit leży gdzieś w okolicach umiejętności dwukrotnego all-stara Raptors? To już zależy od twoich oczekiwań. Andrew Wiggins wygląda trochę jak nowy DeMar DeRozan. Albo nowy Rudy Gay. Uh. To tylko liczby, ale… W wymienionych przypadkach są to statystyki z drugich sezonów w NBA wszystkich trzech zawodników:
Prócz podobnych liczb i zbliżonego skillsetu, te porównania biorą się stąd, że długimi fragmentami mam wrażenie, że Kanadyjczyk jest zawodnikiem przede wszystkim od zdobywania punktów. Albo tylko. To – żeby nikt opacznie nie zrozumiał – nie jest złe, ale zmierzam do tego, że poza tym, fragmentami Wigginsa nie ma po prostu w meczu. Trochę jakby znikał. W każdym elemencie – zbiórki, asysty, bloki, przechwyty – jest wyraźnie poniżej przeciętnej. Jedynym zawodnikiem, który gra powyżej 30 minut na mecz i notuje jednocześnie równie mało zbiórek, asyst i przechwytów jest Arron Afflalo. Pewnie, to się może zmienić, ale Wiggins zdecydowanie musi popracować nad swoją „all-around game”. DeRozan w pewnym momencie zrobił ten krok i dzięki stał się lepszym graczem. Rudy Guy nigdy tego nie zrobił, przez co w zasadzie nie potrafił odnaleźć się na dłużej w dobrych drużynach.


Trochę na ratunek Kanadyjczyka, Timberwolves mają Karla-Anthony’ego Townsa, który będzie liderem i najlepszym graczem drużyny z Minneapolis (już jest). To na nim bardziej będzie spoczywało zadanie, by każdy zawodnik w zespole był lepszy niż w rzeczywistości. A to jedna z najważniejszych rzeczy, która potencjalnie wyróżnia franchise playerów od all-starów .

Przejdźmy do tego co Wiggins prezentuje swoją grą. Zdecydowanie największa zaletą drugoroczniaka w NBA jest łatwe dostawanie się na linię rzutów wolnych. I w tym elemencie wygląda momentami spektakularnie, szczególnie gdy wykorzystuje jeden ze swoich firmowych ruchów – naskok na dwie nogi i dunk. Uwielbiam.  

Warto dodać, że ma dobry kozioł co także pozwala mu łatwo dostawać się na linię. Średnio rzuca 7.2 osobistych na mecz, co daje mu 8 miejsce pod tym względem w NBA. Trafia jednak przeciętne 72% z linii, ale to jeszcze nie jest problemem. Kłopotliwe momentami może być to, że w zasadzie Wiggins to dobry scorer, ale słaby shooter. Potrafi zdobywać punkty na szereg sposobów, ale nie ma póki co warunków, by robić to co mecz efektywnie. Patrząc na średnie pozycje, jest świetny w trafianiu pod koszem, ok w pomalowanym i… to tyle.
Wynika to głównie z tego, że Wiggins nie ma jeszcze pewnego rzutu, przez co szwankuje półdystans i trójka. Przez to jest też go mniej na parkiecie w innych miejscach. Dla przykładu Carmelo Anthony zaczął trafiać za 3 na lepszym % dopiero w swoim piątym sezonie w NBA. Ale cały czas i tak rzucał. Tutaj jest trochę podobnie.

Po prostu dosyć rzadko wspomina się o tym, że Wiggins póki co dosyć mocno jedzie na czystym talencie. Jest takim nieoszlifowanym diamentem. To potencjalnie pozytywna rzecz w przypadku Kanadyjczyka, bo już wykazuje dużą uniwersalność w ataku, tylko swojej gry nie przekłada jeszcze na efektywność. Jak zacznie, a do tego doda lepszą trójkę, w zdobywaniu punktów byłby zawodnikiem kompletnym.
Możesz już grać Wigginsem skutecznie przez post-up, gdzie ten wykorzystuje swoją przewagę wzrostu. W izolacjach, spot-up czy pick and rollach jeszcze jest sporo do poprawy, ale dobrze wiedzieć, że w każdym z tych elementów Wiggins ma podstawy, by w ten sposób grać. Zmiana trenera na bardziej nowoczesnego także pomoże. Może się okazać, że ten sezon przez wzgląd na Sama Mitchella powinniśmy traktować trochę z przymrużeniem oka.

Teoretycznie największym plusem Wigginsa po opuszczeniu Kansas miała być jego obrona. Widziałem sporo narzekań na defensywę Kanadyjczyka w NBA i wynika to po części z zaawansowanych statystyk, które mogą nieco zakłamywać rzeczywistość. Po części tak jest. Trudno to tak naprawdę zmierzyć, bo statystyki nadal dobrze defensywy nie oddają.

Dla przykładu, przeciwnicy kryci przez Wigginsa trafiają średnio o 1 punkt % lepiej niż zazwyczaj. Z drugiej strony, zawodnik Wolves często odpowiada za najlepszego skrzydłowego rywala, więc będą zdarzać się mecze, gdy drugoroczniak nie będzie miał żadnej odpowiedzi na krytego gracza. Tak było np. w pojedynku Wolves – Thunder, w którym Kevin Durant na tle Wigginsa wyglądał jak Wilt Chamberlain na tle ligi w latach 60. Gracz Wolves z pozoru wszystko robił dobrze, ale to i tak nie wystarczało. Ta statystka jest też o tyle niebezpieczna, bo np. zawodnicy kryci przez Jamesa Hardena w zeszłym sezonie trafiali gorzej niż zwykle. Czy to znaczy, że lider Rockets był dobrym obrońcą? Nie, po prostu chowano go na najsłabszym ogniwie.

Tych już absolutnie najlepszych zawodników w obronie, wyróżnia to, że kryjąc topowych graczy potrafią wyjść ze swojego match-upu na plusie w defensywie. Wiggins nie jest w tym miejscu i trudno mieć o to do niego pretensje.

Ale rozłóżmy jego obronę na bardziej szczegółowe czynniki.
Widzimy, że w poszczególnych elementach jest nieźle. Skrzydłowy Wolves na papierze broni dobrze w sytuacjach 1v1, szczególnie gdy musi bardziej bazować na sile czy wyczekaniu, aniżeli – o dziwo – szybkości. Dodatkowo ważną rzeczą, której statystki nie oddają w obronie są tego typu akcje. 

W tej sytuacji Curry chciał oddać rzut, ale Wiggins przykleił się do rozgrywającego Warriors, przez co ten musiał wycofać akcję do początku. Gracz Timberwolves potrafi utrzymać się blisko krytego zawodnika i czasem ma to swoją złą stronę, bo rywal wymusza na nim wolne. Ale to akurat jeden z kilku przykładów świetnej obrony 1v1. Mogliśmy zaobserwować dobrą pracę nóg Kanadyjczyka, dzięki czemu praktycznie nie zostawił wolnego miejsca Splasz Bratowi. Tylko jak taki wpływ na defensywę swojej drużyny sprawdzić?

Być może, pewną wskazówką byłby wykaz „Defensive Real Plus Minus” prowadzony przez ESPN. W teorii „mierzony” jest wpływ zawodnika na obronę, na podstawie tego ile punktów drużyna traci w obronie z danym graczem na parkiecie przez 100 posiadań, ale wliczając w to działanie pozostałych członków drużyny. Andrew Wiggins jest na minusie w DRPM i zajmuje 86 miejsce wśród 92 rzucających obrońców(79 DeMar DeRozan). Zakładam, że to zły wynik... Pierwszy jest Tony Allen, ale mam wrażenie, że ta statystyka i tak bardzo faworyzuje podkoszowych. Choć jest to dosyć niepokojący rezultat na tle ligi. Wydaje mi się jednak, że Wiggins będzie dobrym obrońcą, tylko musi podobnie jak w ataku, być go więcej na parkiecie. Nie może tak często wyłączać się z samego meczu.

Na pewno drugoroczniak ma przed sobą mnóstwo pracy, by stać się zawodnikiem jakim chciałby być. Albo jakim chcielibyśmy, by został*. Musi robić więcej rzeczy niż samo zdobywanie punktów, przede wszystkim bardziej wpływać na swoich kolegów po obu stronach parkietu.  

Ma mnóstwo elementów wspólnych z wczesnym DeRozanem – ciąg na kosz (tylko większy), mid-range, post, mała liczba zbiórek, asyst itd., podejrzliwa obrona. Póki co Kanadyjczyk rozwija się właśnie w kierunku all-stara Raptors, tylko bez tak popsutego rzutu. Oczywiście, może być kimś jeszcze lepszym. Może być też kimś gorszym. Ale zastanówmy się nad tym: gdyby Andrew Wiggins skończył jako DeMar DeRozan 2.0, tylko już bez jego kłujących wad, czy to naprawdę byłaby zła rzecz?

*Swoją drogą głosy, że Cavaliers źle zrobili oddając Wigginsa są niedorzeczne – LeBron i przyjaciele musieli wymienić Kanadyjczyka, pytanie tylko czy w zamian pozyskali właściwego człowieka. Inna sprawa, że wtedy nie było jeszcze TYCH Warriors.

czwartek, 11 lutego 2016

Kim jest Jabari Parker?

Jeżeli pamiętacie jeszcze kultowy serial „Przyjaciele” był odcinek, w którym Ross miał poważną dyskusję z Moną, jego ówczesną dziewczyną, o tym dokąd zmierza ich związek. Ross nie chciał tego robić – nie czuł się w takich rozmowach najlepiej, co gorsza nie było dobrej odpowiedzi na postawione pytanie. Dywagował o tym, że zabawnie spędza im się razem czas, ale widząc niezadowoloną minę swojej dziewczyny, dodał coś w stylu, że „sama zabawa nie wystarczy, to musi dokądś zmierzać”. Błądził strasznie i puentą rozmowy było oddanie klucza do swojego mieszkania – nie chciał za bardzo się angażować, a wyszło zupełnie na odwrót.

Piszę o tym, bo ta scena skojarzyła mi się z sytuacją Jabariego Parkera w Milwaukee. Bardzo trudno jest na teraz odpowiedzieć na pytanie dokąd zmierza kariera zawodnika Bucks. Jedna wielka niewiadoma. Sam klub musi zastanowić się na ile warto jest kierować przebudowę w kierunku Parkera. Czy jest w ogóle wystarczająco dobry, by to robić? Czy w przypadku Parkera możemy już doszukiwać się jakiś rozwiązań? Czy takowe w ogóle istnieje?

Podstawowy problem z Jabarim Parkerem jest taki, że za bardzo nie wiemy jakim zawodnikiem chce być. Do NBA przychodził z łatką stricte ofensywnego gracza, jako najbardziej gotowy produkt ze wszystkich zawodników. Zastanawiano się, czy przypadkiem niski skrzydłowy z Duke nie powinien być nr 1 w drafcie, w którym jako pierwszy poszedł Andrew Wiggins. Teraz wygląda to dosyć śmiesznie. Statystycznie blisko mu do Derricka Williamsa w jego drugim sezonie.

Póki co Jabari zawodzi – tak, pamiętam o kontuzji – i winę tutaj ponosi po części zawodnik, ale w dużej mierze sam klub.

Po kolei.

Spacing

Jabari Parker oddaje 54% swoich rzutów tuż spod kosza. Jego największym atutem jest dostawanie się właśnie pod obręcz i w tym celu wykorzystuje wszelkiego rodzaju ścięcia. To jego chleb powszedni. Często ustawia się na linii za 3, dzięki czemu teoretycznie wyciąga spod kosza silnego skrzydłowego przeciwnika. I jeżeli pozostali zawodnicy rozciągają grę to ma to sens. Spójrz na tego wysokiego pick and rolla granego przez Mayo i Monroe’a i zwróć uwagę, gdzie center Bucks wyciągnął Boguta.

Zawodnicy poza akcją – MCW i Middleton – czekali na dystansie, dzięki czemu pod koszem otworzyła się przestrzeń. Jabari dostał podanie w punkt. Draymond Green nawet nie zauważył, że Parker mu się urwał.

Ale tego typu akcje zazwyczaj nie są możliwe. Po pierwsze, w Milwaukee praktycznie nie ma kto rzucać z dystansu. Spacing nie istnieje. Ta drużyna oddaje najmniej jump-shotów w lidze. W docelowej piątce tylko Khris Middleton jest respektowanym strzelcem za 3 – trafia 41%. Michael Carter Williams trafia tylko 30% swoich trójek. Giannis rozwija ten element swojej gry, ale to wciąż 23% z dystansu. Greg Monroe w ogóle nie rzuca za 3, podobnie jak Jabari Parker, który oddał tylko 7 trójek w sezonie i nie trafił żadnej. Przez to, pod koszem robi się tłok – po co kryć zawodnika na dystansie jeżeli wiesz, że nie zagrozi ci rzutem? Przeciwnik o tym wie, dlatego zagęszcza okolice pomalowanego i utrudnia drogę do kosza.

To jeden z takich przykładów – Tony Allen całkowicie odpuścił krycie Giannisa w rogu, a Parker i MCW czekają na półdystansie. Z-Bo nawet nie zwraca uwagi na Jabariego. Skrzydłowy Bucks specjalnie nie może zagrozić bezpośrednio rzutem, w catch&shoot trafia tylko 30%. Pod koszem jest tłoczno jak w pociągu z Władysławowa na Hel. 

Piłka nie chodzi w małych odległościach i przede wszystkim o wiele trudniej jest atakować kosz w takich sytuacjach Parkerowi czy Giannisowi. Jeszcze jeden przykład – znowu Monroe rozprowadza grę, co robi często, ale znowu jest gęsto od zawodników przeciwnika. 

W tej akcji Jabari Parker ścina do kosza, ale Rudy Gobert ustawiony blisko kosza przecina podanie. Derrick Favors nawet nie patrzy w kierunku Parkera, co jest powtarzającą się rzeczą.

Rzut za 3
Gra w NBA dla Jabariego byłaby o wiele łatwiejsza, gdyby rzucał za 3. Ten, jak wspominałem, praktycznie nie oddaje rzutów z dystansu. Jest to o tyle dziwne, że jeszcze w NCAA trafiał 35.8% swoich trójek (38/106). Wydaje się, że prędzej czy później skrzydłowy Bucks doda rzut z dystansu, ale tak drastyczny spadek zaskakuje. W takiej sytuacji najlepiej by było otoczyć Parkera strzelcami z dystansu, ale jak wiemy to póki co nie jest możliwe. Zarówno Monroe i Giannis grają tym lepiej im bliżej kosza, podobnie jak Parker. Ci zawodnicy specjalnie się nie uzupełniają, a długimi fragmentami nawet dublują.

To jest trochę jak z pieczeniem ciasta – jeżeli masz dwa proszki do pieczenia, a nie masz masła to nic z tego nie wyjdzie. Dziwi mnie np. tak łatwe pozbycie się Jareda Dudleya, który dobrze dogadywał się z Giannisem i dodawał tak potrzebny rzut za 3. Na obecności zwyczajnego strech-4/ skrzydłowego z rzutem skorzystałby także Greg Monroe. Parker lepiej współgrałby ze strech-5 i w Milwaukee przydałby się taki gość jak np. Meyers Leonard. Liga zmierza w kierunku jak największej uniwersalności, przesuwa się w kierunku rzutu za trzy i po prostu nie możesz mieć na parkiecie jednocześnie 3 graczy bez rzutu z dystansu. Dołóż do tego rozgrywającego bez rzutu – MCW – i jest już 4. Tak się nie da, w Milwaukee nie ma kto rzucać i tracą na tym praktycznie wszyscy zawodnicy. Potrzeba zmian.

Obrona
Debiutanci często mają kłopoty w defensywie, a jako takiego możemy traktować Parkera, przez to że prawie cały zeszły sezon stracił przez kontuzje. Póki co wygląda to źle. Obrona Bucks często stara się podwajać zawodników, przede wszystkim odcinając drogę do paint, ale przez to zostawia niepilnowaną linię za 3. Liga zdaje się rozszyfrowała tak dobrze działającą w zeszłym sezonie obronę Bucks. Tylko 5 drużyn pozwala na więcej trójek niż Milwaukee i często zdarza się, że ktoś czeka niepilnowany. Taki sposób defensywy jest w ogóle dosyć ryzykowny, mając w składzie negatywnych obrońców jak Greg Monroe czy Jabari Parker. To prowadzi do prostych błędów, zgadnijcie do kogo piłkę poda Damian Lillard?

Ta akcja kończy się czystą trójką z dystansu Al-Farouqa Aminu. Dla Jabariego było już za późno i dosyć niepokojąco często ten jest w obronie zagubiony. Nie ma w zasadzie znaczenia czy broni zawodnika na piłce, czy bez piłki – w obu przypadkach nie za bardzo wie co robić. Po prostu nawet nie tyle jest w złym miejscu na parkiecie, co po prostu nie nadąża. Czasami mam wrażenie, że jest wolny albo trochę pulchniutki. Brakuje mu też masy. Jason Kidd stworzył mis-match w obronie, tak by Parker grając na 4 krył 3 przeciwnika, a Giannis jako 3 był odpowiedzialny za 4. Ale to też niewiele pomaga. Parker łatwo gubi się na zasłonach, przez co rywale lubią grać przez niego pick and rolle lub akcję pick and pop. To prowadzi do czystych pozycji i zobaczcie poniżej skąd Aminu wypuszcza piłkę, a gdzie jest zasięg Parkera.

Gdyby Parker był jedynym gorszym obrońcą w piątce to można by było jeszcze go na kimś schować. Ale pozostaje Monroe, co daje jeden z najgorszych frontcourtów w defensywie w całej NBA. Obaj kiepsko bronią obręczy, do tego Jabari często jest stawiany przed faktem dokonanym - doskoczyć do strzelca czy zostać przy koszu? Nie ma na to dobrej odpowiedzi, szczególnie że przy obręczy i tak nie robi wielkiej różnicy.

Z czasem w defensywie musi być lepszy, ale to będzie długi proces. Na dłuższą metę powinien się lepiej sprawdzić w obronie, grając z nieco zakurzonym Johnem Hensonem.

Reszta
Parker mocno polega jeszcze na grze w mid-range. Prawie 30% jego rzutów pochodzi właśnie z półdystansu, ale wpada już tylko 33%. To kiepski wynik i nie wiem z czego to wynika, bo jump-shot Jabariego wygląda dosyć płynnie. Te rzuty po prostu nie wpadają. Ale nie zmienia to faktu, że im dalej od kosza tym gorzej.

Pokazał kilka razy w tym sezonie swoją grę tyłem do kosza i tutaj zdobywa średnio 0.97 punktu na takie posiadanie. To na pewno pozytywny element, ale nie gra tego typu akcji często – zaledwie 38 razy atakował przez post. Ma niezłą pracę nóg i to jest dobry przykład jak potrafi wykreować sobie rzut w sytuacji 1v1. Na dobrym  obrońcy jakim jest Winslow efektownie zdobył punkty.

Warto jeszcze wspomnieć o grze w transition Parkera, dosyć dobrym czytaniu gry (czyli jednak robi coś dobrze w obronie!) oraz dunkach,  które póki co wychodzą mu najlepiej. Ale póki co ten sezon Jabariego jest dosyć rozczarowujący. Fajnie sprawdza się przy oglądaniu pojedynczych akcji, ale jest graczem bardzo jednowymiarowym. Do tego brakuje mu zasięgu i tak naprawdę trudno być podekscytowanym skrzydłowym, który nie broni, a większość punktów zdobywa spod kosza. To jest tym trudniejsze, oglądając co prezentują poszczególni zawodnicy z draftu 2015.

Co dalej?
Niewielkie są szanse, by za Parkera Milwaukee otrzymało coś tak kuszącego, że zdecydowałoby się go wymienić. Jego wartość nie jest teraz najwyższa, stąd nasuwa się oczywiste rozwiązanie – poszukać nowego klubu dla Monroe’a, MCW i ewentualnie Hensona. Sprowadzić jakiegoś combo-guarda z rzutem i kogoś na pozycję 3/4/5 z trójką. Może wtedy Jabari Parker wyglądał by lepiej?

Pewnie tak, ale wszystko wskazuje na to, że Bucks nie są jeszcze gotowi pozbywać się swojego centra. Podobnie jak w poprzednie lato, znowu bardziej będzie się liczył wizerunek klubu, aniżeli względy sportowe. Jak by to wyglądało, gdyby Milwaukee po pół roku pozbyło się jedynego poważnego wolnego agenta, który od niewiadomo kiedy wybrał drużynę z Wisconsin?

To bardzo śliska sprawa, która nie ma dobrego rozwiązania. Wymienisz Monroe’a i wypełnisz luki, ale potencjalnie odstraszysz przyszłych wolnych agentów. Zostawiając swojego centra dalej będziesz trzymał świetny, ale niepasujący element, który poniekąd hamuje rozwój młodych zawodników. To nawet nie jest nawet wybieranie mniejszego zła, bo obie wersje są złe.

Co do samego Jabariego Parkera nie pozostaje nic innego jak czekanie. Wciąż tak naprawdę niewiele o nim wiemy. A to co widzieliśmy nie jest specjalnie zachęcające. Nie pokazał jeszcze tej jednej rzeczy, w której mógłby być elitarny. To nie wróży dobrze. Ale mimo wszystko liczę na jego stopniowy progres, bo nie chcę dopuszczać do siebie myśli, że Jabari Parker po prostu nie jest wystarczająco dobry. 

czwartek, 4 lutego 2016

Dylemat Ricka – Chandler, a Dirk

Dla Z Krainy NBA napisałem o Dallas Mavericks i nietypowym problemie z jakim się zmagają - Chandler Parsons lepiej czuje się jako small-ballowa 4. Ale na 4 gra Dirk. Dirk nie może grać jako center. Co może zrobić Rick Carlisle?